Kiedy debiut?

Rynek wydawniczy i wydawnictwa, rozmowy o konkursach literackich i innych. Jak, co i gdzie wydać.
Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2006
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#41 » 24 lip 2013, o 02:43

Lira pisze:
Ptakuba pisze:
Czyli nie powinno się pisać dla mas, bo masy są złe i nieinteligentne.
Tak.
Nie powinno się pisać dla mas, bo jeszcze się broń boże zarobi.
Tak.
Wszystko, co powstało z myślą o masach albo co może się im spodobać od razu jest "chłamem i gównem"
Tak.
. Fajnie wiedzieć.


...

Tak.

Ogólnie rzecz biorąc, powinnam pisać same podniosłe dzieła, które będą tak inteligentne i tak dobrze napisane, że zrozumie je garstka.


Tak...

To może tylko tą garstkę osób inteligentnych nauczmy czytać, a reszta niech trafi przed telewizor oglądać Tap Madl.

Tak!


Cudownie. Nie wiem, czy powinnam przywołać w tym momencie nazizm, czy socjalizm, ale wydaje mi się, że kilku już takich było wcześniej, co mieli podobne pomysły, które opierały się na dzieleniu ludzi na rangi. Powiedz mi, jak byś zdefiniował masy? Może na początek wrzucimy do worka ludzi pracujących fizycznie, potem kobiety, mniejszości narodowe, o, a na koniec podzielmy to według zarobków, co Ty na to? Edukacja tylko dla najbogatszych! Jeżeli uważasz, że część ludzi zasługuje na dostęp do edukacji, a część nie, to są to poglądy wprost ze Średniowiecza, których nie będę akceptować, bo są z gruntu złe. Prawda jest taka, że teraz nie ma już tak wyraźnego podziału społeczeństwa, bo większość ludzi ma dostęp do wykształcenia, więc część z nich korzysta jednocześnie i z dobrodziejstw bardziej wyrafinowanej sztuki i tej popularnej.

Dokładnie. Podzielmy społeczeństwo na kasty i chłostajmy na śmierć każdego pariasa, który ośmieli się spojrzeć na wystawę księgarni. Każdy musi znać swoje miejsce i siedzieć w nim od początku do końca.
Boziu... Nawet nie wiem, od czego zacząć. Moja mama ma wyższe wykształcenie i kilka studiów podyplomowych, ale czasem lubi sobie poczytać książki "dla mas", bo całymi dniami ciężko pracuje użerając się z debilami, których ma zarówno pod i nad sobą, i coraz rzadziej ma siłę, żeby sięgnąć po coś "ambitniejszego". Ale według Twojej wizji świata jest skreślona jako zbyt mało inteligentna i niewarta uwagi, nie zasługująca nawet na taką formę rozrywki. Way to go.
Nie wiem, czy w ogóle to pojmujesz, ale żyjemy w epoce kryzysu ekonomicznego, który szybko się nie skończy. Twoje "masy" to nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem, którzy pracują za grosze po 10 godzin dziennie, żeby w ogóle gdzieś mieć jakieś pieniądze. To ludzie inteligentni, ale przemęczeni, którzy po całym dniu pracy nie mają sił, żeby obejrzeć coś więcej, niż śmieszne filmiki z kotami. Czasem sięgną więc po literaturę "dla mas", żeby w ogóle coś czytać.
A czasem ludzie z wyższym wykształceniem i dobrą pracą i w ogóle nie tak ciężkim życiem lubią sobie poczytać tego typu literaturę dla tego, czemu służy-rozrywki. Znam małżeństwo, które ma całą kolekcję tandetnych romansideł, z których uwielbiają się śmiać i co do których przyznają, że mają do nich słabość.

Poza tym, mówisz, jakby w poprzednich epokach literackich nie istniała "literatura dla mas". Jakby panny nie zaczytywały się w powieściach gotyckich, jakby nie istniały tanie romansidła i porno. I nikt jakoś nie mówi teraz, że to "zło i niedobro", nie przysłaniają one Wielkich Dzieł, ale są także częścią literatury danych epok, czy Ci się to podoba, czy nie. Tak samo dzisiejsza literatura "dla mas", dzisiejsze "Harlequiny" są częścią tej epoki, dobry Boże, nie wiem naprawdę o co ten cały rejwach z Twojej strony. Zawsze jest miejsce dla takich książek i dla autorów owych książek, zawsze znajdą się dla nich odbiorcy.

Oczywiście, możesz sobie pisać dla idei i debiutować za darmo. Ja tak zrobiłam. Przyniosło mi to satysfakcję, ale nic więcej, a życie toczy się dalej. Nie żyjemy w próżni, nie powiesz "o, teraz napiszę ambitne dzieło, więc karmcie mnie i płaćcie moje rachunki". Jeśli ktoś ma na tyle samozaparcia w dążeniu do kariery pisarskiej, może pisać badziewia, żeby z nich żyć, a na boku pisać dzieło właściwe - to też nie jest nowe zjawisko, to też się zdarzało. A jeśli ktoś pisze sobie same badziewia i przynosi mu to radość, i innym przynosi radość, to niech będzie! Świat jest wystarczająco smutny i ponury.
Problem pojawia się za to, kiedy takie badziewie jest napędzanym machiną marketingową bestsellerem, który propaguje coś, co jest wyraźnie szkodliwe. Weźmy taki Zmierzch, w którym toksyczny związek uparcie ukazywany jest jako jedynie słuszna i prawdziwa miłość; i ok, to może jeszcze dałoby się strawić w literaturze dla dorosłych, bo człowiek przynajmniej pewne doświadczenie i lepszą ocenę sytuacji (chociaż "Twilight Moms" mogą być tego pewnym zaprzeczeniem, wiem), ale jest to powieść skierowana do nastolatek, które nierzadko biorą to na poważnie i mogą się potem wpakować w kłopoty. Podobnie jest z panią James, która wydała książkę o BDSM, o którym nie ma pojęcia i pod tego przykrywką znów pokazała kompletnie toksyczny związek, ale uważała, że jest ok, bo tak jest w tego typu związkach, co też nie jest (nie powinno) być prawdą. To już lepiej sobie kupić tandetnego pornola, bo jest przynajmniej tańszy, a na tym samym poziomie.
Podsumowując, literatura popularna była, jest i będzie, nikt nie ma prawa nikogo potępiać za jej czytanie, ani za jej pisanie. Tyle ode mnie. Lai out.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Ptakuba
użytkownik nieaktywny
Posty: 129
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#42 » 24 lip 2013, o 12:29

Chryste, jeszcze tego brakowało, żebyście wzięły na poważnie te wszystkie "tak", które w sumie były tylko nabijaniem się z ogromnej nadinterpretacji i ogólnego zagalopowania się w celu demonizacji wszystkich moich argumentów - że chryste panie jaki to ja jestem potwornie bezwzględny i nieczuły, jak mogę być przeciwko pisaniu kiczu.

Przede wszystkim z góry zakładacie że jestem debilem, do czego już się w życiu przyzwyczaiłem. Bo nie, nie sugeruję żadnego podziału na kasty, to było nabijanie się. Nie, nie uważam że kicz i tandetę da się wyeliminować ani że w poprzednich epokach ich nie było. Nie, nie uważam że nie wolno czytać beznadziejnych książek, słuchać beznadziejnej muzyki i zachwycać się wszelką inną beznadzieją. Całe wasze akapity na te tematy były absolutnie niepotrzebne.

Temat dyskusji to pisanie tandetnego książkowego popu. Bronicie tego w kategoriach z gatunku (to oczywiście ogromne wyolbrzymienie, ale może załapiecie) "można mordować dzieci bo nigdy nie wiadomo czy z jakiegoś z tych dzieci nie wyrośnie potworny tyran". Tak samo argumentujecie przecież, że można pisać tandetę - no bo może ktoś zaczynając od pisania tandety, przerzuci się na coś ambitniejszego. A zresztą co za strata, jeśli ktoś będzie czytał tylko gówno, nie?

Widzicie, cała granica między nami leży w tym, że wy uważacie, że się nie powinno pisać tandety dla kasy, ale nie można zabraniać, ja zaś uważam że to coś po prostu z natury złego. Uważam, że zarabianie na gównie jest nieuczciwe, bo tymczasem próbuje się wybić ktoś naprawdę ambitny, czymś naprawdę dobrym, i zostaje pominięty. Zostaje tu nieuczciwie skrzywdzony. Bo oto pani Meyer jest sobie sławna i ustawiona z kasą, a anonimowy wiele lepszy od niej pisarz musi zachrzaniać na swoje przeżycie jak każdy. To jest sedno dyskusji.

Bo naprawdę argumentujecie wszelako na około, a to na co wskazałem wręcz negujecie z tekstem że "przecież książka drugiej na półce nie zeżre xD nikomu się krzywda nie dzieje xD".

Jest też jedna sprawa dotycząca samej tej dyskusji, na którą próbowałem rzeczowo zwrócić uwagę. Same uważacie, że pisanie tandetnego literackiego popu jest nie w porządku. Ale w pewnym momencie zaczęło się usprawiedliwianie go tylko dlatego, że nie podobał wam się mój styl argumentacji tu, więc trzeba udowodnić, że się mylę - choćbym i miał rację. W pewnym momencie przestało to być "można pisać literacki pop i nie ma w tym nic złego", a zaczęło się "literacki pop i tak zawsze będzie więc po co to gadanie".

Choć z ostatnim się zgadzam, tylko ze względu na samo założenie, że jestem głupi i nie mogę mieć ani grama racji, musiałyście uznać, że gdzieś zaprzeczyłem owemu stwierdzeniu. Widzicie, problem w tym, że ja wiem że zło i głupota i tandetna sztuka zawsze były, są i będą. To jednak nie znaczy, że należy je usprawiedliwiać, przymykać oko z tekstem "takie życie co poradzisz" a co gorsza przyłączać się.

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1336
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#43 » 24 lip 2013, o 13:12

Problem z tą dyskusją jest taki, że uważasz, że jeżeli coś powiedziałam ja, to odnosi się to do wszystkich, którzy w tym momencie nie zgadzają się z Tobą. Tak nie jest, bo z Giwi i Koś akurat się nie zgadzam we wszystkim. Nie mówię, że według mnie "pisanie tandetnego literackiego popu jest nie w porządku", raczej, że z mojej perspektywy nie ma zbytniego sensu, ergo ja tego nie zrobię dla pieniędzy. Ale nikt ich nikomu z ręki nie wyrywa, jeżeli ktoś chce kupować harlequiny, to czemu nie? Trochę naiwne byłoby stwierdzenie, że my wiemy co jest najlepsze dla wszystkich ludzi na świecie.

Uważam, że zarabianie na gównie jest nieuczciwe, bo tymczasem próbuje się wybić ktoś naprawdę ambitny, czymś naprawdę dobrym, i zostaje pominięty. Zostaje tu nieuczciwie skrzywdzony. Bo oto pani Meyer jest sobie sławna i ustawiona z kasą, a anonimowy wiele lepszy od niej pisarz musi zachrzaniać na swoje przeżycie jak każdy.

Przykro mi, ale ktoś, kto się nie potrafił wybić prawdopodobnie na to nie zasługuje. Meyer nie zajmuje miejsca nikomu innemu, rynek jest naprawdę szeroki pod tym względem, zawsze będzie popyt na każdy rodzaj literatury. Myślisz, że brak literatury popularnej sprawiłby, że trudniejsze i mniej rozrywkowe teksty sprzedawałyby się lepiej? Na pewno nie. Nie masz określonej ilości wydanych książek i tyle, amen, a nie nie dostałeś się w tym roku, bo nie jesteś w najlepszych 10%. W takich wypadkach to po prostu nie jest właściwe wydawnictwo, czas, albo sama książka się nie nadaje.
Widzicie, problem w tym, że ja wiem że zło i głupota i tandetna sztuka zawsze były, są i będą. To jednak nie znaczy, że należy je usprawiedliwiać, przymykać oko z tekstem "takie życie co poradzisz" a co gorsza przyłączać się.

Życie nie jest podzielone na czerń i biel. "Tandetna sztuka" też ma swoje plusy, literatura popularna też jest wartościowa, choć czasem w inny sposób.

Swoją drogą, nie wiem czemu zakładamy, że jeżeli ktoś pisze zawodowo tylko dla wydania się, to będzie od razu pisał coś "gorszego". To błędne. Część genialnych autorów, którzy są uznawani za wyjątkowych intelektualistów pisało właśnie po to, żeby zapłacić za rachunki. I z tego są znani. Sir Arthur Conan Doyle pisał Sherlocka dla pieniędzy i z tego jest znany, przez to podziwiany. Ktoś go pamięta jako autora Micah Clarke, albo Wielkiej Wojny Burskiej? Tak, specjaliści, którzy doceniają to, jak dobre to teksty. Czy napisanie Sherlocka Holmesa było złym pomysłem? Przecież to była literatura popularna, w tamtych czasach niezbyt szanowana, wydawana w magazynach, pisana na zlecenie. Doyle tego nienawidził, ale dzięki temu wiódł całkiem niezłe życie i miał czas na pisanie tego, co było dla niego ważne i interesujące. Stracił coś na tym? Nie, wręcz zyskał.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

M.86
użytkownik nieaktywny
Posty: 103
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#44 » 24 lip 2013, o 13:24

Ptakuba pisze:Widzicie, cała granica między nami leży w tym, że wy uważacie, że się nie powinno pisać tandety dla kasy, ale nie można zabraniać, ja zaś uważam że to coś po prostu z natury złego. Uważam, że zarabianie na gównie jest nieuczciwe, bo tymczasem próbuje się wybić ktoś naprawdę ambitny, czymś naprawdę dobrym, i zostaje pominięty. Zostaje tu nieuczciwie skrzywdzony. Bo oto pani Meyer jest sobie sławna i ustawiona z kasą, a anonimowy wiele lepszy od niej pisarz musi zachrzaniać na swoje przeżycie jak każdy. To jest sedno dyskusji.


Primo.
Życie to prawo dżungli. Musisz sie zaopatrzyć w długie kły i ostre pazury, żeby do czegoś dojść. To jak z rozmową o pracę. Musisz sie sprzedać. Jeśli nawet jesteś geniuszem albo najbardziej sumiennym pracownikiem na świecie to jeśli procodawca cie nie zapamieta przy prezentacji, jesteś stracony. Tak samo jest z wydawaniem. Musisz sie najpierw sprzedać wydawcy, żebyon sprzedał twoje teksty. Tylko, że tu oprócz CV ,w wydawnictwie, czytaja jeszcze twoje prace.

Duo.
Kwestia kiczu jest sporna. Jak juz pisałam - dla ciebie szmata, dla kogoś cudo. Pomyśl o tym też jak o dawkowaniu kultury. Tak jak ucząc się języków obcych, nie rzucasz sie odrazu na głęboką wodę i nie łapiesz za Dickensa w w wersji oryginalnej. Zaczynasz od małych książeczek z kilkoma niezbyt skomplikowanymi zdaniami, które nijak nie moga tworzyć dobrej narracji. Potem, gdy czujesz, że to dla ciebie za mało, sięgasz po coś bardziej skomplikowanego.

Niektórzy ludzie muszą napowrót nauczyć sie czytać we własnym, ojczystym języku tak jak uczą sie czytać w języku angielskim, niemieckim i innych. Zczynają od 100 stron halequina kończą na klasyce. Jak niby mieli by to robić, gdyby na świecie były tylko ambitne dzieła. Dzieła, które niedoświadczonego czytelnika zraziłyby już na pierwszej stronie. Wszystko to kwestia stopniowania.

Sama jestem taką osobą, gdyż do czytania w podstawówce bardzo mnie zrazili. Książki zaczęłam pochłaniać dopiero w liceum (lektury zawsze omijałam wielkim łukiem). Na palcach jednej ręki mogę policzyc ile lektur szkolnych przeczytałam w tamtym okresie. Na studiach czytałam książkę na trzy dni, i następną, i następną. Zaczynałam od Browna. Skończyłam na Simonsie. Czytam teraz w dwuch językach.
"Jak się okazuje, moje sny są bardziej realistyczne, niż sądziłem..."

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1829
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#45 » 24 lip 2013, o 17:57

Tak sobie czytam cały temat i niestety doszłam do wniosku, że poprzez kicz rozszerzyliście ten termin praktycznie do całej beletrystyki, co jest krzywdzące dla wielu autorów, zwłaszcza, że połączyliście to z nabijaniem kieszeni pieniędzmi... Głupotą jest twierdzić, że debiutant nie powinien myśleć o tym, by rozwijać się w kierunku zawodowym. To, że inni twierdzą, że jest ciężko z tego wyżyć, nie oznacza, że nie można mieć aspiracji, by dążyć do tego poprzez ciężką pracę. Polska to nie Ameryka, ale nie można także wymagać, że osiągnie się sukces, jeśli całkowicie się nie poświęci pasji. Nie ma czegoś takiego jak pół-sukces czy praca na pół-gwizdka. Albo skupiasz się na tym i brniesz powoli, acz konsekwentnie do przodu, chcąc wzbić się na sam szczyt albo pozostajesz na tym samym poziomie, próbując pogodzić pracę na pełnym etacie, hobby i obowiązki wobec rodziny. Oczywiście, przy samozaparciu jest wszystko możliwe, jednakże efekt pracy będzie zawsze inny.

Kwestia pieniędzy - pewnie, że debiutant nie ma co się nastawiać na super pieniądze i międzynarodową sławę. Nie wpadajmy ze skrajności w skrajność. Zarabianie pieniędzy zostało przez was ujęte w najgorszy z możliwych sposób. Czytając posty, miałam wizję przykładowego autora, który wydając nowy utwór, zachowuje się jak Scrooge i tylko liczy mamonę, skąpiąc na wszystko inne. Napawa mnie to obrzydzeniem, że podejście praktycznie i z najlepszą intencją dla twórcy, zostało w ten sposób ukazane. To wygląda tak, jakbyście mieli problem z tym, że Radwańska ze swego hobby uczyniła zawód i zarabia potężne pieniądze, jakby Sapkowski popełnił największy błąd życia, pozwalając bawić się przednio fanom Wiedźmina na komputerze, jak i wyrzygiwali J. K. Rowling, że miała na tyle szczęścia, że ludzie ją pokochali i każdy ją zna, pozwalając zarabiać miliony.
Nie widzę nic złego w tym, że człowiek pragnie docenienia ciężkiej pracy. To poświęcenie najczęściej dwóch lat życia na ciągłym myśleniu, rozmawianiu z innymi ludźmi i tysiące godzin pisania. To jest jasne, że taki autor pragnie satysfakcji ze swej pracy nie tylko poprzez uznanie krytyków, listy od fanów, ale przede wszystkim spełniając te najważniejsze potrzeby, do których potem wyznacza się inne wartości swej pracy - pieniądze. Odpowiednie wynagrodzenie to podstawa dla każdego człowieka. Prędzej czy później ugnie się pod ich nagłą potrzebą.
Potem może być inaczej, a raczej powinno. Od początku tej dyskusji nie chodziło mi o fantazyjne zbijanie fortuny, ale spełnienie najważniejszych potrzeb,a przy tym ambicji.
Ponadto nie ma niczego złego w tym, że pragnie się zarobić na tyle, by być w stanie utrzymać się, żyć na poziomie, a w przyszłości zapewnić dzieciom taki start, by nie było żadnych wyrzeczeń. Brzmi nierealnie? Pewnie, że tak, zwłaszcza w Polsce, jednak to nie zabrania temu, by mieć ambicję wydostać się poza światek jednego kraju i podbijać inne.
Każdy pragnie być doceniony za życia, a nie spędzić wszystkie dni na użalaniu się nad sobą, bo w jego dziele nie znalazło się niczego atrakcyjnego w tym, co napisał. Szukanie geniuszy na siłę to poronione myślenie. Czas osądzi, kto był więcej wart od innych oraz kiedy i w kogo ręce to trafi. Będzie debiut? Świetnie! Nie ograniczajmy się jednak do tego, że wszystko, co związane z rozrywką, jest be i bez sensu, bo to ograniczone podejście do sprawy.

Kwestia ambicji książek - to, że debiutant napisze beletrystykę, nie oznacza, że będzie nieambitna. Wartościowe dzieło to nie tylko takie, które otrzymało nagrodę Nobla, ale też takie, które potrafi poruszyć czytelnika, wzbudzić emocje, pozostać w pamięci i sercu, a także takie, które wprawia w zachwyt i zdumienie nad kreacją świata oraz postaci. Czy to jest mało ambitne? Czy to kicz? Jeśli ktoś tak uważa, to jest to problem już tej osoby, ponieważ podejście "sztuka dla sztuki" to jedynie prosta droga do zostania rozczarowaną panią profesor lub panem profesor, który/a będzie się żalił/a publicznie studentom, że musi zarabiać na życie, bo nikt go/ją nie docenił, a to już jest smutne.
Po prostu robię za zły charakter.

K.
użytkownik nieaktywny
Posty: 64
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#46 » 25 lip 2013, o 00:01

Lira pisze:Swoją drogą, nie wiem czemu zakładamy, że jeżeli ktoś pisze zawodowo tylko dla wydania się, to będzie od razu pisał coś "gorszego". To błędne. Część genialnych autorów, którzy są uznawani za wyjątkowych intelektualistów pisało właśnie po to, żeby zapłacić za rachunki. I z tego są znani. Sir Arthur Conan Doyle pisał Sherlocka dla pieniędzy i z tego jest znany, przez to podziwiany. Ktoś go pamięta jako autora Micah Clarke, albo Wielkiej Wojny Burskiej? Tak, specjaliści, którzy doceniają to, jak dobre to teksty. Czy napisanie Sherlocka Holmesa było złym pomysłem? Przecież to była literatura popularna, w tamtych czasach niezbyt szanowana, wydawana w magazynach, pisana na zlecenie. Doyle tego nienawidził, ale dzięki temu wiódł całkiem niezłe życie i miał czas na pisanie tego, co było dla niego ważne i interesujące. Stracił coś na tym? Nie, wręcz zyskał.


Przyznam się szczerze, że do dyskusji nie miałam zamiaru się dołączać. Niestety po zobaczeniu nazwiska Doyle, nie mogłam się powstrzymać. Jeżeli rozmawiamy o debiutach, sprawę z Doyle'm trzeba trochę sprostować. Owszem, nienawidził Sherlocka i pisał go na zlecenie - ale dopiero później.
Być może ktoś z Was posiada większą wiedzę, wtedy byłabym wdzięczna za poprawienie mnie.

Debiut Doyle'a, a jednocześnie debiut Sherlocka Holmesa (Studium w szkarłacie 1887r), nie odniósł aż tak ogromnego sukcesu. Zresztą nic dziwnego, nikt wybitnego detektywa w Anglii wtedy nie potrzebował. "As good as I could make it, and I had high hopes" - oto słowa samego Doyle'a na temat pierwszej powieści z Sherlockiem. Wielokrotnie spotkał się z odrzuceniem. Brak zrozumienia, zaciekawienia, czy chociażby uznanie powieści za krótką i za długą jednocześnie, niewpisującą się do kanonu ówcześnie wydawanych książek. Studium w szkarłacie wydane zostało dopiero przez Ward, Lock & Co., którzy specjalizowali się w tanich powieściach. Ciekawostka, chociaż odpowiedź dostał w 1886 roku, powieść ukazała się dopiero rok później, gdyż rynek był już zapełniony z "tanią fikcją".
Tutaj warto wspomnieć, iż zaczął pisać Micah Clarke. I tym razem było mnóstwo problemów z wydaniem książki. Swą historię z Sherlockiem planował zakończyć. Co w takim razie skłoniło Doyle'a do napisania Znaku czterech? Sukces pierwszej książki w Ameryce i zaproszenie przez J.M.Stoddart'a na obiad wraz z Oscarem Wilde. Oboje byli poproszeni o napisanie czegoś do Lippincott's Magazine. Wilde stworzył Portret Doriana Grey'a, zaś Doyle postawił ponownie na detektywa. Tutaj już możemy zacząć pisać o niedopatrzeniach i rozwoju postaci, jednak to temat na jeszcze dłuższą rozmowę. Tutaj można zarzucić, że przecież dostał zlecenie. Owszem, zlecenie na cokolwiek, nie zaś konkretnie na Holmesa.
Kolejna powieść, najbardziej znany zbiór opowiadań, o ile się nie mylę, również nie powstał na zlecenie. Czasy około wiktoriańskie były okresem prężnego rozwoju pracy. Pośród wielu miesięczników Doyle zainteresował się The Strand. Postanowił zmienić sposób pisania o Sherlocku, zamiast powieści, stworzył krótkie historie, które następnie ukazywały się w wyżej wymienionej gazecie. Dopiero teraz możemy zacząć mówić o większej znajomości nazwiska pisarza. Gdy Doyle zdecydował się poświęcić czas na pisanie powieści historycznej, The Strand próbowało namówić go na dalsze pisanie Sherlocka. Próbował za wszelką cenę odciągnąć ich od tego pomysłu - zażądał ogromnej sumy za nową serię, myśląc, że to zniechęci wydawców. Pomylił się, nawet nie negocjowali.
Żeby skrócić całą opowieść - Doyle postanowił zabić Sherlocka i dokonał tego bez wyrzutów sumienia. Czytelnicy, mówiąc bardzo delikatnie, nie byli zachwyceni. Kolejna powieść na początku nie była planowana jako sherlockowa, chociaż taką się stała. Pies Baskerville'ów (również wydany w The Strand) stał się prawdziwą sensacją. Tutaj dopiero zaczynamy okres prawdziwej popularności, zarówno w Ameryce (wydanie książkowe) jak i w Anglii.

Rzeczywiście Doyle w późniejszych czasach pisał Sherlocka dla zarobku. Pamiętajmy jednak, iż najprawdopodobniej nie był to jego główny cel. I zdecydowanie nie możemy powiedzieć, że nie był szanowany.

Warto wspomnieć też, co mogło spowodować zainteresowanie powieścią detektywistyczną w czasach wiktoriańskich. Myślę, iż można to nazwać przypadkiem. Przecież Doyle ojcem powieści detektywistycznej nie był. Był nim Edgar Allan Poe oraz jego detektyw C.Auguste Dupin. W ogóle warto też zauważyć - Doyle czerpał inspiracje z trzech powieści detektywistycznych Poe. Bardzo dużo inspiracji. Aczkolwiek to również jest zupełnie inny temat, a moja wypowiedź i tak jest już za długa.
Jak już wspomniałam - rozwój prasy. Również duże znaczenie miał rozwój kolei - gazety były częstym towarzyszem pasażerów. A także sam Kuba Rozpruwacz ("kanoniczna piątka" 1888). Zresztą czasy wiktoriańskie w ogóle nie należały do bezpiecznych. Morderstwa, handel dziećmi, etc. były dość częstym zjawiskiem. KR stał się głównym tematem przez brutalność mordów, a całą sprawę nakręcały dodatkowo czasopisma, dziennikarze i prawdopodobnie fałszywe listy od KR. Scotland Yard był bezradny. Posiadali paru (...nastu) podejrzanych, jednak, jak wszyscy dobrze wiedzą, przestępca nigdy nie został złapany. Kolejna ciekawostka, wśród podejrzanych znalazł się nawet Polak. Mieszkańcy Londynu czuli się zagrożeni, potrzebowali kogoś, kto będzie potrafił rozwikłać każdą zagadkę, kto będzie skuteczny. Potrzebowali Sherlocka Holmesa.

Czy Doyle coś stracił? Nie nam na to pytanie odpowiadać. Bo może pieniężnie stał całkiem nieźle, jednak zachwycony nie był, iż te powieści, z których chciałby być znany, zostały niezauważone w cieniu.

Ogólnie temat ten jest bardzo obszerny, nie chcę Was jednak jeszcze bardziej zanudzać. Nie wniosło to może wiele do dyskusji, ale nie mogłam się po prostu powstrzymać.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2006
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#47 » 25 lip 2013, o 13:11

Uważam, że zarabianie na gównie jest nieuczciwe, bo tymczasem próbuje się wybić ktoś naprawdę ambitny, czymś naprawdę dobrym, i zostaje pominięty. Zostaje tu nieuczciwie skrzywdzony. Bo oto pani Meyer jest sobie sławna i ustawiona z kasą, a anonimowy wiele lepszy od niej pisarz musi zachrzaniać na swoje przeżycie jak każdy. To jest sedno dyskusji.

No niestety, nie tak działa rynek. Meyer nie "zajmuje miejsca" nikomu. Meyer ma własną Meyerokształtną niszę na rynku, wybitą dla niej przez armię specjalistów. Nie zajmuje nikomu miejsca, bo to miejsce zostało dla jej twórczości stworzone. Główny target tej raczej nie sięgnie po ambitniejsze dzieło uciskanego pisarzyny, bo nie jest ono do nich skierowane. Nie wiem, jak to prościej wytłumaczyć.
W ogóle post ma coś w sobie z jęczenia nad dziejową niesprawiedliwością, że jedni mają, a inni nie. No, niestety, tak działa ten świat. Oczywiście, że łatwiej jest zaczynać, jeśli ma się pieniądze. Terry Pratchett jako biedak nie zaczynał, na pewno nie zaszkodziło mu to, że kiedy zaczął wydawać już miał pieniądze, bo miał dochodową pracę. Ale to nie robi z niego "gorszego" pisarza. Podobnie jest z Andrzejem Sapkowskim.

Życie to prawo dżungli. Musisz sie zaopatrzyć w długie kły i ostre pazury, żeby do czegoś dojść. To jak z rozmową o pracę. Musisz sie sprzedać. Jeśli nawet jesteś geniuszem albo najbardziej sumiennym pracownikiem na świecie to jeśli procodawca cie nie zapamieta przy prezentacji, jesteś stracony. Tak samo jest z wydawaniem. Musisz sie najpierw sprzedać wydawcy, żebyon sprzedał twoje teksty. Tylko, że tu oprócz CV ,w wydawnictwie, czytaja jeszcze twoje prace.

Dokładnie. Siedzenie i jęczenie, że nikt mnie nie chce, a inni zajmują moje miejsce, nic tu nie da. Trzeba walczyć o swoje, trzeba nawiązywać znajomości, a potem z nich korzystać. Nikt nit przyjmie z miejsca Twojej powieści, całując Cię po rękach, choćby nie wiadomo jak dobra była. Niestety, trzeba trochę się wysilić. Chcesz odnieść sukces, to o niego walcz, sam nie przyjdzie.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1336
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#48 » 25 lip 2013, o 20:10

Nie jestem dzisiaj zdatna do dyskusji, więc ode mnie będzie krótko.

K., tylko problem w tym, że właśnie o to mi chodziło, a niespecjalnie widziałam sens przywoływania całego tła przykładu, nie ma powodu robić wykładu, jeżeli każdy mniej-więcej wie o co chodzi. Swoją drogą gratuluję wiedzy i mam nadzieję, że podyskutujesz ze mną kiedyś o tym temacie, bo zdecydowanie podpisuję się pod tym, co napisałaś. ACD uważał Sherlocka za ciekawy eksperyment - na początku. Był zafascynowany The Murders in the Rue Morgue, chciał powtórzyć i rozwinąć pomysły Poe. Nie spodziewał się aż takiej popularności tekstu i w końcu zmęczyło go pisanie o detektywie - wolał się zająć czymś ambitniejszym, więc chciał zrezygnować, dlatego właśnie powstał His Last Bow, wbrew opinii publiki i wydawców. Jak sam napisał: "even if I buried my bank account with him", "since, if I had not killed him, he would certainly have killed me", i "If I had never touched Holmes, who has tended to obscure my higher work, my position in literature would at the present moment be a more commanding one." Zmuszony koniecznością (powieści historyczne i zawód optyka nie przynosiły mu dostatecznych zysków) do powrócenia do pisania o Holmesie pisał coraz gorsze jakościowo teksty, które były nieporównywalne do pierwszych opowiadań i powieści. Prawda jest jednak taka, że dzięki Holmesowi był w stanie przeżyć, te teksty zarabiały, sprzedawały się, nawet jeżeli były szablonowe.

Przecież Doyle ojcem powieści detektywistycznej nie był. Był nim Edgar Allan Poe oraz jego detektyw C.Auguste Dupin.

Szczerze mówiąc żaden z nich jako taki nie był, bo pierwszym detektywem-amatorem musielibyśmy oznaczyć Edypa, albo biblijnego Daniela, dochodzenie do prawdy było motywem zawsze obecnym w literaturze. Wcześniej był jeszcze Hoffmann i wielu innych, Poe zdefiniował gatunek krótkiego opowiadania detektywistycznego pod tym względem, że nałożył ramy w jaki sposób powinna być napisane i dzięki niemu zwrócono uwagę na możliwości tego typu fikcji (nie był jednak w tym temacie pierwszy, ani zasłużony jako jedyny, chociaż jego wpływ jest bardzo widoczny). Holmes pod tym względem nie był żadnym nowatorstwem, Doyle czerpał od innych i bawił się tematem (mówię tutaj o samym początku), a później usiłował zrobić to samo za pomocą postaci profesora Challengera - osiągnąć sukces na rynku. Jednak dla niego wartość powieści historycznych nie była porównywalna do tekstów o Sherlocku, to właśnie chciałam podkreślić, jedno uważał za poważną pracę, a drugie za (przynajmniej do pewnego stopnia) grafomanię, jednak był w stanie połączyć w swej pracy oba, o co, mam wrażenie, toczy się tutaj właśnie dyskusja.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Ptakuba
użytkownik nieaktywny
Posty: 129
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#49 » 25 lip 2013, o 20:38

Dyskusja nie ma absolutnie żadnego sensu. Ja naprawdę absolutnie łapię, że istnieje coś jak zło konieczne, że po prostu coś jest nie w porządku i tyle. Z tym że wy od początku nadajecie, że skoro tak jest, to trzeba się do tego przystosować, podczas gdy ja mam ideały walki z tym. To przestała być w pewnym punkcie rozmowa o Stephanie Meyer i Paulo Coelho, a zaczęła być o tym, że świat jest kutasem, więc człowiek również powinien.

Awatar użytkownika
Camenne
crazy plant lady
crazy plant lady
Posty: 5532
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#50 » 25 lip 2013, o 21:14

Moim zdaniem ma sens i, co lepsze, schodzi na ciekawsze tory. Pytanie, dla kogo niewygodne.

Świat to jedno, literatura to drugie i raczej nie jest "kutasem" - byłoby zresztą miło, gdybyś opanował słownictwo - bo mimo wszystko rynkiem wydawniczym kierują dość racjonalne zasady. Okrutne i może niesprawiedliwe, zwłaszcza jeżeli patrzeć z perspektywy ambitnego autora urażonego tym, że on nie wydaje, a wydaje Meyer. Z drugiej strony żale w podobnej sytuacji nie są uzasadnione - naprawdę nie jest tak, że w podanym przez ciebie przykładzie pisarz "masowy" odbiera miejsce ambitnemu. Jeżeli ambitny pisarz nie debiutuje, to widocznie w samej niszy ambitnych powieści nie ma dla niego miejsca - nie jest dość dobry etc. na tę "półkę". I nie jest to bezpośrednio wina kultury masowej.
Idąc tym tropem - być może każdy autor, który wydał i się przyjął, nawet ten najbardziej przez nas pogardzany, okazał się widocznie idealny dla jakiejś niszy.

Rozumiem Twój punkt widzenia i chyba wszyscy się zgodzimy, że forum literackie to nie miejsce na gloryfikowanie popliteratury, ale raz, że tego NIKT tutaj nie robi, a dwa, że nie jest to sprawa, którą należy rozważać wyłącznie w perspektywach czarne-białe i demonizować bez zastanowienia się. Wystarczy zadać sobie pytanie - jak według ciebie wyglądałaby literatura, gdyby została zelitaryzowana, i przede wszystkim jak przekładałoby się to na czytelnictwo?
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

K.
użytkownik nieaktywny
Posty: 64
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#51 » 25 lip 2013, o 21:32

Lira:
Na ten temat zawsze jestem chętna do dyskusji. (:
I rzeczywiście nie powinnam/nie było potrzeby na pisanie wykładu, za co przepraszam. Po prostu na maturę ustną wybrałam analizę porównawczą Sherlocka Holmesa i serialu BBC, a że okres wiktoriański zawsze był moim ulubionym i wreszcie mogłam o tym rozmawiać ze wszystkimi pod pretekstem przygotowania... I cóż, nadal mi to nie przeszło.
Z Tobą również się zgadzam w 100% i dokładnie to miałam na myśli, gdy wspomniałam o Poe.

Ptakuba:
Według mnie jest zupełnie odwrotnie. To człowiek jest przyrodzeniem, dlatego świat też nim został. Posiadanie ideałów jest piękną sprawą, czasem jednak jest to po prostu walka z wiatrakami. Możemy potępiać kicz, nie możemy mu zapobiec. Dlaczego? Bo jedna osoba nie stanowi całego świata. Po prostu. Załóżmy, iż posiadasz własne wydawnictwo - masz minimalny wpływ na rynek książkowy. I co? I nic z tego, bo Ty może kiczu nie wydasz, ale wydawnictwa nastawione na zarobek już tak.
Nie odbierz tego jako próbę zabicia ideałów. Mnie ten kicz, cokolwiek by nie znaczył, po prostu nie przeszkadza. Kiedy książki nie popieram - nie kupuję, nie czytam i nie wspomagam pisarza/wydawnictwa. Ale wtedy również danej pozycji nie krytykuję.

Chciałam napisać coś więcej, ale Camenne mnie uprzedziła. Mogę się tylko pod nią podpisać.

Voynich
użytkownik nieaktywny
Posty: 65
Zobacz teksty użytkownika:

Kłótnia-offtop: Kiedy debiut?

Post#52 » 25 lip 2013, o 21:48

Kicz jest czasem czymś dobrym, gdyby nie on nie zaczęłabym czytać, co jak co, ale siedmiolatek nie zacznie swojej przygodny z literaturą od Wielkich Pisarzy, tylko od kogoś mniejszego, od czegoś, co będzie w stanie zrozumieć, a jednocześnie ma w sobie cień ideałów, dajmy na to hm... Harry Potter - przyjaźń, dobro, pomoc bliźniemu, a dodatkowo magia. Dlatego pisanie czegoś "płytszego" ma sens, ma dużo sensu - przecież to właśnie są początki czytelniczej przygody... Gdyby wszyscy pisarze rzucili się na hura, by pisać ambitnie, to od czego byśmy zaczynali? Od czegoś, co niektórzy dorośli nie rozumieją, a co dopiero mówić o dzieciach?

Ptakuba
użytkownik nieaktywny
Posty: 129
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#53 » 25 lip 2013, o 22:59

Camenne pisze:Moim zdaniem ma sens i, co lepsze, schodzi na ciekawsze tory. Pytanie, dla kogo niewygodne.


Oczywiście, że dla mnie. To ja muszę droczyć się z bandą osób, które są przekonane, że jak napiszą pięć akapitów o czymś o czym wcale nie zamierzałem rozmawiać, bo zupełnie z dala od tematu, który mam na myśli, to są mądrzejsze.

Camenne pisze:byłoby zresztą miło, gdybyś opanował słownictwo


Panuję. Każdy wulgaryzm jest dokładnie tam, gdzie trzeba.

Sprostuję wszystko jeszcze raz.

Moim ideałem nie jest elitaryzacja literatury i kultury ani zabronienie czegokolwiek.

Tematem, który chciałem poruszyć, nie jest idealistyczna kwestia, czy należy ze złem się pogodzić czy z nim walczyć, ani też skąd się bierze zło i czy świat jest czarno-biały i można tak klasyfikować zło-dobro. To zupełnie inny temat.

Jedyne, co mnie oburzyło to fakt, że kicz nie tylko uzyskał tu zrozumienie i tolerancję ze względu na jego naturalną konieczność, ale został usprawiedliwiony i uznany za nic haniebnego, a najniższe pobudki zostały wyniesione do rangi artystycznie dobrych.

To nie jest tak, że ja próbuję walczyć z wami w każdej kwestii - mam wrażenie, że jest dokładnie przeciwnie. Zgadzam się, że kicz był, jest i będzie. Zgadzam się, że ma swoją rolę i istnieć musi, że z tego koniecznego zła wynika czasem jakieś dobro. Protestuję jednak tylko przeciw otwartemu poparciu jego tworzenia. Uważam, że i bez poparcia i usprawiedliwienia jest i będzie go wystarczająco, a wręcz zbyt dużo, a teraz okazuje się, że jeszcze dostanie moralne przyzwolenie, żeby sobie hasać i szaleć. Uważam, że haniebnym błędem jest powiedzieć "spoko, i tak wszyscy kradną, więc możesz też, tak zawsze było, jest i będzie, wiadomo, każdy ma swoje problemy, poza tym jak kogoś okradniesz to dzięki temu nauczy się żyć skromniej, więc korzyść duchowa dla niego". To tylko porównanie. Oczywiście wynikające z konkretnego założenia - że tworzenie tandety jest czymś złym i nieuczciwym. To jednak uznaję niestety za oczywiste. Stworzenie taniego gówna i wydanie go dla kasy to według mnie plama na honorze, profanacja sztuki, czyn wynikający raczej z prostych żądz.

To po prostu zło konieczne. Z którym nie każę walczyć i uważam, że zaakceptowanie jest w porządku, ale uważam że nie powinno się go popierać ani dołączać doń.

Elvellon
Relikt przeszłości
Posty: 146
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#54 » 26 lip 2013, o 00:44

Cóż, Mozart napisał napisał większą część swojej twórczości kierując się właśnie prostymi żądzami ( pieniądze przede wszystkim ), które prawdopodobnie niewiele miały wspólnego artystycznym uniesieniem/wizją/jakkolwiek to sobie nazwiecie. Pozwolę sobie dodać, że w owych czasach tego typu muzyka była zaliczania do kultury popularnej a część utworów w/w była uważane za kiczowate. Ale to tak na marginesie.

Złem koniecznym bym czegoś takiego nie nazwał. Artysta tworzący dla idei, który nie przejmuje się zdaniem otaczającego go społeczeństwa jest romantyczną bajką dla początkujących pisarzy/kompozytorów/etc. Życie weryfikuje ( całe szczęście ) tego typu poglądy. Od dawien dawna twórcy byli, są i będą tymi bardziej luksusowymi prostytutkami, które sprzedają swoje skarby za mniejsze bądź większe pieniądze.

Jeśli chodzi o kicz to każdy ma swoje własne wyobrażenia i taka dyskusja co się do niego zalicza ma tyle sensu co kłótnia nad wyższością pomidorowej nad rosołem. Zresztą dlaczego miałbym się czuć lepszy od autorów powieści, za którymi szaleją rzesze nastolatek? Bo sam mam aspirację do pisania ambitnych treści, które poruszają ważne problemy? Ambicją się niestety nie najem. Trzeba więc znaleźć złoty środek i pogodzić jedno z drugim ( z czym sobie poradził dawno temu w/w Amadeusz ;) ). A to już wyższa szkoła jazdy. Sztuka ( nawet ta popularna ) i pieniądze nie muszą się wykluczać.

A co do Ciebie Ptakuba to nie dziw się, że możesz czuć się trochę osaczony skoro prowadzisz dyskusję rzucając raz łajnem, raz kutasem ( i to w kobiety! ), mniej lub bardziej celowo obrażając niektóre z nich. Mniej frustracji a więcej rzeczowej dyskusji. Zdrowiej się wtedy żyje, wierz mi ;).
Zło i niedobro.

Ptakuba
użytkownik nieaktywny
Posty: 129
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#55 » 27 lip 2013, o 17:19

Elvellon pisze:Cóż, Mozart napisał napisał większą część swojej twórczości kierując się właśnie prostymi żądzami ( pieniądze przede wszystkim ), które prawdopodobnie niewiele miały wspólnego artystycznym uniesieniem/wizją/jakkolwiek to sobie nazwiecie. Pozwolę sobie dodać, że w owych czasach tego typu muzyka była zaliczania do kultury popularnej a część utworów w/w była uważane za kiczowate. Ale to tak na marginesie.

Niestety nie rozmawiasz z człowiekiem, który jak usłyszy o muzyce klasycznej to od razu wychodzi z założenia że to genialne, wspaniałe, wyrafinowane - nie przepadam za Mozartem, wolę Brahmsa, Beethovena, uważam że Mozart jest delikatnie przereklamowany. Bo i czuć to, że tworzył pod publiczkę.

Napisałem wszystko co chciałem. Uważam, że ideały mieć należy zwłaszcza przy tworzeniu sztuki, że należy je propagować i nie zgadzać się na tandetę ze względu na to, że jest konieczna. To część moralności, etyki, a nie zwykły pogląd, który tak po prostu zmienię, bo oh, przecież wszystkie macie rację, że pieniądze są ważne i trzeba się pilnować z ideałami żeby przeżyć.

Plujcie na naiwny idealizm dalej, nie przyznam wam racji.

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1336
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#56 » 27 lip 2013, o 17:50

Hm. Ptakuba, jesteś zwyczajnie samolubny. To, że coś Ci się subiektywnie nie podoba nie umniejsza tego wartości. Jesteś jedynie kropelką w oceanie ludzkości pod tym względem. Nie mówię, że opinia ogółu jest jedyną i słuszną, ale to nie zmienia faktu, że wygłaszając własną należy ściągnąć gogle egocentryzmu i spojrzeć na całokształt. Fakt, że nie przepadasz za nim nie oznacza nic poza tym, że zwyczajnie go nie lubisz. Ja mogę nie lubić Szekspira i oznacza to tyle, że będzie mi ciężej przez niego przebrnąć jak będę musiała. W Twoim wypadku to nie jest idealizm, bo jest zwyczajnie szkodliwy, nie kategoryzujesz nawet sztuki na lepszą - gorszą pod względem jej wartości, ale ze względu na pochodzenie, które ma się do efektu końcowego nijak. To tak jakbyś ogłaszał, że poza Biblią nie powinno istnieć żadne dzieło literackie, bo nie było natchnione przez Ducha Świętego. Z obu podejść mogą wyniknąć dzieła, z obu okropna szmira, bo sam fakt, że tworzysz dla sztuki nic nie gwarantuje.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
crazy plant lady
crazy plant lady
Posty: 5532
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#57 » 27 lip 2013, o 18:20

Kuba, nikt nie wymaga od ciebie zmiany zdania czy przyznania racji, od tego właśnie jest dyskusja, by rozważać temat głębiej i nawet przedstawiać potencjalne za i przeciw niż to, co leży na wierzchu. Od kiedy ktoś musi siąść pod koniec na tronie z transparentem "Jam tu wygrał", że tak odmawiasz rozważenia jakichkolwiek argumentów poza własnymi?
Nikt tu na nic nie pluje, nikt tu otwarcie nie propaguje kiczu i nie pisze, że szlachetnym jest pisać dla mas. Można rozważać różne aspekty literatury popularnej i to nie znaczy, że naszymi jedynymi ambicjami jest ją pisać - i przykro mi, że muszę pisać to drugi raz. Skąd pewność, że każdy, kto wypowiedział się tutaj oprócz ciebie, nie tworzy dla artyzmu czy wyższych wartości? Jedyna Giwi przyznała, że mogłaby pisać dla mas, nawet jeżeli tylko pod zarobki, i ma prawo do takiego stanowiska. Czy każdy tutaj musi krzyczeć "Chcę pisać ambitnie", byś nie wchodził na agresywny ton i byś szanował rozmówcę, zamiast sprowadzać wszystkich do wielkiej, złej bandy? Wydaje ci się zresztą, że "wszyscy" tutaj się ze sobą zgadzamy, a tak nie jest - to poddaje w wątpliwość twoje czytanie całej rozmowy.
Nie tylko ty na tym forum masz zamiar pisać/wydawać w "ambitnej niszy". Wystarczy jednak mieć dodatkowo dość dystansu do otaczającego świata i realiów wydawniczych, by móc rozważyć sytuację, wysnuć wnioski i zdawać sobie sprawę, jak to wygląda. "Zdawać sprawę" nie znaczy "zgadzać się".
Jeżeli dla ciebie wszystko sprowadza się do siebie i "strony, która nigdy nie będzie miała racji, bo ja tak mówię", to faktycznie dyskusja z tobą nie ma sensu.
Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany!

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywizJak wstawić wcięcia akapitowe

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.

Elvellon
Relikt przeszłości
Posty: 146
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#58 » 28 lip 2013, o 12:46

Ptakuba pisze:Niestety nie rozmawiasz z człowiekiem, który jak usłyszy o muzyce klasycznej to od razu wychodzi z założenia że to genialne, wspaniałe, wyrafinowane - nie przepadam za Mozartem, wolę Brahmsa, Beethovena, uważam że Mozart jest delikatnie przereklamowany. Bo i czuć to, że tworzył pod publiczkę.


Niestety chyba nie do końca zrozumiałeś, co chciałem przekazać, ale spoko, też w sumie wolę panów na B (chociaż Brahms momentami zżynał jak leci z Beethovena ;p ).

Moim skromnym zdaniem ta dyskusja zaczyna zjadać własny ogon. Jeśli ktoś przekopie się przez parę ostatnich stron, to zauważy, że piszemy praktycznie cały czas to samo. Proponuję zakończyć walkę z wiatrakiem, bo z fajnego tematu zrobiło się odbijanie piłeczki od ściany.

Swoją drogą strasznie ciasną bieliznę robią w tych czasach
Zło i niedobro.

Kosteczek
użytkownik nieaktywny
Posty: 428
Zobacz teksty użytkownika:

Kłótnia: Kiedy debiut?

Post#59 » 30 lip 2013, o 11:35

Chce ktoś czytać o Belli i Edwardzie? Niech czyta, by za parę lat złapać się za głowę i stwierdzić, iż było to zło koniecznie i sięgnie po coś ambitniejszego. ;)

Nie, to nie tak działa. Taka osoba nadal będzie sięgać po bestsellery typu Greye czy Brown.

jest błędne z tego względu, iż z założenia pisarz to zawód, nie hobby, a skoro to zawód, to warto byłoby mieć z tego jakieś pieniądze.

Jest arcypoprawne. Można mieć kasy jak szejk piachu, a można mieć ilość, która wystarcza na (prze)życie. Pisarz ambitny nie będzie kosił tyle szmalu ile ten komercyjny, ale coś także uszczknie (przynajmniej zagraniczny).

To nie dawne czasy, gdzie wystarczyło mieć spadek po dziadku i żyć do góry brzuchem do reszty swych dni, przy okazji poświęcając się jednemu zajęciu, a niestety w XXI wieku brakuje na to czasu, a co za tym idzie -> ciężko napisać coś wartościowego, nie dysponując odpowiednią ilością czasu w ciągu dnia. Normalna praca nie zapewni napisania w dobrym tempie dzieła i to na poziomie, dlatego dla mnie to jest normalne, że pisarze chcą mieć ze swych książek pieniądze, by żyć i móc poświęcić się temu zajęciu jak najbardziej.


Założenie cokolwiek błędne. Dobry pisarz nie napisze złej książki. Nikt mi nie powie, że pan Brown nagle wskoczy na poziom wirtuozerii i walnie arcydzieło, tak ni ma, wybacz.

Był taki pisarzyna, jak mu tam, Gombrowicz, nie wiem, jest szansa, że kojarzysz. Ów pisarzyna walnął kiedyś dziełko, którego się wypierał, bo je dla pieniędzy napisał - Opętanych. Książka według G. nieambitna, napisana dla mas, ale udowadnia, że spod dobrego pisarza pióra złe dzieło nie wyjdzie.

Pisanie dla samego siebie jest szlachetne i dobrze widziane wśród idealistów, ale niepraktyczne z punktu widzenia materialnego.

Ludki tutaj mają skłonności do nadinterpretacji, kategoryzowania. Idealistą nie jestem; jeśli chcesz się nachapać grosza, zostań biznesmenem czy mafiosem (ale czy to aby nie to samo?), a pióro wyrzuć przez okno albo do kosza, ale lepiej przez okno, żeby przypadkiem nie korciło.


Wolałbym wcale nie pisać, gdyby miałby to być czysto komercyjny chłam.
---
The words of the prophets are written on the subway walls.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1829
Zobacz teksty użytkownika:

Kiedy debiut?

Post#60 » 30 lip 2013, o 15:47

Chce ktoś czytać o Belli i Edwardzie? Niech czyta, by za parę lat złapać się za głowę i stwierdzić, iż było to zło koniecznie i sięgnie po coś ambitniejszego. ;)

Nie, to nie tak działa. Taka osoba nadal będzie sięgać po bestsellery typu Greye czy Brown.

Jeśli masz na myśli osoby, które zamiast rozwijać swój gust literacki, wolą odpocząć po całym dniu pracy, sięgając po coś mało wymagającego umysłowo, to owszem, masz rację, jeśli zaś stwierdzenie tyczyło się ogółu, to tkwisz w błędnym przekonaniu.

To nie dawne czasy, gdzie wystarczyło mieć spadek po dziadku i żyć do góry brzuchem do reszty swych dni, przy okazji poświęcając się jednemu zajęciu, a niestety w XXI wieku brakuje na to czasu, a co za tym idzie -> ciężko napisać coś wartościowego, nie dysponując odpowiednią ilością czasu w ciągu dnia. Normalna praca nie zapewni napisania w dobrym tempie dzieła i to na poziomie, dlatego dla mnie to jest normalne, że pisarze chcą mieć ze swych książek pieniądze, by żyć i móc poświęcić się temu zajęciu jak najbardziej.

Założenie cokolwiek błędne. Dobry pisarz nie napisze złej książki. Nikt mi nie powie, że pan Brown nagle wskoczy na poziom wirtuozerii i walnie arcydzieło, tak ni ma, wybacz.

Dobry pisarz może zaliczyć wpadkę, tak samo jak każdy inny. Nie wszystko, co stworzy, musi być arcydziełem.

Był taki pisarzyna, jak mu tam, Gombrowicz, nie wiem, jest szansa, że kojarzysz. Ów pisarzyna walnął kiedyś dziełko, którego się wypierał, bo je dla pieniędzy napisał - Opętanych. Książka według G. nieambitna, napisana dla mas, ale udowadnia, że spod dobrego pisarza pióra złe dzieło nie wyjdzie.

Ojej, czyżbym przespała lekcje polskiego w liceum? I to włącznie z omawianiem Ferdydurke? Wybacz, słodziaku, nie jestem aż taką ignorantką.
A skoro wysunąłeś taki argument, to zastanawia mnie czemu on służy? Udowodnieniu, że można napisać coś dobrego, kierując się pieniędzmi? Zgoda, trafia to do mnie.

Pisanie dla samego siebie jest szlachetne i dobrze widziane wśród idealistów, ale niepraktyczne z punktu widzenia materialnego.

Ludki tutaj mają skłonności do nadinterpretacji, kategoryzowania. Idealistą nie jestem; jeśli chcesz się nachapać grosza, zostań biznesmenem czy mafiosem (ale czy to aby nie to samo?), a pióro wyrzuć przez okno albo do kosza, ale lepiej przez okno, żeby przypadkiem nie korciło.

To jak to w końcu u ciebie jest? Można, według ciebie, napisać coś dobrego, kierując się potrzebami finansowymi czy też nie? ;)

Ponadto: zapraszam cię do Accountant City Center w Koszalinie już za dwadzieścia lat, a piórem póki co jeszcze innych pomęczę.
Po prostu robię za zły charakter.

Wróć do „Jak wydać książkę?”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości