Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Wyzwij lub zostań wyzwany do literackiego pojedynku.

Głosuję na

Czas głosowania minął 14 paź 2015, o 21:17

Tekst A
4
100%
Tekst B
0
Brak głosów
 
Liczba głosów: 4

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#1 » 3 sie 2015, o 16:39

Długość: dolna granica 5 000 słów, górna pełna dowolność
Temat: Zdrajca
Chcemy: postaci inspirowanej Darthem Vaderem, reszta jest dowolna. Może być fantasy lub cokolwiek innego, byleby temat został zachowany.
Słowa-klucze: sztylet, łzy, świnka morska
Termin: 3 września 2015 r.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#2 » 6 wrz 2015, o 16:20

Pojedynek przełożony do 1 października.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#3 » 30 wrz 2015, o 21:15

Tekst A

Opowieści niczyjej winy

Evander w zamyśleniu spoglądał na miasto spowite światłem i mgłą.
Kiedyś Ikennapolis było inne. Tętniło życiem, energią, radością. Dziś zamiast łagodnego, pomarańczowego blasku latarni w oczy kłuła trupia zieleń wojskowych lamp, ułatwiających patrolowanie wąskich uliczek. Wzrokiem obejmował cały areał i nigdzie nie wypatrzył cienia, gdzie mógłby schować się ktokolwiek.
Znowu zbliżała się wojna.
Cofnął się kilka kroków, chociaż pochyłość dachu nie ułatwiała mu zadania. Wziął rozpęd, chwycił się barierki i skoczył w dół, w kierunku najbliższych schodów awaryjnych.
Ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, wcale ich tam nie było.

- Noż kurr... - zaklął, rozcierając obolałą kostkę.
- Teheee, debil - rozległ się znajomy głos gdzieś zza jego pleców. - Jakbyś chodził na odprawy, to byś wiedział, że demontujemy to cholerstwo w pizdu. Za łatwo dało radę uciekać Niewiercom.
Evander próbował wyprostować się dumnie, jednak zraniona noga nie ułatwiła mu zadania. Stanął koślawo, wykrzywiając usta w grymasie bólu. Oczyma wyobraźni widział siebie jako poturbowanego, bardzo nieszczęśliwego łosia. Wyszczerzone w uśmiechu kolega z oddziału tylko utwierdził go w tym przekonaniu.
- Odwal się, Inc - syknął przez zaciśnięte zęby, starając się ustać na jednej nodze. - Za łatwo dało radę uciekać Niewiercom? Naucz się wreszcie języka... Zacisnę buty i idziemy w cholerę. Koniec zmiany.
To był kolejny problem agenta. Nigdy nie przestrzegał przepisów, jeśli chodzi o wyposażenie. Zamiast pistoletów wolał noże, zamiast kamizelki kuloodpornej - znoszoną, skórzaną "jupę". Twierdził, że dzięki niej jest bardziej zwrotny. Buty też nosił na stary, punkowy sposób, rozsznurowane i z wyłożonymi jęzorami. Z niechęcią przyznawał przed samym sobą, że gdyby ten jeden, jedyny raz założył je jak należy, prawdopodobnie obyłoby się bez kontuzji.
- Uuu, ale spuchło. Chyba będziesz musiał pokazać Essi... - Inc znów uśmiechnął się głupkowato.
Evander nie mógł już na niego patrzeć. Rzeczywiście, but ledwo zawiązał, ale ucisk na kostce przyniósł ogromną ulgę.
- Pójdę z tą nogą szybciej, niż ty pobiegniesz.
Starał się nie myśleć o Essi. Nie dzisiaj, nie teraz. Nie tak.

- Agencie Evander - pułkownik Gorad skinął mu głową. - Pański raport został dokładnie przeanalizowany. Zgromadzenie jednak chce, żeby wyjaśnił pan kilka kwestii... jak już się ogarnie - dowódca spojrzał krytycznie na spuchniętą do horrendalnych rozmiarów nogę.
- Natychmiast, panie pułkowniku - zapewnił mężczyzna.
Znów starał się odkuśtykać w możliwie najbardziej godny i nonszalancki sposób, na jaki mógł się zdobyć. Po uniesionych brwiach dowódcy domyślił się, że jednak powinien przestać próbować.
Nie uchronił się od lawiny myśli. Kilka kwestii? Raport napisał w sposób tak nudnie rzetelny, że Gorad ryknął śmiechem, gdy zobaczył go po raz pierwszy. Wszystko zgodnie z podręcznikiem. Same fakty, żadnych przypuszczeń. Czyste obserwacje podparte dowodami. Co to jeszcze wyjaśniać?
Prawdą było, że jedynym powodem, dlaczego tak przyłożył się do raportu był fakt, że szczerze i z całego serca nienawidził spotkań ze Zgromadzeniem. Dla niego nie byli nikim innym niż zgrają ślepych starców, którzy powinni ustąpić tym, którzy na co dzień borykają się z rzeczywistością Ikennapolis. Młodszym, bystrym, zdolnym.
Takim jak ja, dodał w myśli i zaraz zganił się za butność.
No i sam pułkownik... Fakt, ich relacje zmieniły się od czasu rozstania z Essi, ale jako bezpośredni przełożony zawsze dawał mu dowody całkowitego zaufania. Dziś był tak bardzo oficjalny, że aż niepodobny do siebie...
Przemierzał betonowe korytarze bazy niespiesznie, obserwując uważnie każdego mijanego człowieka. Coś było nie tak, czuł to wyraźnie. Nie wiedział jeszcze, co.
Doszedł do kwatery sanitariuszek i położył rękę na klamce. Wahał się. Wiedział, że powinien wcześniej spotkać się z Essi i wyjaśnić to, co zaszło, ale nie zrobił tego. A teraz przykuśtykał, zdany na łaskę i niełaskę byłej kochanki, niezdolny przewidzieć, jak zareaguje.
Bądź co bądź, jej niewzruszony spokój był jednym z powodów rozstania. Jej dziwna przyjaźń z głupkowatym Inc'em - drugim. Wiecznie niezadowolona, piszcząca z głodu i obijająca się o ściany klatki Pusiulka, jej ukochana świnka morska, to trzeci z wystarczająco irytujących powodów, by nie inwestować w związek ani minuty dużej z cennego, agentowego czasu.
Ale kochał ją bardzo.
Opadł ciężko na najbliższe krzesło w pustej poczekalni, modląc się o szybką i samoistną regenerację.
- Idiotyzm - sarknął sam do siebie, podnosząc się ciężko. - Przeżyłem dwie wojny, a nie chcę...
Drzwi kwatery rozwarły się nagle, uderzając go w twarz. Zatoczył się w bok, zranioną nogę obijając o krzesło.
Wrzasnął przeciągle.
- Evander, na miłość boską! - Wzburzony głos dziewczyny wypełnił maleńkie pomieszczenie poczekalni. - Mogłam cię zabić!
- Chciałabyś - syknął mężczyzna, ponownie zasiadając na zdradliwym meblu. - Potrzeba więcej, żeby mnie zabić.
Brwi dziewczyny powędrowały w górę, gdy obdarzała go nieprzychylnym spojrzeniem. Krytycznie popatrzyła na kostkę.
- Ura-bura, a z dachu skoczyć nie umiesz - mruknęła, klękając przy kontuzjowanej nodze. - Chodź, zobaczymy, czy da się poskładać.
Naburmuszony Evander wstał bez słowa, podpierając się na jej wyciągniętym ramieniu. Wolał nie mówić za dużo, jednak ironiczne słowa same cisnęły się na usta.
- Tak, wiem, że gdybyś nie musiał, to byś nie przyszedł - wyręczyła go Essi, odgadując myśli. - I ani słowa o Incu. Kiksaj, sarenko, do środka. Wszyscy wykonujemy swoją pracę.
Mężczyzna skrzywił się nieznacznie, jednak pozwolił sobie pomóc. Nie po raz pierwszy, miał jednak nadzieję, że ostatni. Niechętnie przyznawał się przed samym sobą, że tęsknił za jej miękką skórą, łagodnym, ale zdecydowanym dotykiem, zapachem...
- Evander... Evander!!!

Powoli otwierał oczy, jednak ostre światło jarzeniówek nie ułatwiało zadania. Widział rozmyty zarys trzech pochylonych nad nim głów.
- Evander...
Miękki głos byłej dziewczyny przywołał go do rzeczywistości. Próbował rozchylić usta, wydobyć z siebie głos, powiedzieć coś, jednak nie mógł. Dziwna niemoc opanowała całe jego ciało.
Dłoń Essi spoczęła na jego czole.
- Nic nie mów - szepnęła, głaszcząc jego włosy. - Nie wiemy, co się stało. Badamy cię. Zemdlałeś i... spałeś.
Jedyne na co mógł się zdobyć, to chaotyczne spojrzenia rzucane w każdym dostępnym kierunku. Kostka już nie bolała, bo nie czuł całego ciała. Zatroskana twarz Essi wciąż była nieostra.
- Podejrzewamy jakąś toksynę... Właściwie wiemy, że to jest toksyna, tylko nie potrafimy jej zidentyfikować. Ani określić, którędy ją złapałeś. Na wszelki wypadek twoi ludzie przeszukują teren, w którym miewałeś ostatnio patrole.
Toksyna?... W głowie Evandera krążyło jedno wspomnienie - zbyt mgliste, by je przywołać. Ta jedyna rzecz, która nie pasowała do idealnego obrazka monotonnego życia przeciętnego agenta.
O ile życie agenta mogło być przeciętne, pomyślał z goryczą.
- Wprowadzimy cię teraz w stan śpiączki farmakologicznej. Nie bój się, jesteś w dobrych rękach - zapewniła dziewczyna, lecz Evander zauważył, że wcale na niego nie patrzy.
Essi unikała kontaktu wzrokowego tylko w momentach, w których kłamała. Nie potrafiła kłamać. Między innymi za szczerość niegdyś tak bardzo ją kochał.
Poczuł delikatne ukłucie w okolicach szyi. Ostatnim drgnieniem świadomości uchwycił uciekającą myśl. Już wiedział, dlaczego tak się reaguje.

Pierwszą wojnę z Niewiercami przeżył jako mały chłopiec. Niewiele pamiętał z tamtych czasów - ogień, huk dział, przeszywający dźwięk serii karabinów maszynowych i ucieczkę, wielką ucieczkę, nieustanny bieg w poszukiwaniu schronienia, spokoju, miejsca, gdzie mógłby przetrwać... Martwą twarz matki, którą znalazł w schronie i zaciśnięte w chłodnej determinacji usta ojca, którego wtedy widział po raz ostatni. Gdy podrósł, powiedziano mu, że przystąpił do Niewierców. Nigdy w to nie uwierzył.
Nie pamiętał również, jak właściwie zakończyła się wojna. Dziś nie był pewien, czy w ogóle się zakończyła. Przystąpił do Wydziału Obrony jako piętnastolatek i awansował dosyć szybko, co właściwie nie było niczym szczególnym w tamtym okresie. Z dnia na dzień miasto uspokajało się, ataki ucichły, a na ulice Ikennapolis powracało życie. Pamiętał, pewnego dnia zdziwił się niepomiernie, widząc radosne matki pchające wózek i ojców budujących pierwsze place zabaw. Niemal uwierzył, że mają szansę na normalność przez kilka najbliższych lat.
Niestety, jako agent Wydziału był świadom, że ten spokój może być co najwyżej kolosem na glinianych nogach i im ciszej - tym gorzej. Najciszej jest zawsze przed kolejnym atakiem - wrogowie wiedzą, że najłatwiej uderzyć, kiedy nikt się tego nie spodziewa, gdy ludzie pochłonięci si nic nie znaczącymi, codziennymi problemami. I tak właśnie się stało - pierwszy wybuch pojawił się rok temu, po piętnastu latach względnego spokoju. Myśleli, że nikt nie będzie przygotowany - mylili się. Wydział był, jak zawsze.
Natychmiast wznowiono godzinę policyjną, telefony mieszkańców aż piszczały od podsłuchów. Zreorganizowano miasto, zamknięto wyjazdy, wprowadzono kartę obywatela, którą można było zdobyć jedynie po wykazaniu zamieszkiwania Ikennapolis od dwóch pokoleń. Mieszkańcy chcieli się podnieść i twierdzili, że jednorazowy wybuch mógł być przypadkowy - ot, jeden z drugim durnym dzieciakiem bawili się domową chemią. Wydział wyłapał co głośniejszych krytyków i składał im propozycję nie do odrzucenia. Po tym już nikt nie odważył się sprzeciwiać wyrokom Zgromadzenia i zwracać na siebie uwagę ich zbrojnego ramienia - Wydziału Obrony.
Teraz znów był spokój. Okupiony godziną policyjną, walką z nocnym niebem przy pomocy sztucznego oświetlenia i likwidowania schodów przeciwpożarowych. Cichy, pełen niepokoju i gotującego się przerażenia. Ale był.
Mieszkańcy Ikennapolis nie mieli wyboru - poza murami miasta rozpościerała się pustynia tak szeroka, że nikt nie wyobrażał sobie, jak koczujące plemienia Niewierców mogły tam przebywać. Może dlatego uśpiła się czujność, a pamięć dawnej wojny przykryto wydumanymi teoriami, że jednak Niewierców nigdy nie było, a rozlew krwi spowodowała walka o władzę... Przecież to właśnie po wojnie zdecydowano zrezygnować z demokratycznych wyborów i oddać miasto pod zarząd Zgromadzenia. Tak spory zamach na prawa mieszkańców wielomilionowego miasta i zarazem ostatniego bastionu ludzi nie mógł przejść niezauważony. Nawet jego dowódca, pułkownik Gorad przyznawał, że tak wielka ilość władzy w rękach zaledwie garstki ludzi musi rodzić pewne wynaturzenia.
Evander pamiętał ich ostatnią rozmowę.
- Musisz wiedzieć, chłopcze, że nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda - mówił starszy mężczyzna, bawiąc się kostkami lodu wirującymi w szklance whiskey. - Może to ogólne stwierdzenie, jednak tylko tyle mi wolno. Jesteś inteligentny, Evanderze. Przypuszczam, że wiesz, o czym mówię.
Agent skinął głową i popatrzył w zamyśleniu na wiszący na ścianie proporzec z herbem Zgromadzenia - sztylet wbity w różę wiatrów, okolony kropelkami krwi. Symbol Ikennapolis jako centrum znanego im świata i zagrożenie czyhające za murami miasta.
- Ryba psuje się od głowy - mruknął jakby do siebie i upił łyk trunku.
Pułkownik przytaknął niechętnie.
- Mówię ci to, ponieważ ci ufam. Moja córka nie mogła się mylić.
Evander uśmiechnął się lekko i skinął głową, unosząc szklankę. Gdyby rozmawiał z Goradem jako tylko przełożonym, pewnie nie zdobyłby się na tak zuchwały gest.
- Nic mi pan nie powiedział.
Pułkownik zaśmiał się rubasznie.
- Essi wdała się w matkę, może dlatego dokonuje dobrych wyborów - mężczyzna mrugnął przyjaźnie. - Gdyby nie napięta sytuacja, może mielibyście czas pomyśleć o...
Evander bał się tej rozmowy, jednak był na nią przygotowany. Gorad wyczuł jego spięcie.
- Och tam, zapomnij. Jak się ogarniecie, to przyjdźcie. Powiedz mi, wierzysz w to, że kiedyś będzie spokój?
Agent wypuścił powoli powietrze i zastanowił się chwilę.
- Wierzę... - zaczął, lecz zaraz dodał zdecydowanym tonem. - Wierzę.
- Powiedz to jeszcze raz - szepnął dowódca, a jego oczy szkliły się dziwnie.
- Wierzę.

- Wierzę, wierzę, wierzę... - mamrotał Evander, wciąż nie mogąc otworzyć oczu.
- Coś ty powiedział? - syknęła Essi, łapiąc go gwałtownie za twarz.
- Essi, odsuń się - czyiś władczy głos przedarł się przez mrok, który chłonął agenta.
No tak, Inc.
Poczuł, jak ktoś chwyta jego ręce i nogi i dociska do łóżka. Szarpnął ciałem, próbując wyzwolić - żelazny uścisk kilku innych agentów nie zelżał. Chłód kajdanek objął jego dłonie, nogi unieruchomiono skórzanymi pasami.
- Evan... - głos dziewczyny łamał się, gdy głaskała go po włosach. Poczuł kroplę łzy na swoim policzku. - To niemożliwe...
- Odsuń się, powiedziałem! - ryknął Inc i brutalnie odsunął dziewczynę.
Evander przestał się miotać, gdy zdał sobie sprawę z własnego położenia. Poza tym czuł, że odzyskuje pełnię sił. Zamrugał kilka razy - wzrok również powracał.
Nagle wszystkie fakty ułożyły się w całość. Zaśmiał się głośno i jednym, solidnym szarpnięciem wyrwał kajdanki razem z ramą szpitalnego łóżka.
To było takie proste! Pułkownik Gorad nie bez przyczyny mu zaufał. Bezpośrednio pod jego komendą znajdował się Wydział Biochemiczny - z półsłówek, którymi go raczył agent wywnioskował, że szukają chętnego do przetestowania nowego serum. Specyfik miał gwarantować zwiększoną siłę i wyostrzone zmysły, żeby agenci mogli sprawdzać się jeszcze lepiej... Biorąc pod uwagę fakt, jak dalece sięgała korupcja Zgromadzenia, testujący nie mógł być związany z nimi w jakikolwiek znaczący sposób. Żaden agent nie powinien być upolityczniony, a nienawiść Evandera do instytucji Zgromadzenia była wręcz legendarna. Dlatego padło na niego, dlatego regularnie popijał w gabinecie dowódcy...
Gorad nigdy nie mówił wprost - ściany w Ikennapolis od zawsze miały uszy. Ale wiedział, co ma robić, może niewprost, ale dostał rozkaz. Czas przywrócić miasto ludziom, ulicom spokój, dzieciakom przyszłość. Dosyć życia w strachu i sztucznie podtrzymywanym przez rząd przerażeniu.
Otworzył gwałtownie oczy, chłonąc cudowność polepszonego widzenia. Wszystko nabrało niespotykanych barw, a ruchy jego wrogów wydawały się jakby spowolnione. Jednym celnym ciosem zmiażdżył nos nachylającego się nad nim agenta, łokciem uderzył drugiego, celny kopniak posłał Inca na przeciwległą ścianę pokoju. Czwartemu włożył kciuki w oczy. Gałki pękły z obrzydliwym mlaśnięciem.
- Evander!!! - wrzasnęła Essi, biegnąc w jego kierunku.
Chwycił mocno jej krtań.
- Skoro chciałaś mnie odtruć, to na pewno wiesz, co to jest - syczał jej do ucha, ignorując błagalne jęki. - Twój własny ojciec ci nie zaufał, więc jesteś jedną z nich. Ale już nie będziesz.
Z całej siły cisnął na wpół omdlałą dziewczynę na najbliższy stolik z instrumentami zabiegowymi. Słyszał, że krzyki rannych przywołały strażników, zabarykadował więc pokój łóżkiem i odszukał swoją broń. Pozbierał pistolety z ciał nieprzytomnych agentów, wziął kominiarkę i kurtkę jednego z nich, po czym spokojnie skierował się do sekretnego wyjścia, którego kiedyś używali wraz z Essi.
Essi... Ostatnie spojrzenie skierował na nią. Leżała bezwładnie w kałuży krwi. Nie tak dawno wygasłe uczucie wróciło do niego ze zdwojoną mocą i zatrzymał się na chwilę rozważając, czy nie zabrać jej ze sobą.
Ale jeśli jej własny ojciec uznał ją za niegodną zaufania, dlaczego miałby jej pomagać? Nie wiadomo, jak głęboko siedzi w strukturze zdrajców. Dla mężczyzny liczyło się tylko to, że chciała go odtruć. Jego, najlepszego człowieka, o najlepszych zdolnościach i zmysłach do wyostrzania, jedynego agenta, którego warto było polepszyć.
Doszedł do następnego pokoju i odszukał szyb kanalizacyjny. Tym razem pozapinał strój regulaminowo, by móc zniknąć w tłumie biegających agentów - odsunął kratę i skoczył w mrok.

Przemieszczał się wąskimi kanałami sprawnie, znał każdą odnogę. Bez trudu odnalazł korytarz prowadzący do pomieszczeń Zgromadzenia, jednak najpierw musiał znaleźć magazyn z ładunkami wybuchowymi. Wiedział, że atak frontalny mógłby być misją samobójczą - nie dlatego myślał o sobie jako o najlepszym agencie, że umiał sprawnie zabijać. Uważał, że jest najlepszy, bo przeżył. W dodatku był najstarszym wśród wszystkich agentów, znał wiele ukrytych siedzib i brudnych tajemnic dowództwa.
Poszukiwanie magazynu zajęło mu jednak więcej czasu, niż przypuszczał. Obawiał się, że nieprzytomni agenci odzyskali już przytomność i doniosą o jego rzekomej zdradzie.
Idioci - pomyślał, zmieniając kierunek i biegnąc do najbliższego wyjścia spod budynku. - Przecież mogłem ich zabić, a już wkrótce i tak się przekonają, kto ma rację.
Odnalazł najkrótszą drogę do kanałów podmiejskich, jednak prowadziła przez korytarz o suficie z kratki chodnikowej. Przezornie dopadł ściany i trwał tak, dopóki nie przebiegnie zmobilizowany oddział prewencyjny.
- Znaleźć gnoja, ale już!!! - Słyszał, jak wydziera się znienawidzony przez niego Inc. - Jest Niewiercą! Łapać kreta!!!
Evander w ostatniej chwili powstrzymał wybuch gromkiego śmiechu. On, Niewiercą? Zresztą, kto to w ogóle byli Niewiercy?! Bandą dzieciaków w chustach na twarzach, zaskakująco dobrze wyposażonych. Niewiercy byli bojówkami Zgromadzenia, teraz widział to wyraźnie! Zgromadzenie wymyśliło i wynajęło Niewierców, żeby wybili ich własny naród, a oni mogli przejąć władzę!
Widział to tak wyraźnie, jak nigdy dotąd. Cudowne uczucie, jakie gwarantowało serum, zmieniło odcień na niezachwianą pewność swoich racji, tak czyste, niezmącone myślenie...
Dopasował tempo kroków do ostatnich żołnierzy oddziału i krył się w ich cieniu, wyprowadzając się bezpiecznie na drugą część korytarza. Ciesząc się z własnej przebiegłości, pędził do najbliższego włazu kanalizacyjnego.
Skoro nie może ich wysadzić wszystkich razem, to powybija jak bezpańskie psy. Jednego po drugim.

Historycy do dziś nie są zgodni, co właściwie wydarzyło się tamtej nocy. Niektórzy twierdzą, że bojówki Niewierców znienacka wynurzyły się spod ziemi, zostawiając za sobą krew i ogień. Inni zaś mówią, że odbył się pojedynek pomiędzy dwoma przedstawicielami tego samego oddziału, a jednym z nich miał być sam Evander Miłosierny, patron Neoikenny. Teraz, gdy każdy nośnik danych sprzężony był z siecią dowództwa centralnego Partii Prawdy, słowo pisane zniknęło niemal całkowicie, zastąpione wyjcami spod znaku Neowiary. Historia była nauką zakazaną w stopniu, jakim cieszyły się jedynie podania o legendarnym Zgromadzeniu - ostatniej jednostce władającej miastem, na których zgliszczach wyrosła Neoikenna. Naukowcy nie wiedzieli, która z opowieści o starym dowództwie była prawdziwa, a nie mogli tego sprawdzić. Wiedzieli tylko, że założyciel ich miasta, podsłuchiwanego, ciemiężonego, zrezygnowanego i przerażonego miasta nie mógł być tak szlachetnym człowiekiem, za jakiego go uważali.
I na pewno nie był miłosierny.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#4 » 30 wrz 2015, o 21:15

Tekst B

[center]Nie każda zdrada jest opłacalna[/center]
Nad skałami krążyły wrony. Ich głośne, ponure krakanie drażniło Erintar. Miała wrażenie, że ten nieprzyjemny ochrypły dźwięk był zapowiedzią czegoś okropnego i przerażającego.
Stanęła przed wąskim wejściem do jaskini, trzymając dłoń na rękojeści miecza i próbując dodać sobie w ten sposób otuchy. Zawsze lepiej się czuła, gdy broń była blisko niej; wtedy była pewna, że nie jest bezbronna i poradzi sobie z każdym wyzwaniem. Nawet z tym z tym, co ją czekało wewnątrz tej jaskini.
Uśmiechnęła się pod nosem, odwracając głowę w stronę stojących za nią towarzyszy. Elfi mag, bojowa świnka morska i morvalat czekali w całkowitym milczeniu, na to, co miała im powiedzieć dowódczyni. Stojący z tyłu, skuty mocnymi kajdanami, drow mierzył Erintar gniewnym, pełnym nienawiści wzrokiem. Jego ciemną cerę znaczyły ślady błota i zaschniętej krwi. Skołtunione, pozlepiane potem i posoką, krótkie włosy utraciły swój dawny, śnieżnobiały kolor. Podarte w różnych miejscach ubranie ledwie zasłaniało poranione ciało mrocznego elfa.
Erintar, czując na sobie spojrzenie jeńca, uśmiechnęła się złowrogo. Postawiła krok w stronę muskularnego morvalata średniego wzrostu, który wraz z innymi czekał na jej ruch. I doczekał się go.
– Dergardzie, przyprowadź do mnie więźnia. – Głos Erintar pobrzmiewał stalą. – Mam do niego niecierpiące zwłoki pytanie.
Morvalat skinął głową i mocno pociągnął gruby łańcuch, którego koniec był przypięty do kajdan jeńca, zaś drugi – niknął w mocno zaciśniętej ręce Dergarda. Mroczny elf zachwiał się pod wpływem mocnego szarpnięcia, lecz pokornie zrobił kilka kroków w stronę morvalata i kobiety – półdrowa, półmorvalata. Popatrzył przeszywająco prosto w oczy dziewczyny, po czym, bez żadnego ostrzeżenie, splunął jej prosto w twarz.
– Nie mam ci nic do powiedzenia, przeklęta! – oświadczył lodowato. – Nie zdradzę ci planów mojego władcy.
Erintar wykrzywiła wargi w gniewnym grymasie, ocierając ślinę wierzchem dłoni. Westchnęła ciężko, nie odrywając wzroku z twarzy więźnia.
– Może trochę grzeczniej, Morzafeinie? – zapytała zimno, a Dergard z całej siły rąbnął mrocznego elfa pięścią w twarz, powalając go w ten sposób na kolana u jej stóp. – Chcę, żebyś mi odpowiedział tylko na jedno pytanie, a to nie jest wyzwanie ponad twoje siły. Nie chcę, żebyś zdradzał mi wszystkie sekrety twojego pana, bo ich nie potrzebuję…
– Więc, czego ode mnie chcesz, Erintar? – przerwał jej ostro mroczny elf.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznaczenie, nachylając się nad Morzafeinem i patrząc intensywnie w jego czerwone oczy.
– Chcę wiedzieć, czy to właśnie w tej jaskini spoczywa artefakt, którego szuka Riavald? Nie oszukasz mnie, wiem, że zmierzałeś tu, zanim ja i moi towarzysze dopadliśmy cię.
Drow z ciężkim westchnieniem przytaknął ruchem głowy.
– Tak, Erintar, tutaj jest schowana rzecz, którą pragnie mój pan. A teraz mnie zabij, bo jeśli norliendmor się dowie, że go zdradziłem, uczyni z mojego życia piekło.
– Wątpię, czy zabicie tego drowa będzie trafionym pomysłem, moja droga – wtrącił się dotąd milczący miedzianowłosy elf w stroju maga. Jego prawy policzek przecinała szpetna, brunatna blizna sięgająca aż do kącika ust. – Będzie lepiej, jeśli zatrzymamy go przy sobie, dopóki nie dojdziemy do artefaktu.
Erintar rzuciła elfowi przelotne spojrzenie, zmarszczyła brwi w głębokim zastanowieniu.
– Myślę, że to będzie najlepsze wyjście, Galionie. Jeśli nawet nasz drogi Morzafein zechce spróbować jakieś sztuczki, to zawsze zdążymy go zabić.
Po tych słowach ponownie zwróciła się do, pilnującego więźnia, Dergarda, gotowego wypełnić jej każdą prośbę z ogromną przyjemnością.
– Podnieś go, Dergardzie i każ mu wejść do groty. My podążymy tuż za wami. Zanim jednak wyruszymy, wypadałoby najpierw wysłać jakiegoś zwiadowcę.
To mówiąc, Erintar zwróciła się w stronę świnki morskiej, będącej niemal tak wielka jak ogar, która ze znudzenia zdążyła się wygodnie ułożyć na skałach, przymykając słodko czarne oczka i wyciągając tylne łapy na całą długość. Wyglądała tak słodko i niewinnie, gdy tak spała, aż Erintar poczuła do siebie gniew, że musiała obudzić gryzonia z drzemki. Z ciężkim westchnieniem, zbliżyła się do świnki morskiej, delikatnie położyła jej rękę na miękkiej, brązowej sierści na głowie i zaczęła ją delikatnie gładzić. Zwierzę poruszyło się lekko, gruchając przy tym radośnie niczym zadowolony kot.
– Zbudź się, Arvendiro, mam dla ciebie ważne zadanie – powiedziała cichym, łagodnym głosem.
Świnka morska posłusznie otworzyła oczka, unosząc lekko głowę. Jej nozdrza zadrgały lekko, chłonąc powietrze oraz zapach Erintar. Po chwili ogromny gryzoń stanął na równych łapkach.
– Co mogę dla ciebie zrobić, pani? – zapytała Arvendira piskliwym głosem.
– Wejdziesz pierwsza do tej groty i będziesz nas ostrzegała o każdym możliwym zagrożeniu – poinformowała ją Erintar łagodnym głosem. – Bądź ostrożna, bo niewiadomo, co tam może się kryć.
Arvendira kiwnęła głową, po czym posłusznie poczłapała do niewielkiej szczeliny w skalę, by po chwili zniknąć w całkowitej ciemności. Dergard powoli ruszył śladem wielkiej świnki morskiej, brutalnie popychając przed sobą więźnia. Na końcu do groty weszła Erintar i Galion, który trzymał się bardzo blisko niej. Półmorvalatka zapaliła pochodnie cichym prostym zaklęciem i ruszyła przed siebie, nie odzywając się więcej do towarzyszącego jej elfa. Szła śladem Arvendiry.
[center]~*~[/center]
Wąski korytarz bez większych trudności zaprowadził ich do rozległej, wilgotnej komnaty, wykutej w litej skale. Liczne stalagmity wyrastały ze sklepienia komory niczym groźne ostrza, były niemal w każdy miejscu i kapała z nich woda.
Pośrodku pomieszczenia ustawiono niewielki kamienny ołtarz, na którym leżał miecz, pozbawionych jakikolwiek ozdób i inskrypcji. Klinga była czarna niczym najczarniejsza noc; płonęła jakąś dziwną, mroczną aurą. Arvendira siedziała kilka kroków przed ołtarzem i cierpliwie czekała, aż Erintar oraz pozostali do niej podejdą. Świnka morska była niespokojna; cały czas gruchała i prychała na miecz, jakby owy przedmiot był jej śmiertelnym rywalem.
Galion z niesmakiem zmarszczył nos, jakby wyczuł jakiś wyjątkowo obrzydliwy zapach. Postawił krok w stronę miecza.
– To ostrze zionie czarną magią – stwierdził dziwnie spokojnym głosem, a na jego twarzy pojawił się lekki, zadowolony uśmiech. – Chyba znaleźliśmy to, czego od wielu dni szukaliśmy.
– Poszło łatwiej niż myślałam – rzekła Erintar z zadowolonym uśmiechem, podchodząc do ołtarza. – Teraz pozostało już tylko zabrać miecz i stąd odejść.
– Nie sądzisz, że poszło nam zbyt łatwo? – Dergard podejrzliwie zmarszczył brwi. – A jeśli to pułapka?
Dziewczyna zatrzymała się, mrużąc groźnie oczy.
– Galionie, widzisz może jakąś magię wokół tego ostrza?
Mag pokręcił przecząco głową, przyglądając się jednocześnie bardzo uważnie ołtarzowi. Wyglądało na to, że nic i nikt nie chronił ostrza przed wyniesieniem z jaskini, jednak słowa morvalata zaniepokoiły zarówno elfa, jak i Erintar, która zaczęła się wahać przed dotknięciem miecza. Bała się, że stanie się coś strasznego, jeśli tylko dotknie oręża, choćby małym palcem. Z ciężkim westchnieniem ruszyła w stronę podwyższenia. Zdecydowała się zaryzykować i zabrać miecz z podestu. Z każdym krokiem w stronę kamiennego stołu, w sercu Erintar wzrastał strach i niepewność. Po chwili wyciągnęła rękę i dotknęła niepewnie rękojeści miecza. Nic się nie stało. Żadna magiczna pułapka nie została uruchomiona ani nic nie przebiło dziewczyny na wylot. Erintar odetchnęła z ogromną ulgą i szybkim krokiem wróciła do czekających na nią Dergarda, Galiona i Arvendiry. Morzafein stał obok morvalata ze spuszczoną głową, zaciskając wargi niemal do krwi w tłumionej wściekłości.
Niespodziewanie gniewny grymas na twarzy drowa zastąpił zimnym, pełen ogromnego zadowolenia uśmiech.
– Nie uciekniecie stąd z mieczem – oznajmił z satysfakcją. – Już wkrótce zginiecie powolną i żałosną śmiercią!
– Stul pysk, drowie! Nie przypominam sobie, żebym pozwolił ci się odezwać! – Dergard rąbnął go w twarz pięścią z całej siły.
Erintar zauważyła zdenerwowanie malujące się na twarzy morvalata, jakby właśnie zauważył straszliwą prawdę, odbijającą się w słowach Morzafeina. Niestety, nie tylko Dergard wyczuł grożące im niebezpieczeństwo. Świnka morska zjeżyła groźnie futerko i lękliwie zmrużyła oczka. Z jej gardła dobyło się długie, przeciągłe gruchanie, które znaczyło, że ogromny gryzoń się czegoś obawiał. To jeszcze bardziej zaniepokoiło Erintar, która wiedziała doskonale, że Arvendira nigdy się nie myliła w swoich złych przeczucia.
– Norliendmorzy… – wyszeptała piskliwie. – Oni tu są! Jestem tego pewna!
Miała rację. Tak jak zwykle to bywało.
Niespodziewanie Erintar i jej towarzysze poczuli na sobie sobie czyjś zimny wzrok; kiedy się odwrócili, ujrzeli przed sobą trzech, spoglądających na nich wrogo, norliendmorów.
Dergard od razu sięgnął po miecz, gotowy stanąć do walki z wrogiem. Galion w myślach szykował jedno ze swoich zaklęć obronnych, choć wiedział doskonale, że każde zaklęcie rzucone w norliendmorów okaże się fiaskiem. Arvendira zaczęła wydawać z siebie ostrzegawczy dźwięk przypominający szczękanie zęba o ząb, lecz nie poruszyła się ani o krok. Jej uszka uniosły się lekko do góry w wyrazie panicznego przerażenia. Tylko Erintar stała spokojnie, jakby strach i poczucie dojmującej bezsilności nie miały nad nią żadnej władzy. Dziewczyna zmrużyła oczy, przyglądając się uważniej trójce przybyłych norliendmorów, których postacie otaczała atramentowo-czarna poświata. Trzej najlepszych wojowników Władcy Ciemności, bez których nigdy nie opuszcza swojej twierdzy, stwierdziła w myślach, uśmiechając się nieznacznie. Zatem on też tu wkrótce przybędzie.
Podejrzenia Erintar niemal natychmiast znalazło potwierdzenie. Dziewczyna dostrzegła w mroku niewyraźny zarys barczystej sylwetki kilka kroków za plecami trójki wojowników Władcy Ciemności. Jej spojrzenie Erintar przykuł blask zimnych niczym sopel lodu bladoniebieskich oczu. Od razu się domyśliła, że to kolejny norliendmor, znacznie potężniejszy niż pozostała trójka. Nieznajomy od razu dostrzegł jej wzrok. Wydawało się, że się uśmiecha, a z jego niewidocznych warg dobył się cichy, zadowolony śmiech.
– Dziękuję wam, że znaleźliście dla nas ten miecz – odezwał się tajemniczy nieznajomy, któremu norliendmorzy momentalnie zrobili miejsce, żeby mógł przejść.
Wysoki barczysty mężczyzna, którego ciało okrywała pełna zbroja płytowa, a czoło okalał wąski diadem z białego złota. Krwawoczerwony rubin lśnił pośrodku tej wąskiej, delikatnej korony lśniącej delikatnie w burzy białych włosów norliendmora. Piękną, pociągłą twarz, bladą niczym śnieg, szpecił drwiący, pełen zadowolenia uśmiech. Erintar nie miała już żadnych wątpliwość, co do tożsamość przybyłego. Mieli przed sobą Władcę Ciemności, Riavalda we własnej osobie.
– Wytropienie was było bardzo łatwe – rzekł Władca Ciemności, podchodząc niczym zwycięzca do Erintar i jej kompanów, cały czas uśmiechając się z złowrogą satysfakcją. – A teraz poddajcie się grzecznie i zwróćcie mi ostrze. Szybko! Nie będę czekać w nieskończoność!
– Nigdy! – krzyknął Dergard, wypuszczając z ręki łańcuch, na którym trzymał Morzafeina. – Prędzej zginiemy niż ci cokolwiek oddamy.
Riavald westchnął ciężko, kręcąc z niezadowoleniem głową. Postawił krok w stronę morvalata i jego kompanów, rozkładając ręce w zapraszającym geście.
– A opierajcie się, ile wlezie! I tak w niczym wam to nie pomoże!
Dergard i Galion dobyli mieczy, zasłaniając Erintar i Arvendirę przed złowrogim spojrzeniem wroga. Dziewczyna, nadal ściskając w jednej ręce zdobyczny artefakt, powoli sięgnęła po sztylet, ukryty pod rękawem. Nadeszła pora, by wykonać to, co miało zostać zrobione. Tu i teraz, a ta świadomość ciążyła jej na sercu niczym ogromny, ciężki głaz. Świnka morska widząc jej spojrzenie, z cichym gruchaniem wycofała się pod ścianę, zamierając tam w całkowitym bezruchu, udając przerażenie. Bardzo dobrze, wszystko wedle planu, Dziewczyna uśmiechnęła się kącikami ust, obserwując reakcję Arvendiry. Po chwili spoważniała. Teraz musiała się skupić na tym, co musiała uczynić.
Błyskawicznie znalazła się za plecami Galiona, wbijając mu sztylet w plecy. Z warg elfa dobył się pełen bólu krzyk; próbował się jeszcze odwrócić, lecz Erintar nie pozwoliła mu na to. Szybkim ruchem ręki wyrwała ostrze z ciała dawnego kompana i wbiła go w miejsce obok znowu. I znowu. Tak długo dopóki, mag osunął się bez życia w kałużę własnej krwi u jej stóp. Następnie popatrzyła zadziornie prosto w pełne niedowierzania i przerażenia szkarłatne oczy Dergarda.
– Erintar, dlaczego? – zapytał łamiącym się głosem, a w jego oczach zalśniły pełne żalu łzy. – Zdradziłaś nas! Czyżbyś straciła nadzieję, mimo że artefakt spoczywa w twoich rękach?
W odpowiedzi dziewczyna uśmiechnęła się dziwnie, smutno. Nie mówiąc ani słowa, zbliżyła się do morvalata. Wbiła mu sztylet w lewą pierś, nie odrywając spojrzenia z jego oczu.
– Czynię tylko to, co musi zostać wykonane – powiedziała Erintar cichym, wyjałowionym z jakichkolwiek emocji, głosem. – Przykro mi, że to tak musiało się skończyć, Dergardzie, lecz innej drogi nie było.
Dergard nie wyrzekł już żadnego słowa. Oddychał z coraz większym trudem. Jego powieki zatrzepotały niczym konający ptak nim zamknęły się na zawsze. Erintar podtrzymała umierającego morvalata przed osunięciem się na ziemię. Powoli wyjęła nóż z serca Dergarda, po czym delikatnie złożyła jego bezwładne ciało na zimnej skalę groty. Wyczuła na sobie pełne zdumienia i wrogości spojrzenia wojowników Władcy Ciemności, lecz nawet się tym nie przejęła. Wyprostowała się. Zakrwawiony sztylet wysunął się z jej dłoni i upadł z brzękiem na ziemię.
– Lordzie Riavaldzie… – Erintar zwróciła się do Władcy Ciemności. Zrobiła dwa kroki w stronę norliendmora, po czym osunęła się na jedno kolano, poddańczo spuszczając głowę, niemal dotykając podłoża czubkiem nosa. Wyciągnęła miecz skierowany rękojeścią w jego stronę. – Przyjmij mnie do swojej armii, a przyniosę ci zwycięstwo.
Norliendmor zmarszczył brwi w głębokim zastanowieniu, mierząc dziewczynę uważnym, pełnym rezerwy spojrzeniem. Po chwili jego wargi rozciągnęły się w pełnym zadowolenia uśmiechu. Przyjął z rąk Erintar miecz, który tak ochoczo chciała mu wręczyć.
– Niech tak będzie, moja droga – powiedział Władca Ciemności. – Od dziś będziesz wojowniczką na moich usługach. Spisuj się dobrze! Jeśli mnie zawiedziesz, pożałujesz, że się w ogóle urodziłaś.
– Nie mam takiego zamiaru, mój panie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię nie zawieść. Podobnie jak moja mała przyjaciółka, którą jako jedyną pozostawiłam przy życiu.
Erintar przerwała na chwilę; zwróciła się w stronę, nadal siedzącej przy ścianie, Arvendiry. Świnka morska posłusznie podreptała w stronę swojej pani, pozwoliła się pieszczotliwie pogładzić po miękkiej, delikatnej sierści. Zamruczała przeciągle.
– Prawda, że nie zawiedziesz oczekiwań naszego nowego władcy, Arvendiro? – zapytała Erintar łagodnym głosem.
– Tak, będę służyć, aż do śmierci – zakwiczała wielka, bojowa świnka morska.
Riavald skinął głową z zadowoleniem.
– To doskonale. Możesz powstać, dziewczyno.
Erintar powoli podniosła się z klęczek, powoli unosząc głowę. Ponownie złożyła Władcy Ciemności pokorny ukłon, niczym uosobienie niewinności. W kącikach ust Erintar zalśnił cień przebiegłego uśmiechu, który zauważyła tylko świnka morska.
[center]~*~[/center]
– Dlaczego musiałaś to zrobić, Erintar? – zapiszczała z wyrzutem Arvendira, gdy zostały same w komnacie, którą przydzielił im Władca Ciemności.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Spodziewała się tego pytania, odkąd opuścili, wraz z czterema norliendmorami, nieprzyjazną jaskinię, w której zginęli Dergard i Galion. Podczas podróży do zamczyska Władcy Ciemności, świnka morska uparcie milczała, patrząc na dziewczynę z żalem i smutkiem. Dopiero teraz odważyła się odezwać, do Erintar. Gdy zostały same i mogły pomówić ze sobą w cztery oczy, bez żadnych światków. Jednak dziewczyna nie czuła się komfortowo, choć już dawno powinna się spodziewać podobnego pytania. Czuła nieprzyjemny ciężar w sercu, nie potrafiła dobrać odpowiednich słów, by wyjaśnić Arvendirze swoje postępowanie. Swoją zdradę, gdy skierowała sztylet przeciwko tym, którzy jej ufali bez zastrzeżeń.
Powoli usiadła na ziemi, by jej twarz i pyszczek Arvendiry znajdowały się na tym samym poziomie. Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie, patrząc w wielkie niczym guziczki czarne oczka świnka morskiej. Pogładziła ją delikatnie po głowie.
– To był jedyny sposób, żebyśmy przeżyły, Arvendiro – oznajmiła cichym, smutnym głosem. – Gdybym postąpiła inaczej, Riavald kazałby nas zabić, a ja nie chciałam patrzeć na twoją śmierć.
– Ale dlaczego Galion i Dergard musieli zginąć?! – zapiszczała ponownie ze smutkiem świnka morska.
Erintar zmrużyła oczy.
– Bo nie miałam innego wyjścia. To był jedyny sposób, żeby oszczędzić im cierpienia, które czekałoby ich z rąk norliendmorów. A teraz bądź cicho i przestań zadawać głupie pytania. Skup się lepiej na tym, co przyniesie przyszłość.
Świnka morska posłusznie zamilkła, lecz nie przestała patrzeć na Erintar z wyrzutem tymi wielkimi, okrągłymi oczkami. Dziewczyna odwróciła wzrok, bojąc się, że Arvedira wyczyta w jej spojrzeniu fałsz i poczucie winy. Nie powiedziała jej całej prawdy, bo bała się, że to silne duchem, lecz kruche ciałem, stworzenie nie będzie w stanie dotrzymać tajemnicy. Erintar wiedziała doskonale, że dobrze czyni, nie obarczając swojej włochatej przyjaciółki brzemieniem sekretów, które nie mogły się nigdy dostać w czyjekolwiek ręce.
– Lord Riavald chce cię natychmiast widzieć. – Cichy, nieprzyjemnie skrzypiący głos sługi wyrwał dziewczynę z zadumy.
Erintar obrzuciła niechętnym spojrzeniem stojącego w progu komnaty orka. Niski stwór o szarej skórze i mocnych, wygiętych w pałąk nogach nawet na nią nie spojrzał. Uciekał wzrokiem, udawała, że interesuje się jakimś banalnym wzorem na zimnej, kamiennej posadzce. Bał się – tego dziewczyna była całkowicie pewna. Westchnęła ciężko i pokręciła z niezadowoleniem głową.
– Przekaż władcy, że już idę – oznajmiła sucho. – A teraz precz mi z oczu!
Ork posłusznie odwrócił się na pięcie i niemalże wybiegł z jej komnaty, trzaskając drzwiami. Erintar i Arvendira ponownie zostały całkowicie same. Dziewczyna odwróciła się na chwilę ponownie w stronę świnki morskiej.
– Muszę iść dowiedzieć się, czego nasz nowy władca oczekuje ode mnie, Arvendiro. Ty zostaniesz tutaj. Nigdzie się stąd nie ruszać i grzecznie zaczekasz na mój powrót.
– Oczywiście, Erintar. Jesteśmy w obcym miejscu, którego zupełnie nie znam i tylko u twego boku czuję się bezpiecznie. Nie musisz się o mnie obawiać. Głupstw nie zamierzam czynić.
Erintar uśmiechnęła się z ulgą. Wyciągnęła ze skórzanego worka ogromną marchewkę z soczyście zieloną natką i podała ją Arvendirze. Świnka morska z radością chwyciła warzywo zębami, patrząc na dziewczynę z wdzięcznością.
– Trzymam cię za słowo, moja droga.
[akapit]~*~[/akapit]
Dziewczyna energicznie zastukała w ogromne wrota sali tronowej, po czym zrobiła krok do tyłu. Zamarła, w pełnym niepewności i napięcia oczekiwaniu na jakąkolwiek odpowiedź. Doczekała się szybciej niż sądziła.
– Wejść! – Cichy, zimny głos Riavalda przyprawił ją o dreszcze.
Erintar powoli pchnęła ciężkie drzwi i powoli przestąpiła próg komnaty. Ogromna, przestrzenna sala była niemalże całkowicie pusta i cicha niczym grobowiec. Tron, na którym spoczywał Władca Ciemności ustawiono na wysokim podwyższeniu w centrum komnaty. Dziewczyna skierowała się w jego stronę, zatrzymała się przed pierwszym stopniem kamiennego podestu. Powoli opadła na jedno kolano, opuszczając nisko głowę w poddańczym ukłonie.
– Wzywałeś mnie, panie – szepnęła niepewnym głosem. – Czy coś mogę dla ciebie uczynić?
– Tak, Erintar – odpowiedział ze spokojem Riavald, rozsiadając się swobodnie na tronie i nalewając sobie wina do kielicha. – Mam dla ciebie i tego twojego gryzonia zadanie, dzięki któremu sprawdzę, ile tak naprawdę jesteście warci. Ile ścierpicie by zdobyć uznanie i szacunek w moich oczach.
Dziewczyna skinęła głową, nie wiedząc kompletnie, co powinna odpowiedzieć. Ogarnął ją paraliżujący strach, w gardle poczuła bolesny uścisk, jakby w środku znajdowała się wielka, żelazna kula, której nie w sposób było przełknąć. Z trudem ukryła targające nią emocje pod chłodną, obojętną miną.
– Na czym polega to zadanie?
– Zamierzam zaatakować Tieranmark, stolicę królestwa morvalatów – oznajmił Władca Ciemności z pewnym, na wpół kpiącym uśmieszkiem. – Ich władca, Morvedan poczyna sobie coraz śmielej. Nie respektuje mojej władzy nad kontynentem, ani nie płaci należnych mi podatków i danin. Teraz pożałuje tego, a ty poprowadzisz część mojej armii do bitwy.
– Uczynię to z ogromną przyjemnością – odpowiedziała Erintar. – Nie musisz się obawiać, panie, nie zawiodę cię.
W głębi serca dziewczyna czuła strach i niepewność. Wszystko działo się zbyt szybko. Zbyt gwałtownie. Jakby Riavald jednak nie zaufał jej do końca i postanowił poddać próbie. Erintar znała dobrze morvalatów i wiedziała, że armię ciemności czekał trudny orzech do zgryzienia. Być może norliendmor gorzko pożałuje decyzji, którą podjął tak lekko. Pewien własnej potęgi. Wargi Erintar uniosły się lekko w nagle zadowolonym uśmiechu. Bardzo dobrze, oto mi właśnie chodziło, stwierdziła, nie odrywając wzroku z twarzy norliendmora.
Riavald uśmiechnął się wielce zadowolony z odpowiedzi dziewczyny.
– Cieszy mnie to, Erintar – wyszeptał. – Wyruszamy, jak tylko moi żołnierze będą gotowi. Możesz odejść.
– Dziękuję, panie – Dziewczyna pokłoniła się głęboko, po czym powstała.
Szybkim krokiem ruszyła do wyjścia. Chciała jak najszybciej poinformować Arvendirę o czekającym je zadaniu.
[center]~*~[/center]
Jakieś kilka dni później

Wszystko poszło szybciej niż Riavald się tego spodziewał. Szturm na stolicę morvalackiego królestwa zakończył się pełnym sukcesem. Zaatakowani znienacka w środku nocy, morvalaci z Tiarenmarku byli kompletnie nieprzygotowani do walki i odparcia ataku wojsk ciemności, dzięki czemu z łatwością przełamano pierwsza linię obrony. Stalowa brama również poddała się bez większych oporów i wojownicy Riavalda wdarli się do miasta, paląc i mordując każdego, kto miał pecha znaleźć się w zasięgu ich mieczy i toporów.
Z każdą chwilą szybkiej, brutalnej potyczki armia morvalatów topniała, niemalże w oczach. Wkrótce pozostały po niej nędzne niedobitki, które Erintar rozkazała otoczyć, odebrać broń i zakuć w kajdany. Ocaleli wojownicy Morvedana nie stawiali już tak zaciekłego oporu, jak kilka godzin wcześniej. Pokornie pozwolili się rozbroić i skrępować, a następnie powlec w niewiadomym kierunku.
Kilku najlepszych wojowników Riavalda, których większość stanowili norliendmorzy, wdarli się do pałacu i siłą wywlekli stamtąd króla i jego rodzinę. Powleczono ich przed oblicze Władcy Ciemności.
– Wiedziałem, że to twoja robota – wycedził Morvedan przez zaciśnięte zęby, mierząc norliendmora nienawistnym spojrzeniem.
– Milcz! – Riavald spojrzał na pokonanego z góry. Ze skrajną pogardą. – Za upadek swój i innych morvalatów możesz winić tylko siebie. Trzeba było wcześniej zgiąć przede mną kolana zamiast czekać, aż wymuszę na tobie posłuszeństwo w bardziej bolesny sposób.
– Możesz zrobić ze mną, co chcesz, ale zostaw w spokoju moją rodzinę i poddanych.
Na te słowa, Władca Ciemności zaniósł się tak okrutnym, złowieszczym śmiechem, od którego ciarki przeszły po plecach Erintar. Poczuła na udzie ciepły, pokryty sierścią bok Arvendiry, która z cichym, pełnym strachu burczeniem wtuliła się w nią. Dziewczyna uspokajająco pogładziła świnkę morską za uszami. Popatrzyła badawczo w stronę norliendmora, nie wiedząc zupełnie, co go tak rozbawiło. Najwyraźniej błaganie morvalackiego króla o litość nie dla siebie, lecz dla rodziny…, stwierdziła dziewczyna w myślach, zaciskając mocno pięści i tłumiąc złość.
Po krótkiej chwili, która wydawała się wiecznością dla wszystkich zgromadzonych na placu, śmiech Władcy Ciemności umilkł.
– Nie, Morvedanie. – Riavald nachylił się nad nim, przykładając mu sztylet do gardła. – Ty już nie masz prawa o nic prosić! Jedynie o powolną i bolesną śmierć.
Po tych słowach zwrócił się do czekających na jego rozkazy żołnierzy. Trzech norliendmorów spozierali na żonę władcy Tiarenmarku jak drapieżnik na swoją ofiarę. Te spojrzenia nie uszły uwadze Władcy Ciemności. Uśmiechnął się promiennie.
– Jest wasza, moi drodzy. – Te słowa zabrzmiały w uszach morvalatki i jej męża jak wyrok. – Zróbcie z nią, co chcecie. Miłej zabawy.
Morvedan szarpnął się wściekle w kajdanach na widok norliendmorów zbliżających się w stronę swojej żony. Jeden z nich złapał kobietę za włosy, siłą unosząc ją z ziemi, głuchy na jej wrzaski i płaczliwe prośby. Drugi z nich dobył sztyletu i rozciął nim ubiór nieszczęsnej królowej Tiarenmarku. Trzeci rozpiął swój pas i brutalnie objął nieszczęsną ofiarę, przywierając do niej całym ciałem.
– Błagam cię, Riavaldzie, powstrzymaj ich – krzyczał zrozpaczony morvalat, nie mogąc patrzeć na cierpienia kobiety, którą kochał. Po jego policzka potoczyły się pierwsze łzy bezsilności. – Zrobię wszystko, co zechcesz, ale przerwij to!
Lecz Władca Ciemności pozostał głuchy na błagania skruszonego monarchy. Popatrzył jedynie na niego z jeszcze większą pogardą.
– Nie mam najmniejszego zamiaru. – Głos norliendmora był lodowaty i bezlitosny niczym ciemna, zimowa noc. Popatrzył z rozbawieniem na kulące się ze strachu morvalaciątka, bezradnie klęczące u jego stóp po lewej stronie Morvedana. – Twoich synów czeka los niewolników, a ty umrzeć, wiedząc, że nie możesz już nic zrobić ani dla nich, ani dla ukochanej żony. Erintar, skończ z nim! – zwrócił się niespodziewanie do stojącej na uboczu dziewczyny.
Erintar rozdziawiła wargi w ogromnym zdumieniu. Nie spodziewała się podobnego rozkazu, a zwłaszcza w tej chwili. Z cichym westchnieniem powoli zbliżyła się do Władcy Ciemności i jego więźnia, przypatrując się z uwagą pobladłej twarzy Morvedana, zastygłej w wyrazie cierpienia. Najwyraźniej widok gwałconej żony przez norliendmorów oraz świadomość, że jego synowie będą musieli niewolniczo służyć Riavaldowi uderzyła go boleśniej niż jakakolwiek inna tortura zadana jemu samemu.
– Panie, myślałam, że sam zechcesz skończyć z własnym wrogiem, który ośmielił ci stawiać opór, śmiejąc ci się w twarz – szepnęła cichym, pozbawionym emocji głosem.
– To źle myślałaś, głupia dziewczyno. – Władca Ciemności groźnie zmrużył oczy. – To nędzne ścierwo nie jest godne tego, by zginąć z mojej ręki. Zabij go, Erintar, to jest rozkaz.
Dziewczyna skłoniła się nisko.
– Jak sobie życzysz, mój panie.
Sięgnęła po sztylet i powolnym krokiem podeszła do upadłego króla Tiarenmarku. Poderżnęła mu gardło szybkim pociągnięciem ostrza.
[center]~*~[/center]
– Arvendiro, uciekaj do lasu i nie wychodź stamtąd, dopóki nie przyjdę po ciebie – powiedziała cicho Erintar, siadając koło świnki morskiej i gładząc ją delikatnie po grzbiecie.
Arvendira powoli uniosła łebek; popatrzyła na dziewczynę pytająco swoimi wielkimi, czarnymi oczkami. Słowa Erintar były zaskakujące i niedorzeczne, gdyż już od paru godzin było po bitwie. Żołnierze Władcy Ciemności świętowali zwycięstwo, kompletnie nie zwracając uwagi na wszystko, co się wokół nich działo. Zwłaszcza na bojową świnkę morską i jej panią, które przycupnęły z boku tak, by nikomu nie rzucać się w oczy.
– Po co mam to robić, Erintar? – spytała podejrzliwie Arvendira.
– Muszę zrobić dziś coś bardzo niebezpiecznego i być może więcej się nie zobaczymy, bo zapłacę za to życiem.
– Mogę ci pomóc, przecież zawsze możesz liczyć na mniej w trudnych sytuacjach.
Dziewczyna uśmiechnęła się ze smutkiem.
– Niestety nie dziś, Arvendiro. Nie będę narażała twojego życia. Tutaj się rozstajemy, kochana i mam nadzieję, że to będzie tylko na krótko, a nie na zawsze. A teraz biegnij.
Świnka morska nie sprzeciwiała się poleceniu dziewczyny. Odwróciła się na pięcie i szybko pobiegła w stronę zniszczonej bramy miasta. Po chwili zniknęła Erintar całkowicie z oczu. Dziewczyna z ciężkim westchnieniem ruszyła w stronę pałacu, gdzie Riavald i jego najbliżsi wojownicy świętowali zwycięstwo nad morvalatami. Pewnie nie będzie zadowolony z mojego widoku, ale i tak musi mnie teraz przyjąć, pomyślała z ponurą miną dziewczyna.
[center]~*~[/center]
Władcę Ciemności znalazła bez większych kłopotów. Siedział w największej sali pałacu Morvedana wraz z grupą swoich najbardziej zaufanych ludzi. Ucztowali, pili, śmiali się i drwili z pokonanego wroga. Riavald od razu zauważył dziewczynę. Popijając wino ze złotego kielicha, norliendmor siedział na wielkim, bogatym siedzisku, należącym niegdyś do Morvedana.
– Zbliż się i mów, czego chcesz. – Władca Ciemności niedbale machnął ręką w jej stronę.
Dziewczyna posłusznie zbliżyła się. Czuła na sobie nieprzyjemnie, pełne pogardy spojrzenia zgromadzonych w komnacie norliendmorów. Czuła jakiś dziwny, nieokiełznany lęk, poczucie pokory i dojmującej bezsilności. Przybrała chłodną, pozbawioną jakichkolwiek emocji minę i złożyła władcy dworny ukłon.
– Musimy porozmawiać, panie – powiedziała cicho. – W cztery oczy.
Jeden z norliendmorów zerwał się z miejsca, blady wściekłości, którą wywołała bezczelność Erintar. Postawił krok w jej stronę, kładąc dłoń na rękojeści miecza, jakby dziewczyna była kimś, kto zagrażał jego władcy. Nawet się nie cofnęła, patrząc norliendmorowi prosto w oczu. Rzucała mu wyzwanie, choć wiedziała, że z łatwością wedrze się do jej umysłu i pozna wszystkiej jej głęboko skrywane sekrety.
– Jakim prawem wysuwasz tak absurdalne żądanie wobec mojego władcy, przeklęta śmiertelniczko? – wycedził przez zaciśnięte zęby, z trudem panując nad sobą, choć miał wielką ochotę zamordować Erintar tu i teraz. – Za kogo ty się uważasz? Naprawdę wierzysz, że zostawimy lorda Riavalda z tobą bez żadnej obstawy? Oszalałaś, idiotko!
Dziewczyna nawet nie zareagowała na obelgę. Westchnęła ciężko i pokręciła bezradnie głową, patrząc z lekkim zażenowaniem na najlepszego z wojowników Władcy Ciemności. Powinna się spodziewać podobnej reakcji z jego strony.
– Myślę, że mam prawo oto prosić naszego władcę, Kashmirze – wyszeptała. – Dowiodłam, że można mi ufać, mimo że niedawno zdradziłam tych, z którymi podróżowałam. Tiarenmark został zdobyty przez nas tak szybko, bo podałam wam słabe punkty murów i wrót, które zdradził mi niegdyś morvalat, któremu wbiłam sztylet w plecy. Dergard, bo tak miał na imię owy morvalat znał te słabości, bo jako jeden z najbliższych przyjaciół Morvedana pomagał przy ich budowie…
Przerwała na chwilę, słysząc drwiący, pogardliwy śmiech Kashmira.
– Być może pomogłaś nam zdobyć miasto, lecz nadal ci nie ufam. Zdradziłaś swoich dawnych kompanów, skąd mogę wiedzieć, że nie zdradzisz i nas…
– Siadaj na dupie, Kashmir! – wtrącił się niespodziewanie do rozmowy Władca Ciemności. – Z przyjemnością spełnię prośbę Erintar i porozmawiam z nią sam na sam.
– Ależ, panie, toż to nierozsądne posunięcie… – zaczął norliendmor, lecz umilkł czując na sobie gniewnie spojrzenie swego władcy.
– Wyjdźcie stąd wszyscy natychmiast! – powiedział twardo Riavald. – Wezwę was, gdy ja i Erintar skończymy rozmowę.
Nikt się nie ośmieli sprzeciwić. Norliendmorzy powstali z krzeseł i, jeden za drugim, ruszyli w stronę wyjścia z komnaty. Po chwili ostatni z nich przekroczył próg komnaty, starannie zamykając za sobą drzwi. Wkrótce dziewczyna i Władca Ciemności zostali zupełnie sami. Riavald powoli podniósł się z krzesła, odwrócił się plecami do dziewczyny i podszedł do okna. Stanął tam, opierając obydwie dłonie o parapet i przyglądając się widokom zrujnowanego miasta za oknem. Zmarszczył brwi, jakby w głębokim zastanowieniu.
– O czym chciałaś ze mną porozmawiać, Erintar? – spytał łagodnie. – I gdzie jest ten przerośnięty szczur, który zwykle ci towarzyszy?
– To jest świnka morska, lordzie Riavaldzie – poprawiła go szybko dziewczyna, ukradkiem dobywając sztyletu i cichcem podchodząc do Władcy Ciemności. – Czy naprawdę zasłużyłam na twoje zaufanie?
Na twarzy Władcy Ciemności pojawił się lekceważącym, rozbawiony uśmieszek.
– Dlaczego oto pytasz?
– Chcę wiedzieć tylko, na czym stoję…
– Bardzo nam pomogłaś, Erintar i rzeczywiście dowiodłaś, że można na tobie polegać. Zaufać, choć tak krótko mi służysz.
Dziewczyna stanęła tuż za jego plecami.
– Tę ufność przypłacisz życiem! – Wbiła mu sztylet w plecy. Aż po rękojeść.
Z warg Riavalda dobył się cichy, pełen bólu jęk. Z trudem odwrócił się w stronę dziewczyny. Uśmiechnął się drwiąco. Nie wyglądał na zaskoczonego takim obrotem sprawy, jakby już wcześniej spodziewał się zdrady, lecz nie zareagował na czas.
– Cóż spodziewałem się tego z twojej strony – powiedział ze spokojem, patrząc jej głęboko w oczy. – Zabiłaś dawnych kompanów, żeby potem przysięgnąć mi wierność…
– To był jedyny sposób, żeby z tobą skończyć, Władco Mroku! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Lecz, aby to zrobić musiałam się dostać tak blisko ciebie, jak tylko się dało. I dziś dałeś mi tę możliwość!
Riavald uśmiechnął się jeszcze szerzej, mimo swojej sytuacji. Było w nim coś dziwnego i przerażającego, Erintar zdała sobie sprawę, że coś było tu nie tak.
– Udało ci się zrealizować swój plan, lecz zapomniałaś o jednej rzeczy… Mnie nie można zabić zwykłym ostrzem!
Zanim dziewczyna zdążyła pojąć znaczenie tych słów, było już za późno. Riavald szybkich ruch ręki odepchnął ją z nadludzką siłą niczym szmacianą lalkę. Z całej siły rąbnęła o przeciwległą ścianę, by po chwili bezwładnie osunąć się na ziemię. Dostrzegła z przerażeniem, jak Władca Ciemności powoli wyjmuje nóż z pleców i niedbale odrzuca go w kąt. Patrzyła niedowierzającym wzrokiem, jak krwawiąca rana zamyka się w nienaturalnie szybkim tempie. Po chwili pozostała tylko nienaruszona miękka, blada skóra.
– Trzeba było się dokładniej zastanowić, zanim podjęłaś głupią decyzję o zaatakowaniu mnie. – Głos norliendmora był zimny i bezlitosny. – Teraz za to zapłacisz!
Niespodziewanie drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła Arvendira. Wielka świnka morska szybko podbiegła w stronę klęczącej na zimnej, kamiennej posadzce Erintar, zasłaniając ją własnym ciałem. Poczęła groźnie terkotać na Riavalda, strosząc groźnie futerko i rytmicznie poruszając kuperkiem. Pyszczek miała otwarty; długie, ostre zęby zalśniły jaskrawą bielą,.
– Miałaś czekać na mnie w lesie – wyszeptała słabo dziewczyna. – Czemu mnie nie posłuchałaś?
– Bo czułam, że ci grozi niebezpieczeństwo i nie myliłam się – odpowiedziała świnka morska. – Nie pozwolę temu pierdolonemu norliendmorowi cię skrzywdzić.
Nim Erintar zdążyła powstrzymać Arvendirę, ta podbiegła do Władcy Ciemności z wściekłym kwikiem i dziabnęła go z całej siły w łydkę. Riavald uśmiechnął się drwiąco, jakby to ugryzienie bardziej go rozbawiło niż zabolało. Z nadludzką siłą pochwycił świnkę morską i popatrzył jej prosto w oczy. Drugą ręką dobył miecza i zranił Arvendirę w brzuch.
– Precz – syknął i odrzucił gryzonia w stronę Erintar.
Dziewczyna w ostatniej chwili podtrzymała ranne zwierzę. Ze łzami w oczach pochyliła się nad konającą świnką morską, która zawsze była dla niej najważniejsza.
– Arvendiro, przepraszam. To była moja wina – wyszeptała z trudem panując nad emocjami. – Powinnam ci wcześniej powiedzieć całą prawdę o moich zamiarach.
Lecz świnka morska już nie odpowiedziała. Chwilę jej boczki jeszcze się unosiły i opadały wraz z ciężkim oddechem. Coraz słabiej i słabiej. Okrągłe, czarne jak guziczki oczka zamknęły się na zawsze. Erintar poczuła na policzka wilgotne łzy, które szybko otarła. Dotknęła ostatni raz pozlepianą krwią sierść Arvendiry i zerwała się z posadzki. Dobyła miecza.
– Zapłacisz mi za nią, Władco Ciemności!
Riavald zaśmiał się jej prosto w twarz, zbliżając się powoli. Stanął w pewnym oddaleniu od dziewczyny, cały czas patrząc jej prosto w oczy. Uśmiechał się drwiąco, jakby zupełnie nie czuł się zagrożony.
– Nie sądzę – stwierdził tak po prostu. – Nie zabijesz mnie, prędzej zabijesz samą siebie niż zdołasz pomścić tego zapchlonego gryzonia.
– Coś ty powiedział?! Ty… – Zamilkła nagle, czując dziwne uczucie pokory i bezsilności.
Miecz Erintar bezwolnie powędrował w stronę jej lewej piersi, kierowany jakąś obcą wolą. Wolą, nad którą dziewczynie nie potrafiła zapanować. Nie pochodziła od niej, lecz od norliendmora. Dziewczyna bezwolnie zamknęła oczy, a ostrze zanurzyło się w jej ciele.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#5 » 30 wrz 2015, o 21:17

[center]Zapraszam do czytania i komentowania pojedynkowych tekstów! Na najlepsze opowiadanie można głosować poprzez oddanie głosu w ankiecie do 14 października.
Powodzenia![/center]
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#6 » 14 paź 2015, o 00:04

Tekst A: Podobał mi się przede wszystkim pomysł, przełożenie i przekształcenie konfliktu znanego nam Gwiezdnych Wojen na coś oryginalnego. Plus za Evandera, który choć wyraźnie inspirowany Anakinem, nie był jego kopią. Plus za wszystki pozostałe postacie, które, mimo że występowały krótko, miały wyraźnie zarysowane osobowości. Jedyne, co mi trochę tak wyskoczyło znikąd to to całe serum ulepszające, ale sama końcówka była tego warta. (Ach i bardzo plus, mój całkiem osobisty, za Zgromadzenie, któremu w trakcie jego rządów daleko było do ideału, a które potem obrosło legendą, na którą zapewne nie do końca zasługowało :>)

Tekst B: Tak, była zdrajczyni (powiedzmy? raczej bliżej jej było do jakiejs agentki działającej pod przykrywką? i kogo właściwie ostatecznie zdradziła?), ale postaci inspirowanej Darthem Vaderem nie widziałam nigdzie w tym tekście, więc minus za to, że nie spełnia wszystkich kryteriów. Poza tym, raczej sztampowo, zarówno pod względem fabuły, jak i bohaterów. Najwyraźniej zarysowaną postacią, której autor poświęcił wyraźnie przynajmniej choć trochę uwagi, była chyba świnka morska.

Zdecydowanie Tekst A.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#7 » 18 paź 2015, o 19:45

[center]Przewagą głosów zwyciężył tekst autorstwa Zireael. Gratulacje!

Serdeczne podziękowania wszystkim - pojedynkującym za udział i teksty, głosującym i komentującym za poświęcenie czasu na lekturę pojedynkowych opowiadań.[/center]
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#8 » 20 paź 2015, o 12:42

Przyznaję się, że nie zagłosowałam, bo nie dałam rady przejść przez dwa teksty, ale na pocieszenie dodam, że na pierwszy rzut oka i pobieżne przeczytanie, bardziej spodobał mi się tekst B.

Awatar użytkownika
Monivrian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 168

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#9 » 22 paź 2015, o 23:02

Dziękuję wszystkim, którzy zagłosowali oraz za ciepłe słowa Agathas. Cieszę się, że doceniono świnkę morską, bo zależało mi na tym, bo testowałam w tym tekście nową rasę, czyli świnkę morską :D

Awatar użytkownika
Zireael
Lewa ręka ciemności
Lewa ręka ciemności
Posty: 219

Pojedynek nr 11: Monivrian vs Zireael

Post#10 » 24 paź 2015, o 18:09

Dziękuję, Monivrain, za pojedynek! :) Założę się, że gdyby troszkę więcej osób skusiłoby się na przeczytanie tych naszych kobyłek, to szłybyśmy łeb w łeb :D Może następnym razem ustalimy sobie limit górny zamiast dolnego lub obydwa? Dzięki Tobie rozruszałam się w kierunku pisania własnych rzeczy, a nie tylko praca i praca... Dzięki raz jeszcze! :)
Salve lux post tenebras!

www.alternation.pl / www.alternation.eu

Wróć do „Pojedynki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość