Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do udziału! 

 

Plebiscyt na Komentatora Października 

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Szept Avalonu

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 235
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#1 » 31 lip 2012, o 01:25

Historia ta ma około roku i cały czas jest dopracowywana. Aktualnie publikuję ją także na blogu, aby mieć motywację do edycji rozdziałów.  

Opowiadanie jest w dużej mierze oparte na legendach arturiańskich, a także zawiera odniesienia do mitologii i folkloru Celtów, Wikingów i, jeśli dobrze pamiętam dalsze rozdziały, także Słowian.  

Należę raczej do ciamajd informatycznych i miewam problemy z podziałem tekstu. Będę wdzięczna za wszelką pomoc 

 

[center]* * * 

 

Prolog[/center] 

 

Mgły chroniące Avalon są nieprzeniknione. Mają za zadanie odstraszyć, uniemożliwić dotarcie na wyspę tym, którzy zwątpili, niegodnym Magii. Niszczycielom świętości, piękna życia. Dla nich nie ma już miejsca wśród Widzących. Dla nich istnieje tylko zniszczona łódź, nie wspaniała barka kapłanek, i droga ku smutnym psalmom. Przecież sami dokonali tego wyboru. Bogowie chronią swoich wyznawców, przynajmniej powinni, więc klasztorne mury Glastonbury są równie bezpieczne jak Święty Krąg, prawda? 

Nieprawda. 

 

 

Niniae i Gwaine wiedzieli o tym doskonale. Ich konie były już zmęczone, bały się niesamowitej atmosfery Jeziora zmieszanej z trwożnym i złowrogim biciem dzwonów. Mimo to jeźdźcy nawet przez chwilę nie myśleli o odpoczynku. Byle dalej, byle szybciej, byle zdążyć. Zdążyć nim ich świat przepadnie, nim odejdzie w zapomnienie, zostawiając tylko krew, krew poległych i krucze skrzeki na polu bitwy. To przecież kłamstwo, że wygrał syn Avalonu! W tej wojnie nie było zwycięzców. A już na pewno nie było Armii Bogini. Było tylko dwóch kłamców, zdrajców królewskiej linii. Jednak mimo to, jeden z nich musiał przeżyć.  

Królowa, ich dziecko, przecież już się narodziła. Jakże więc mogli pozwolić umrzeć Królowi? Albion potrzebował dwojga władców, tak jak świat potrzebował Bogini i Rogatego Pana.  

Dotarli do brzegu jeziora. Kobieta, jeszcze dziewczyna?, jako pierwsza zeskoczyła ze swojego rumaka i uniosła ręce, przyzywając barkę, dokładnie tak samo jak setki razy przedtem. Królewska krew Avalonu krążyła w jej żyłach, domagała się uwagi dla podniosłości chwili, dla Magii, a mimo to ona była w stanie myśleć tylko o tym, aby wszystko działo się szybciej, teraz, JUŻ, póki istniała jeszcze nadzieja, póki zdrajca mógł jeszcze zmazać swoje winy!  

Barka wyłoniła się z mgły. Uderzenia wioseł były niedosłyszalne, lekkie, w ogóle nie pasowały do tragedii, jaka ich spotkała. Tak samo jak zastygłe, spokojne twarze wioślarzy z rodu Elfów. Jeden z nich uśmiechnął się na widok kobiety i pomógł jej zająć miejsce w łodzi. Ta odwróciła się do kochanka, chcąc go popędzić. Nie mieli czasu na zastanowienie. Gwaine jedynie pokręcił głową.  

— Zostanę tu. Ktoś musi ochraniać Panią, jeśli zdecyduje się wyruszyć. 

Niniae spojrzała na mężczyznę z niedowierzaniem. Lady Guinevre, ta która śmiała nazywać się Królową Albionu, musiała już wysłać pościg. Jej strachliwe serce nie było zdolne zrozumieć, jak ważna była ich misja. 

— Sir Lancelot... 

— To syn Avalonu, tak samo jak ja. I nie jest takim zdrajcą jak Mordred — rycerz praktycznie wypluł to imię, a jego oczy zabłysły ogniem szczerej nienawiści. — Nie obawiaj się o mnie, milady. Czyń to, do czego zostałaś wybrana.  

Kobieta skinęła głową i odwróciła się w kierunku Wyspy Mgieł. Na chwilę zapomniała o bitwie, dzwonach Glastonbury, a nawet o ukochanym. Była sama z naturą, której służyła od dziecka, z pierwotnym rytmem świata i Magii.  

Słowa zaklęcia opuściły jej usta, prawie bez konsultacji z mózgiem. Były w końcu bardziej drogie i znane sercu niż jej własne imię i tytuły. Ona przecież przeminie, a Avalon pozostanie na wieki. 

 

 

Mgły rozstąpiły się. Tak jakby nigdy ich nie było. A Widzący już na nią czekali. 

 

 

— Pani! — Niniae upadła do stóp Arcykapłanki, próbując stłumić szloch. — Wasz syn poległ. Pendragon jest umierający... ONA chce oddać go księżom! 

Lady Morgaine z Kornwalii, którą później nazwą Morgaine La Fey, Kochanicą Diabła i własnego brata, cofnęła się z przerażeniem. Żałowała życia swojego syna, żałowała chłopca z Królewskiej Krwi Avalonu, którego nigdy tak naprawdę nie poznała. Jednak to wieść o bracie, o ukochanym Arthurze i znienawidzonym zdrajcy w jednej osobie, napawała ją autentycznym strachem, odbierała dech, doprowadziła prawie że do omdlenia.  

— Jesteś pewna? — Niniae kiwnęła głową, nie mogąc dłużej powstrzymywać łez. — Dziękuję, krewniaczko — Morgaine przytuliła kobietę do siebie, po czym złożyła na jej czole czuły pocałunek. — Odpocznij teraz. Dziewczęta zaprowadzą cię do twojej córki. 

— G-Gwaine na was cze-eka... 

— Wypływam natychmiast. 

— Ależ Pani! To niebezpieczne! — zawołała jedna z najmłodszych kapłanek. — Nie możesz odejść! 

— Wiem, ale muszę. To nasza jedyna nadzieja, Król musi powrócić do Avalonu. 

Arcykapłanka opuściła wyspę w ciszy. Towarzyszyły jej tylko wiatr i nieme krzyki sprzeciwu niektórych Widzących. Jednak z raz obranej drogi nie było już odwrotu, nie w tym przypadku. 

Nie, gdy walczyło się o Magię.  

 

 

Gwaine skłonił się głęboko, gdy tylko barka dobiła do brzegu.  

— Są już w klasztorze, Pani — szepnął, unosząc wzrok. — Słyszałem ich orszak... Pościg również ruszył. Wyczuwam Galahada i jego psy. Królowa nie ufa już chyba nawet swojemu kochankowi. 

— Możliwe, że zmądrzała. Choć podejrzewam, że to Lancelot myślał za nią — stwierdziła kobieta z pogardą, dosiadając konia należącego do Niniae. — Prowadź. 

Gwaine skinął w milczeniu głową i pogonił konia. Kluczyli wzdłuż wybrzeża, tak szybko jak tylko potrafili, starając się zmylić pościg i przechytrzyć najlepszego z rycerzy Camelotu. I dokonali tego. Dzięki łaskawa Bogini! 

 

 

Zniszczone, podróżne płaszcze i dwa proste zaklęcia, których wypowiedzenie nie sprawiło problemu nawet niewtajemniczonemu w Misteria Gwainowi, wystarczyły, aby przechytrzyć straż i dostać się do komnaty, w której przebywał Arthur. Na szczęście nie było z nim Lady Guinevre. Morgaine wątpiła, aby tym razem powstrzymała się od morderstwa. 

— Kto tu jest?! Kto... Kto?! 

Arthur rzucał się na posłaniu, trawiony gorączką. Pani Jeziora poczuła na ten widok ukłucie żalu w sercu, jednak gdy zrzuciła kaptur, jej twarz pozostała zimna i nieodgadniona, niczym maska. 

— Jesteś gotowy dopełnić swój los, Arthurze z Camelotu? 

— M-Morgaine? — król nie potrafił uwierzyć w to, co widział. — Ty nie żyjesz! Boże, Boże, ratuj swego syna! Duchy...Czarty! Pater noster, qui es in caelis...  

— Milcz, bluźnierco! Twój Bóg nie ma władzy nad Avalonem — Morgaine podeszła do łoża i usiadła na jego brzegu. — Przybyłam z obietnicą i ratunkiem. Jednak Magia stawia warunki. 

— D-diabeł... 

— Diabeł kieruje twoją królową, nie mną, bracie — kobieta cedziła każde słowo; Król nie patrzył jej w oczy. — Magia chce uchronić cię od śmierci. Jednak musisz przysiąc posłuszeństwo! Twoja zdrada kosztowała już zbyt dużo ludzkich istnień. 

— Ja... 

— Dałeś się opętać słabej kobiecie, Arthurze z Camelotu. Nie tego cię uczyłam! 

Gorączka przywołała przed oczami Arthura obraz Morgaine stojącej nad Guinevre z mieczem w dłoni. Dzień wygnania siostry, dzień, w którym umarła lady Morgaine z Kornwalii, ale za to narodziła się kolejna Pani Jeziora. Z jego gardła wyrywa się przeraźliwy krzyk.  

— Nie przybyłam, żeby cię krzywdzić, bracie — jej głos złagodniał, choć wciąż był pełen rezerwy. — Uwolnię cię od bólu i zgubnych wpływów. Uśpię. 

— Zabijesz mnie! 

— Uśpię — powtórzyła. — Przebudzisz się, gdy Albion znów będzie w niebezpieczeństwie — szepnęła, kładąc dłonie na jego twarzy i przymykając powieki. — A wtedy złączysz się z Królową z naszej krwi, z córką Magii. 

— Guinevre... 

— Ona albo Albion! — zagrzmiała Morgaine, a całe jej dostojeństwo i potęga Arcykapłanki zaklęte w głosie, onieśmieliły króla. — Avalon nie będzie cię strzegł, jeżeli choćby myślisz o kolejnej zdradzie. 

— Ja... Ja... — Arthur oddychał coraz ciężej. Wiedział, że jego czas się kończył, a jednocześnie, że wciąż był potrzebny światu. Nie mógł umrzeć, nie w tej chwili. Nigdy. — Jesteś ostatnią. Mordred był... 

— Lady Niniae jest jedną z nas, Arthurze. Nigdy nie poznałeś własnej rodziny — król wyczuł gorycz, jaka kryła się w tych słowach. Uczucie wstydu rozlało się po jego sercu. — Ona i sir Gwaine zasiali ziarno, z którego narodziła się twoja prawowita Królowa. Razem odkupicie Albion. 

— Lud się na to nie zgodzi! 

— Lud czeka na powrót Króla — stwierdziła Morgaine ze spokojem. — Ten, na którego liczyli umarł dawno. Czy narodzi się na nowo? 

Arthur milczał przez chwilę, a następnie skinął głową, dając nieme przyzwolenie na działania siostry. Nie miał sił, aby się bronić. Mógł więc liczyć tylko na jej lojalność i miłość.  

Otrzymał je. Magia zadziałała. Koło przeznaczenia zostało pchnięte w ruch. 

 

 

Gdy kościelne dzwony zaczęły bić na trwogę, a królowa-nie-królowa padła do stóp swojej Madonny prosząc o zmiłowanie, o wstawiennictwo za króla, który został uprowadzony przez czartów, mgły Avalonu rozstąpiły się przed swoją Panią, Królem i ich rycerzem. Widzący wciąż stali na brzegu, tworząc milczący orszak, który miał towarzyszyć Pendragonowi do Świętego Kręgu. Część kapłanek i druidów nawet nie zbliżyła się do noszy, bojąc się chociażby spojrzeć na zdrajcę, a jednak nikt nie śmiał przeciwstawić się Arcykapłance. Wiedzieli, że tylko ona mogła ich ocalić.  

Arthur Pendragon, Król Albionu został złożony w grobowcu z lodu i Magii, którego nie można było zniszczyć. Zasnął wśród wyklętych przez siebie ogni Beltaine, otoczony przez ludzi, których kazał zabijać, i których nienawidziła jego małżonka, na wyspie, która dała mu życie, a w której moc i istnienie przestał wierzyć. 

— Śpij braciszku — w głosie Morgaine, po raz pierwszy od wielu lat, można było dosłyszeć miłość i troskę o tego mężczyznę. — Niech moje zaklęcia i Bogowie mają cię w opiece. Aż nadejdzie właściwy czas.

[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center] 

 

[center]ObrazekObrazek[/center]


Awatar użytkownika
damakarro
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 530
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#2 » 31 lip 2012, o 08:24

Zapowiada się bardzo ciekawie :)  

 

Myślę, że podział tekstu jest dobry. Całość napisania przejrzyście i zrozumiale co sprawia, że czyta się lekko i przyjemnie. 

Oczywiście czekam na dalszy ciąg. 

 

EDIT: Nie za bardzo rozumiem tego znaku zapytania w tym zdaniu  

 

Kobieta, jeszcze dziewczyna?, jako pierwsza zeskoczyła ze swojego rumaka...
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Giwi

Szept Avalonu

Post#3 » 31 lip 2012, o 10:02

Ja się z kolei trochę pogubiłam w bohaterach. Jedną nazywasz Panią Jeziora, zaraz inną Arcykapłanką, a potem używasz jeszcze kilku imion. Może dlatego, że przeczytałam tekst tylko raz, który swoją drogą bardzo mi się podobał.  

Czekam na więcej :)


Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5869
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#4 » 31 lip 2012, o 10:30

Dlaczego tak króóótko. 

Bardzo lubię legendę arturiańską, choć byłabym nieszczera, gdybym powiedziała, że znam ją doskonale, bo dopiero po lekturze "Mgieł Avalonu" faktycznie zaciekawiłam się tematem. Co do "Mgieł" zresztą - miałam wrażenie, jakbym czytała do nich fanfiction, i bardzo, bardzo podobało mi się to skojarzenie. 

Jestem bardzo na tak. Treść ciekawa i przyjemnie się czytało, wydaje mi się jednak, że nie wykorzystałaś potencjału motywów, o których wspominałaś. Myślę, że w ostateczności sprowadza się to do braku opisów, braku konkretniejszego wprowadzenia i rozwinięcia rzucanych haseł. Wszyscy kojarzą króla Artura, wszyscy słyszeli o Avalonie, ale tak naprawdę ile osób wie dokładnie, o co chodziło w konflikcie, o co chodziło z Guinevre, zdradą Artura, Morgaine, klasztorem na przykład? Historia w tym opowiadaniu będzie miała kluczową rolę i powinnaś przede wszystkim zacząć od osadzenia jej w swoim opowiadaniu. Bo właśnie - jak napisała Giwi, szafowanie tytułami i niewyjaśnienie samej sytuacji faktycznie może być problemem dla osób niezaznajomionych z tematem.

Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany! 

 

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Awatar użytkownika
damakarro
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 530
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#5 » 31 lip 2012, o 12:19

Camenne pisze: wydaje mi się jednak, że nie wykorzystałaś potencjału motywów, o których wspominałaś. Myślę, że w ostateczności sprowadza się to do braku opisów, braku konkretniejszego wprowadzenia i rozwinięcia rzucanych haseł.
 

 

I to jest chyba to co sprawiło, że czułam, że czegoś mi brakuje, ale nie wiedziałam czego.  

Wybacz Prywian, że nie napisałam wcześniej o swoim lekkim niedosycie. 

 

:)

,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Awatar użytkownika
Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 235
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#6 » 31 lip 2012, o 12:43

Ależ ja nie mam czego wybaczać! :) 

Dziękuję bardzo za wszystkie spostrzeżenia. Wszystkie niedopowiedzenia wynikają stąd, że konwencja całości opiera się na postaci, która nie ma pojęcia o tym świecie, i dowiaduje się o wszystkim kawałek po kawałku. Ale możliwe, że rzeczywiście za dużo rzeczy pominęłam. Obiecuję, że postaram się poprawić w następnych rozdziałach! 

 

Jedną nazywasz Panią Jeziora, zaraz inną Arcykapłanką
 

Och. To przez moją chorobliwą niechęć do powtórzeń, a Pani Jeziora nosiła w podaniach kilka tytułów, więc nawet nie pomyślałam, że ktoś może się pogubić, przepraszam. Jeśli bardzo to razi to zawsze mogę edytować. :)

[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center] 

 

[center]ObrazekObrazek[/center]


Giwi

Szept Avalonu

Post#7 » 31 lip 2012, o 12:45

Na razie to prolog, mam nadzieje że później jakoś to wytłumaczysz ;)

Awatar użytkownika
Róża Saronu
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 146
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#8 » 31 lip 2012, o 17:42

Wszystko brzmi przyzwoicie, ale trochę się poczepiam ;))
Mgły rozstąpiły się. Tak jakby nigdy ich nie było. A Widzący już na nią czekali
Myślę, że dwa pierwsze zdania można spokojnie połączyć. Zauważyłam, że masz takie samo natręctwo jak ja - kochasz krótkie, hasłowe zdania (wiem, to nadaje tekstowi wspaniały nastrój lekkiej tajemnicy), ale z tym łatwo przesadzić. Następny problem to niekonsekwencja gramatyczna:
Jednak to wieść o bracie, o ukochanym Arthurze i znienawidzonym zdrajcy w jednej osobie, napawała ją autentycznym strachem, odbierała dech, doprowadziła prawie że do omdlenia.  

Po co Ci to ,,że"? I to ,,doprowadziła" jako czasownik dokonany jakoś psuje harmonię, nie współgra z ,,napawała" i ,,odbierała". Ja poszukałabym zastępnika. Czasem takie drobiazgi psują odbiór, a samemu ciężko je wyłapać :shock:
Jam narcyz Saronu, 

lilia dolin.


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2018
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#9 » 3 sie 2012, o 00:37

O, święte gaje, jakże ja nie znoszę Ginewry. Ta tutaj zdecydowanie zalatuje mi wersją z Mgieł Avalonu, której nie cierpię chyba najbardziej ze wszystkich. Nie więc się modli i idzie w cholerę, dobrze jej tak. 

 

Generalnie, zgadzam się z dziewczynami. Z jednej strony zaczyna się interesująco i masz mnóstwo ciekawych motywów, z drugiej - jest zbyt dużo niedopowiedzeń. Nawet jeżeli zna się legendę arturiańską, jeśli zna się różne współcześniejsze retellingi, jak właśnie chociażby "Mgły...", to można się w tym wszystkim pogubić. Za dużo bezimiennych, niedookreślonych zdrad, to przede wszystkim - w ogóle przez to brak jasności sytuacji. Dwa, chyba też po prostu zbyt mało opisów. Nie wymagam drugiej Marion, ale jednak ta historia zasługuje na dokładniej budowane otoczenie oraz, co za tym idzie, klimat, bo tutaj niestety ciężko było go poczuć.  

Powodzenia w dalszym pisaniu, z pewnością będę czytać :D

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 235
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#10 » 20 sie 2012, o 19:45

Na początek, jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze. To niesamowicie motywuje do dalszego pisania i poprawiania wszystkiego, co się da. 

Rozdział I i dość ostry przeskok czasowy. Mam nadzieję, że niczego nie spartoliłam. :D 

 

[center]♪ ♪ ♪ ♪ ♪[/center] 

 

[center]Rozdział I: Dźwięki fortepianu[/center] 

 

Opowieści rządzą się własnymi prawami. Zwłaszcza baśnie. 

Ich akcja winna toczyć się w dawno zapomnianych krainach, nieprzebytych lasach, majestatycznych zamkach, takich ukrytych za siedmioma górami. Powinny towarzyszyć im ptasie trele, słodkie śpiewy nimf, szum wiatru i jarmarczny gwar. Ich zadaniem jest łączenie miłością królewny i pastuszków, piękne księżniczki uwięzione w wysokich wieżach, i odważnych rycerzy przybywających im na ratunek. Goszczą na swych kartach smoki i krasnale, szkaradne wiedźmy i potężnych magów, rozchichotane wróżki i dumne elfy. Bohaterów, niegodziwców, złodziei i awanturników. Urodne damy, panny dworskie, hoże służki, a nawet biedne, wiejskie dziewki. 

Ale, co najważniejsze, musi tam istnieć Dobro i Zło. A to pierwsze musi wygrać, bo tak jest właściwie. Takie są reguły - przynajmniej w teorii. 

Jednak ta baśń jest inna. Jej tłem są jedynie spokojne przedmieścia Bergen, ciche lasy Bretanii oraz Wyspa, która nie powinna istnieć. Bliskie, znane, zapomniana. 

Gdy się rozpoczęła, dało się słyszeć tylko odległe dźwięki zapracowanego miasta, krzyki grupki dzieci bawiących się na ulicy i muzykę, płynącą prosto z serc, przelaną na klawisze fortepianu i struny skrzypiec. Nie ma tu ani kryształowych, ani niegodziwych do szpiku kości charakterów. Jest za to nieświadomy swej potęgi chłopak oraz dziewczyna - Królowa pozbawiona Króla. Strażnik o dwóch twarzach. Pierwotny rytm natury, Magii oraz miłości. Marzenie. 

To historia pozbawiona etykietek dobra i zła. Opowiadająca jedynie o wojnie dwóch wizji świata, dwóch różnych prawd. 

 

To szept Avalonu. 

 

[center]♪ ♪ ♪ ♪ ♪[/center] 

 

Letnie popołudnia w Norwegii mają w sobie pewien niepowtarzalny urok. Są pogodne, dosyć ciepłe i niosą ze sobą jakiś trudny do zdefiniowania spokój, chęć, aby zwolnić chociaż na chwilę, przystanąć w miejscu i patrzeć na otaczające człowieka cuda natury. Aby żyć i aby się uśmiechać. 

[akapit][/akapitNiels uwielbiał lato, właśnie przez relaksacyjne właściwości, jakie towarzyszyły tej porze roku. Nie musiał wtedy codziennie modlić się o wydłużenie doby do czterdziestu ośmiu godziny, aby zdążyć ze wszystkimi obowiązkami na czas i mieć jeszcze parę chwil dla siebie, i swoich pasji. Niestety, tylko w lecie mógł poświęcić całą swoją energię i uwagę temu, co ukochał najbardziej. Muzyce. 

Nic więc dziwnego, że właśnie muzyka sprawiła, że trybiki opowieści zostały pchnięte w ruch. A raczej lekcja gry na fortepianie, na którą właśnie zmierzał. Szedł nieśpiesznie, rozkoszując się doskonale sobie znanymi i tak ukochanymi widokami, które, wciąż go zachwycały, choć potrafił przywołać je z pamięci o każdej porze dnia i nocy. Śnieżnobiałe ściany domów, zadbane podwórza, na których jasnozielona trawa często ulegała rabatkom pełnym kwiatów. W oddali majaczył już porastający wzgórze las, a gdyby tylko Niels odwrócił głowę, jego oczom ukazałaby się panorama fiordu. Tutaj czuł się jak u bram Raju, i naprawdę nie potrzebował wiele więcej do pełni szczęścia. 

W pewnym momencie zatrząsł się lekko, czując powiew zimnego, wręcz lodowatego powietrza. Anomalia pogodowa? Kilkusekundowa? Cóż, był świadkiem dziwniejszych zjawisk przyrodniczych. Tym, co bardziej go zdziwiło były dwie niebieskie plamki światła, które przez chwilę zdawały się tańczyć przed jego oczami oraz słodki, dziewczęcy chichot, który dobiegał nie wiadomo skąd. 

Rozejrzał się. Nikogo, oprócz dwójki małych chłopców bawiących się na trawniku po drugiej stronie jezdni. A jednak to nie ich słyszał; był pewien, że śmiała się dziewczyna. Przynajmniej w jego głowie. 

Westchnął głęboko, odgarniając z czoła niesforną grzywę jasnych włosów. Ostatnio coraz częściej zdarzały mu się podobne sytuacje. I te plamy przed oczami... Obawiał się, że były znakiem, iż powinien wreszcie wybrać się do okulisty i zmienić szkła w okularach na mocniejsze, jednak codziennie przekonywał sam siebie, że może poczekać jeszcze z miesiąc, albo dwa. Wątpił aby matka była zadowolona z kolejnego nieprzewidzianego wydatku. 

Ruszył w dalszą drogę, automatycznie przyśpieszając, jakby chciał uciec przed wytworami swojej wyobraźni i przemęczenia. Mimo to usłyszał ów tajemniczy chichot jeszcze dwa razy, jednak już się nie odwrócił. Po prostu go ignorował, udawał, że nie istnieje. Przecież taka była, musiała być, prawda. 

W efekcie dotarł na miejsce dobre dziesięć minut przed czasem. Dom nie był jakoś specjalnie duży, dwupiętrowy, całkowicie prosty i kamienny, o białych ścianach i ciemnym dachu. Jednym słowem, tak typowo norweski, że aż trudno uwierzyć, iż jego mieszkała w nim Francuzka, całkowicie oddana swojej dawnej ojczyźnie. Na tle pozostałych posesji znajdujących się na tej ulicy, wyróżniały się jedynie potężne krzewy hortensji, które zajmowany większą część podwórza, będące symbolem Bretanii. 

Odetchnął z ulgą stając na progu i naciskając dzwonek. To miejsce go uspokajało, emanowało pewną beztroską i ciepłą, rodzinną atmosferą. Nie potrafił wyobrazić sobie lepszej szkoły muzycznej, nawet gdyby była nie wiadomo jak renomowana i podziwiana w środowisku. Dla niego naprawdę nie liczyły się dyplomy i kontrakty, chciał tylko móc się w spokoju uczyć. 

Drzwi otworzyła szczupła kobieta, w wieku około sześćdziesięciu lat. Półdługie, śnieżnobiałe włosy opadały swobodnie wzdłuż ciała, a niebieskie oczy spoglądały na niego radośnie zza lekko przekrzywionych okularów połówek. Ubrana była w luźną, ciemnozieloną tunikę i proste, czarne spodnie. Skromnie, ale elegancko. 

— Niels, mój drogi! Jak zwykle wcześnie. 

— Jeżeli to dla pani jakiś problem...  

— Głupstwa, oczywiście, że nie! To nawet dobrze, im szybciej zaczniemy, tym więcej uda nam się zrobić przed obiadem. 

— Obiadem? Ależ, proszę sobie nie robić kłopotu! Nie chcę się narzucać. 

— Powtórzę. Głupstwa, mój drogi, głupstwa! Nalegam, byś dzisiaj został dłużej i zjadł. Chcę ci kogoś przedstawić! 

Zaśmiała się dźwięcznie, przepuszczając go w drzwiach. Jego jedyną odpowiedzią był blady uśmiech. Nie był przygotowany na taki obrót spraw, poza tym ostatnim, czego pragnął, było sprawianie dodatkowego kłopotu. Już i tak miał zaciągnięty wielki dług wdzięczności za te prywatne i darmowe lekcje. 

— Chciałbyś się czegoś napić? Kawy, herbaty? 

Pokręcił głową. 

— Dziękuję, ale nie mam na razie ochoty. 

— Rozumiem — poprowadziła go do salonu, cały czas uśmiechając się ciepło. — W takim razie możemy zaczynać. 

 

Poczuł dreszcz podniecenia, gdy tylko zasiadł do fortepianu. Ani puchaty dywan przed kominkiem, ani zabytkowe dębowe meble, ani żaden inny element wystroju pokoju nie zachwycał go tak bardzo, jak ten instrument. Ku szczerości, cała reszta mogłaby zniknął, a on nawet by tego nie zauważył. Chociaż nie dotykał go raptem dwa dni, to niesamowicie się stęsknił. Jak za dawno niewidzianym przyjacielem. Przejechał dłonią po czarnej nakrywie przedniej, rozkoszując się dotykiem ukochanego instrumentu. Był jak zaczarowany. Rozmasował lekko palce i nacisnął klawisz. 

Dźwięk. 

Wszystko przestało istnieć. Wśród kremowych ścian zostali już tylko on i fortepian. Osiemdziesiąt osiem klawiszy. Niezliczona ilość kombinacji, ruchów, dzięki którym mogła powstać najwspanialsza rzecz, jaka istniała na świecie. Muzyka. Błogosławiona, natchniona, płynąca prosto z serca. 

Tak naprawdę to nawet nie wiedział, skąd znał melodie, które zawsze grywał na początku lekcji. One po prostu istniały w jego myślach od zawsze. A jego palce same odnajdywały drogę do odpowiednich klawiszy, powieki wolno opadały, poddawał się chwili. Zapominał o wszystkich skomplikowanych regułach i schematach, nawet o bogobojnej czci dla dawno zmarłych kompozytorów. Przez te pierwsze dziesięć minut żył jedynie muzyką. Nuty krążyły w jego myślach, szybko, pierwotnie, idealnie, opanowując w zupełności jego duszę. Nie zostawiały miejsca na nic innego, zresztą on niczego innego nie pragnął. To był jego narkotyk i jego ucieczka. Innych nie potrzebował. 

Madame Celine Brouisang stała oparta o ścianę, uśmiechając się lekko, prawie ze wzruszeniem i obserwując chłopaka. Nawet nie wiedział, że zaczął śpiewać. Tak jak zawsze. Był całkowicie nieświadomy, co było jednocześnie piękne i przerażające. Taki talent... I taka moc. Skumulowane w jednym, chorowitym ciele. 

Bogini, dokąd to prowadzi? 

Kobieta westchnęła głęboko. Zamknęła oczy, oddając się całkowicie tak dobrze znanym słowom i rzewnej melodii. To był tylko moment relaksu, odpoczynek przed prawdziwą lekcją. 

W końcu muzyczne uniesienie ustąpiło pod naporem rzeczywistości. Niels zerknął lekko zawstydzony na swoją nauczycielkę i natychmiast przeszedł do „Pièce” Ropartza. Był jej niesłychanie wdzięczny za zapoznanie go z tym kompozytorem i jego muzyką. Owszem, jej obsesja na punkcie rodzimych melodii bywała czasem męcząca, jednak w tym wypadku każda zagrana nuta budziła w nim radość. To było takie swojskie, takie magiczne! Każdy kolejny dźwięk przywoływał przed jego oczami jakiś obraz, urywek zamazanego wspomnienia, a może jedynie wytworu wyobraźni, to nie było ważne. Przynajmniej jeszcze nie. 

To była przecież tylko godzina, nawet niecała. A jednak stawała się ona najważniejszym i najwspanialszym okresem, jaki mógł sobie wyobrazić. Nikt mu nie przeszkadzał, nie rozpraszał. Mógł ze spokojem skupić się na muzyce, na jedności z sobą samym. 

I grać, grać dopóki starczy sił! 

— Grand-mère? 

Niels, wyrwany z transu, uniósł głowę. W drzwiach pokoju stała młoda dziewczyna, na oko nawet młodsza od niego, o brązowych włosach, spływających falami aż do ramion. Na jej twarzy błądził senny, pełen łagodności uśmiech, jednak orzechowe oczy pozostawały przytomne i bacznie rejestrowały otoczenie. 

Kogoś mu przypominała. Być wręcz pewien, że gdzieś ją już widział! A jednocześnie mógł się założyć, że spotkali się po raz pierwszy w życiu. Nie zapomniałby tej twarzy. I tego spojrzenia. Takiego... pradawnego? Mistycznego? 

— Ach! Je suis désolé! — zerknąwszy na niego, spłonęła rumieńcem i, ku jego szczeremu zdumieniu, przeszła na norweski. — Bardzo mi przykro! Zapomniałam, że babcia udziela lekcji... 

— Nic się nie stało, kochanie. Właśnie kończyliśmy — Celine przywołała dziewczynę do siebie. — Niels, mój drogi, poznaj proszę. To moja wnuczka, Anaïs Choivalier. 

Wnuczka? Czy to zjawisko mogło być tą malutką, roześmianą dziewczynką ze zdjęć stojących na kominku? Najwyraźniej tak. To by wyjaśniało, czemu wydawała mu się znajoma... Jednak wciąż zagadką pozostawało, dlaczego miał problemy ze złapaniem tchu, gdy na nią patrzył. 

— Anaïs, skarbie, a to jest... 

— Niels Alex Jorgensen — wszedł nauczycielce w słowo, wstając gwałtownie od fortepianu i uśmiechając się nienaturalnie szeroko. — Bardzo miło mi cię poznać, Anaïs. 

— … mój najlepszy uczeń. 

Anaïs milczała przez chwilę, przyglądając mu się z nieskrywaną ciekawością. To może głupio zabrzmi, ale czuł się tak, jakby przewiercała mu duszę na wylot lub wręcz czytała w myślach. Możliwe, że też poczuła się nieswojo, bo pośpiesznie spuściła wzrok i dygnęła z wdziękiem, unosząc rąbek sukienki. 

— Czuję się zaszczycona mogąc wreszcie pana wreszcie poznać, paniczu Jorgensen. Babcia wiele o panu opowiada. 

Oniemiał, nie wiedząc jak zareagować. Przez moment był wręcz pewien, że się przesłyszał. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkał. Ba! Nawet by mu przez myśl nie przeszło, że ktoś nazwie go kiedyś „paniczem”! Nie ten status społeczny, nie te czasy i nie ta obyczajowość. 

— Wystarczy Niels, naprawdę! 

— Anaïs jest trochę staroświecka — zaśmiała się Celine, widząc rumieniec błądzący na twarzy swojego ucznia i jego zmieszanie — ale myślę, że się dogadacie. 

— Na pewno! — Dziewczyna uniosła wzrok, w jej oczach zapłonęły rozradowane ogniki. — Od dawna chciałam pan... Ciebie poznać! Babcia mówi, że jesteś najzdolniejszym pianistą, jakiego spotkała! 

— Och... — nie wiedział jak to właściwie skomentować, nie był przyzwyczajony do takiego zainteresowania swoją osobą. Zwykle starał się po prostu nikomu nie wadzić i wtopić w tłum. — Dziękuję. 

— Talenty należy chwalić. 

— Jest pani zbyt uprzejma! Czeka mnie jeszcze dużo pracy, wciąż popełniam wiele błędów. I szybko się dekoncentruję. 

— Jaki skromny! W tych czaszach to naprawdę niezwykłe — Anaïs uśmiechnęła się do niego promiennie, chcąc, aby się rozluźnił. — Jestem przekonana, że masz jakiegoś mistrza, na stylu gry którego się wzorujesz. Wolno mi zapytać kogo? 

— Cóż, nigdy się nad tym tak właściwie nie zastanawiałem. Ale skoro pytasz to mogę powiedzieć, że od zawsze podziwiam Rebekke Bakken. Jej sposób ekspresji muzycznej jest niesamowity i... 

Celine z zadowoleniem przysłuchiwała się wesołemu szczebiotowi wnuczki oraz początkowo pełnymi rezerwy, później coraz pewniejszym odpowiedziom Nielsa. Ten chłopak potrzebował kogoś, kto uświadomiłby mu do jakiego świata tak naprawdę należał. A Anaïs miała w sobie wystarczająco dużo delikatności, żeby zrobić to z odpowiednim wyczuciem. 

— Kochanie, zajmij się naszym gościem przez chwilę. Muszę zainteresować się obiadem, zanim pieczeń spłonie do reszty – kobieta mrugnęła porozumiewawczo do Nielsa. - W razie czego, wiecie gdzie mnie znaleźć. 

Kobieta wyszła z salonu, zostawiając ich sam na sam ze sobą i niezręczną ciszą, jaka nagle zapadła. Niels przeczesał nerwowo włosy. Czuł się jak jakiś zagrożony gatunek wystawiony w miejskim zoo. 

— Chciałbyś może zagrać duet? 

— Duet...?- spytał nieprzytomnie. - Ach. Więc też grasz na fortepianie? 

— Nie – odparła pogodnie. - Ale gram na skrzypcach. Co prawda swoje zostawiłam we Francji, ale babcia powinna mieć jakieś, w którejś z szaf. Sprawdzę. 

Nie czekała na jego odpowiedź. Z gracją, właściwą temu eterycznemu, wyrwanemu prosto z rycerskiego romansu (lub jakieś oklepanej reklamy perfum, jak przeszło Nielsowi przez myśl) typowi kobiet, który reprezentowała, przeszła przez pokój i zaczęła przetrząsać zawartość stojącej pod ścianą komody. Niels podszedł bliżej, jednak jedynie obserwował. Grzebanie w cudzych rzeczach wydawało mu się niegrzeczne, nawet w ramach pomocy. 

[center][/center]W pewnym momencie jego wzrok padł na jej lewą dłoń. Na palcu serdecznym pysznił się srebrny pierścień z niebieskim kamieniem, którego nie potrafił nazwać. Był za jasny na szafir, zbyt morski. Na szynie wyryte były znaki, z których rozpoznał jedynie półksiężyc i pięcioramienną gwiazdę. 

— Twój pierścionek — odwróciła się w jednej chwili, spoglądając na niego szeroko otwartymi oczami, w których zalśniło niewyobrażalne wprost szczęście. — Chodzi mi tylko o to, że... No, ładny jest. Taki tradycyjny. Musiał być chyba drogi, prawda? Nie! Nie odpowiadaj. To było głupie i nieuprzejme pytanie, przepraszam. 

— Nie, dlaczego? Jest całkowicie uzasadnione pod względem logicznym — wróciła do poszukiwań — ale tak naprawdę, to nie mam pojęcia. To pamiątka rodzina, bezcenna. I... dziękuję, że go zauważyłeś. 

— Trudno chyba nie zauważyć — wzruszył ramionami. — Jest dość spory. 

— Zdziwiłbyś się — odparła enigmatycznie. — O, znalazłam! 

Wyciągnęła z komody futerał i otworzyła go, uprzednio położywszy na stole. W środku znajdowały się stare, już lekko podniszczone przez upływ czasu, skrzypce, na widok których uśmiechnęła się z rozrzewnieniem i zamknąwszy oczy zaczęła wodzić dłonią po płycie górnej. Dotykała jej delikatnie, z uczuciem, jak przyjaciela lub wręcz jak kochanka. 

Niels wpatrywał się w nią zauroczony. W jej ruchach dostrzegał swoje własne, jakby stał przed taflą jakiegoś dziwnego lustra, które odbijało jedynie gesty. Więc dla niej skrzypce były tak ważne jak fortepian dla niego? Czyżby też była kochanką muzyki? Oddawała się jej całkowicie bez żadnych wątpliwości i strachu, za to z całą swoją wiernością, i radością? 

To by było cudowne odnaleźć bratnią duszę w tej eterycznej istocie, która zupełnie nie pasowała do świata, w którym nauczył się żyć, do którego się przyzwyczaił. Tak inna, a tak bliska! Móc poznać ją lepiej... Nie jak mężczyzna kobietę, ale jak przyjaciela. Chciał móc jej zaufać, przebywać z nią i grać. Choćby i wiecznie. 

— Od dawna grasz? - spytał w końcu, przerywając tę magiczną ciszę, jaka zapanowała w pokoju. 

— Od ośmiu lat – wyciągnęła instrument z futerału. - Nie jestem wybitnie utalentowana, ale to kocham. A to najważniejsze, prawda? 

— Zgadzam się. Myślę, że muzyka musi czuć się kochana, aby móc być piękną. 

Anaïs roześmiała się dźwięcznie. 

— Jest nas dwoje. Hmm... Znasz może „Le Poete”? To jedna z ulubionych kompozycji babci. 

— Pamiętam... trochę – mruknął nieśmiało. - To z „Romeo et Juliette”, prawda? Myślę, że możemy spróbować. 

— Parfait! 

Wrócił do fortepianu. Przez chwilę siedział bez ruchu, próbując jak najdokładniej przypomnieć sobie melodię. Grywał ją tak rzadko... Ale teraz to nie miało znaczenia. Brakowało mu jedynie pierwszej nuty, aby dopełnić obrazu. A gdy i ona trafiła na właściwe miejsce w jego myślach, nic już nie mogło go powstrzymać. Poddał się chwili. 

Dołączyła do niego po kilkunastu sekundach. Ze zdziwieniem zauważył jak ostrożne dźwięki płynące ze skrzypiec idealnie komponowały się z jego pewnym i opanowanym sposobem gry. To było tak natchnione, tak liryczne! Ich własna interpretacja sztuki, z fortepianem jako Romeem i skrzypcami jako Julią, wciąż niepewnymi swojego losu. 

W jednej chwili pokój zniknął sprzed jego oczu. Został zastąpiony przez weroński dziedziniec posiadłości Kapuletów. Grube, kamienne mury porośnięte bluszczem, piękny taras należący do kobiecej alkowy oraz księżyc w pełni, świecący prawie tak jasno jak dzienne słońce. Był pewien, że gdyby los obdarzył go chociaż odrobiną talentu artystycznego, byłby w stanie namalować tą scenę. I nawet wiedział czyją twarz miałaby Julia... 

— Wróciłem! 

Trzask zamykanych drzwi. Niels skrzywił się nieznacznie. Nie lubił takiego niepotrzebnego hałasu, zwłaszcza wtedy, gdy przebywał we własnym świecie. Automatycznie przerwał grę. Anaïs natomiast wyglądała na całkowicie przyzwyczajoną i ze spokojem zagrała jeszcze parę dźwięków. Chłopak ze zdziwieniem zauważył, że zagrane solo, bez wsparcia fortepianu, zabrzmiały dużo bladziej i mniej urokliwie. 

— Dette, błagam, rzępol ciszej! Zmęczony jestem – do salonu wszedł młody, dość przystojny chłopak. Gdy zauważył, że oprócz dziewczyny w salonie jest jeszcze ktoś, oparł się o framugę drzwi i uśmiechnął łobuzersko. - Demat, młody! 

— Jak zawszę w porę – Anaïs uśmiechnęła się z leciutkim pobłażaniem. - Niels, nie bój się. Ten hałaśliwy wulkan energii to tylko mój starszy brat, Eric. 

Eric stanowił zupełne przeciwieństwo swojej siostry. Postawny, najprawdopodobniej bardzo wysportowany, oceniając po sylwetce; z zawadiackim uśmiechem i diabelskim błyskiem w oczach. Odrobinę przydługie, ciemne włosy żyły własnym życiem, tak jakby od dawna nie widziały grzebienia, za to zaliczyły spotkanie pierwszego stopnia z piorunem. Na jego lewej ręce wił się tatuaż w kształcie węża, który zaczynał się na ramieniu, a kończył na dłoni. 

Niels nie lubił oceniać ludzi na podstawie ich wyglądu. To było niemiłe, nieeleganckie i zupełnie nie w jego stylu. Jednak tym razem słowa same pojawiły się w jego głowie. 

Pewny siebie, szalony i niebezpieczny. 

Potrząsnął gwałtownie głową. Cóż za głupstwa! Ten chłopak nie mógł być w żadnym wypadku niebezpieczny! To tylko śmieszna, nieważna myśl. Reakcja mózgu na zbyt wysoką temperaturę, szare komórki po prostu do niej nie nawykły i pracowały w dziwaczniejszy sposób niż zazwyczaj. Tak, dokładnie tak było. 

— Hej. Miło cię poznać — mruknął Norweg, starając nie zarumienić się z zawstydzenia i niepewności. — Dette? 

— Odette — podpowiedziała uprzejmie Anaïs. — To moje drugie imię. Eric rzadko kiedy nazywa mnie inaczej. 

— Odette... Biały łabędź? 

— Punkt dla ciebie! Prawda, że pasuje do tego słodkiego stworzonka? — Eric opadł na fotel, czochrając przy okazji włosy swojej siostry. — Nasza matka kocha balet. Cud uchronił mnie od wieczystego piętna imienia Sigfried! 

— Eric ma specyficzny sposób ekspresji myśli — stwierdziła pocieszająco dziewczyna, widząc wyraz twarzy Nielsa. — I uwielbia dramatyzować. 

— A ty za to jesteś wcieleniem łagodności i uprzejmości, ha! Mój drogi, nie daj się zwieść tej elfiej księżniczce, toż to prosta droga na zatracenie! 

Niels nie potrafił jednoznacznie określić, czy Eric jawnie z siostry kpił, czy też po prostu starał się być zabawny. Jakkolwiek by nie było, nie podobało mu się to. Natomiast na Anaïs nie zrobiło najmniejszego wrażenia. 

— Każda kobieta jest drogą na zatracenie, jeśli mężczyzna nie uważa. 

— Lecz sama przyznasz, Dette, że wy, kobiety śliczne i talentem wszelakim obdarzone, silniej nas ku krainom demonów ciągnięcie, niż pozostałe przedstawicielki waszej płci? Choć nie, nie odpowiadaj! Niech kawaler się wypowie — spojrzał wymownie na Nielsa. 

— Nie znam zbyt wielu kobiet — odparł ten ostrożnie. — Więc wątpię, abym potrafił ocenić. 

Francuz klasnął w dłonie. 

— Zatem szczęśliwyś ponad wszelką miarę, mój drogi, szczęśliwyś! — Niels miał ochotę skontrować, nie będąc do końca przekonanym, co do swojego „szczęścia”, jednak w tym samym momencie z drugiego pokoju dobiegł odgłos dzwonka, a Eric całkowicie stracił zainteresowanie jego osobą. —Obiad! Nareszcie! 

Zbyt gwałtownie zerwał się na równe nogi. W efekcie stolik, który znajdował się obok fotela, zachwiał się, a stojący na nim wazon stracił kontakt z podłożem. 

To były ułamki sekund. Eric nawet nie zdążył wypowiedzieć przekleństwa do końca. Wazon spadał, był dosłownie kilka centymetrów nad podłogą, w powietrzu już wibrował odgłos tłuczonej porcelany... 

 

Zatrzymał się. Zawisł w powietrzu. 

 

Niels zamrugał gwałtownie i poprawił okulary. Musiało mu się przewidzieć. Coś takiego było zwyczajnie niemożliwe! Nie na planecie rządzonej przez grawitację! 

Mimo to, naczynie spokojnie wylądowało na podłodze i potoczyło się kawałek, prosto pod nogi Anaïs. Dziewczyna roześmiała się krótko, podnosząc je i podając lekko zdezorientowanemu bratu. 

— Powinieneś bardziej uważać. Coś mogło się stać. 

— Oui, oui, bien sûr! — odparł, przewracając oczami i odstawiając wazon na miejsce. 

Dopiero w tym momencie dotarło do Nielsa, że powinien być zdumiony łatwością z jaką przyszła mu rozmowa z nimi. Oboje mówili z silnym akcentem, wtrącając co jakiś czas francuskie słowa i przekręcając norweskie i mimo to, nie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem. 

Świat ogólnie był dziwny. Jednak tego dnia, skala dziwności zdawała się podskoczyć o dobrych paręnaście punktów procentowych. Ale tak szczerze? Zupełnie mu to nie przeszkadzało. 

 

[center]♪ ♪ ♪ ♪ ♪[/center] 

 

Jeżeli Niels miałby kiedykolwiek robić bilans najwspanialszych popołudni, jakie przeżył, to znalazłoby się w pierwszej piątce, jeżeli nie trójce. Było cudowne! Niczym się nie przejmować, móc po prostu tam siedzieć, zajadać się smakowitymi potrawami i rozmawiać o drobnostkach oraz o muzyce! Jego nauczycielka jak zwykle była przemiła, a Anaïs posiadała jakiś specyficzny urok, któremu nie sposób było się oprzeć. Eric natomiast był niesamowicie ironiczny, a w jego słowach często czaiła się kpina, jednak miał olbrzymią wiedzę na temat teorii muzyki. Aktor teatru muzycznego, kto by pomyślał! 

Niestety, jak powszechnie wiadomo, wszystko, co dobre szybko się kończy. Tak i w w tym przypadku, wskazówki zegara były nieubłagane. I chociaż Niels przeciągał swój pobyt tak długo jak tylko mógł, to nadszedł w końcu moment, w którym musiał wracać do domu. 

— Późno już v stwierdził, wstając od stołu. — Powinienem iść. Dziękuję za gościnę i lekcję, proszę pani. I za posiłek, był naprawdę wyborny. 

— Mógłbyś zostać dłużej — odpowiedziała Celine, mile połechtana komplementem. — Ale rozumiem. Widzimy się w piątek, prawda? 

— Ależ oczywiście, o tej samej porze — już miał opuścić jadalnię, gdy Anaïs zerwała się ze swojego miejsca i w dwóch krokach znalazła się przy nim. 

— Odprowadzę cię kawałek. 

—Wspaniały pomysł! Jeszcze by się zgubił, biedak! — skomentował Eric z tym swoim złośliwym uśmieszkiem kogoś, kto uważa się za niesamowicie sprytnego i potrafiącego przejrzeć ludzi na wylot. — Na razie, młody! 

— Jasne. Cześć. 

Niels uścisnął wyciągniętą ku niemu dłoń, po czym wyszedł do przedpokoju i sięgnął po swoją bluzę. Anaïs podążyła za nim. Uprzejmie poczekała, aż skończył się ubierać i, otworzywszy drzwi, wyszła na podwórze. 

— Wspaniałe popołudnie — stwierdził nieśmiało, dołączając do niej. — Naprawdę wam dziękuję, 

— To my dziękujemy tobie! Nie mamy tu wielu znajomych, zwłaszcza tak miłych. 

Niels poczuł jak przyjemne ciepło rozlało się w jego sercu. Więc rzeczywiście go polubiła? Jego, tak zwykłego, niewyróżniającego się niczym chłopaka? 

— My... Spotkamy się jeszcze? — spytał nagle, gdy dotarli do podjazdu. Chciał zatrzymać ją przy sobie, chociaż na króciutką chwilę. — Żeby razem zagrać. 

— Będę w Norwegii całe lato. Jeśli tylko nie przerwiesz lekcji... 

— Nie! - zapewnił pośpiesznie. — Nawet bym nie umiał. 

— W takim razie do piątku, Niels — dygnęła, ujmując jego dłoń i ściskając ją lekko. — Nie mogę się już doczekać. 

— Ja także... 

Obdarzyła go ostatnim, promiennym uśmiechem, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę domu. Niels zamrugał nerwowo, zauważając dwie błękitne plamki płynące w jej stronę. Anaïs uniosła dłoń w geście, jakby chciała jedną z nich złapać. A on stał w miejscu, niczym wbity w ziemię, nie mogąc się ruszyć, czy nawet spokojnie odetchnąć. 

Czy ona właśnie...? 

Potrząsnął głową. Nie, to tylko złudzenie. Tylko złudzenie. 

 

Do piątku. 

 

[center]♪ ♪ ♪ ♪ ♪[/center] 

 

Brouisang - (fr.) Brouillard - mgła; Sang - krew 

Grand-mère - (fr.) Babcia 

Je suis désolé - (fr.) Przeprzaszam / przykro mi 

Anaïs - Imię francuskie, pochodzenia perskiego. Oznacza "Bogini Miłości". 

Parfait! - (fr.) Doskonale! 

Choivalier - (fr.) Choix - wybór; Chevalier - rycerz 

Demat - (bret.) Dzień dobry / Hej 

Oui - (fr.) Tak 

Bien sûr - (fr.) Oczywiście 

 

Edit. Za wskazaniami Róży :).

[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center] 

 

[center]ObrazekObrazek[/center]


Awatar użytkownika
Róża Saronu
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 146
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#11 » 21 sie 2012, o 12:41

Nie spartoliłaś :) Bardzo misię podobało, znacznie bardziej niż prolog, który jest nieco chaotyczny. Nie wiem, czy wstęp do I rozdziału powinien znajdować się akurat w tym miejscu, ale to nie moja broszka :roll:  

 

To był miód, a teraz czas na łyżkę dziegciu. 

 

Dalej operujesz zdaniami pojedynczymi tam, gdzie znacznie lepiej brzmią ich połączenia, np.

Postawny, najprawdopodobniej bardzo wysportowany, oceniając po sylwetce. Z zawadiackim uśmiechem i diabelskim błyskiem w oczach.
Dla Nielsa lato od zawsze było ulubioną porą roku, właśnie przez jego relaksacyjne właściwości.
W kontekście następnego zdania wychodzi na to, że relaksujący jest Niels, nie lato :lol:  

A tutaj:

aż trudno było uwierzyć, iż jego mieszkanką była Francuzka
pojawiło się powtórzenie (Ty zaś nie lubisz powtórzeń). O Francuzce można (a nawet wypada) napisać w czasie teraźniejszym, bo podczas rozgrywania się akcji utworu ona nadal mieszka w tym domu. 

Interpunkcja też pozostawia wiele do życzenia... 

 

To tyle. Pozdrawiam 

Ciocia Dobra Rada :D

Jam narcyz Saronu, 

lilia dolin.


Awatar użytkownika
Szarl
Jeździec Apokalipsy
Jeździec Apokalipsy
Posty: 842
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#12 » 21 sie 2012, o 23:02

Całkiem zgrabnie zapowiadająca się opowieść :). Masz bardzo przyjemny styl. Wprawdzie nie znam się aż tak dobrze na legendach arturiańskich (część kojarzę z dzieciństwa, ojciec mi często czytał opowieści o rycerzach okrągłego stołu do snu, resztę na zasadzie wykorzystania motywów w różnorakich książkach fantasy), ale muszę przyznać, że zachęciłaś mnie do pogrzebania się w tym temacie ;)

Pierwszorzędnie opisujesz wrażenia muzyczne bohaterów. Aż zazdroszczę Ci słów, bo nie przypominam sobie, żeby ktoś tak dobrze opisywał doznania muzyczne. 

W sumie do jednego mogę się uczepić. Troszkę więcej akcji, bo jakkolwiek opisy masz naprawdę ładnie, to odnoszę wrażenie, że spowalniają Ci fabułę. Ale niewykluczone, że to mylne wrażenie, raptem dwa rozdziały wstawiłaś :).

"I'm not a bitch. I am THE Bitch. And for you I'm Ms. Bitch!"

Awatar użytkownika
Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 235
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#13 » 21 sie 2012, o 23:41

Róża - zaraz zajmę się poprawianiem. Dziękuję za wskazanie błędów, moja beta zawsze powtarza, że we dwie nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego :)

I uspokoiłaś mnie z tym spartoleniem, za co również bardzo dziękuję. 

 

Szarl pisze:Pierwszorzędnie opisujesz wrażenia muzyczne bohaterów. Aż zazdroszczę Ci słów, bo nie przypominam sobie, żeby ktoś tak dobrze opisywał doznania muzyczne. 

W sumie do jednego mogę się uczepić. Troszkę więcej akcji, bo jakkolwiek opisy masz naprawdę ładnie, to odnoszę wrażenie, że spowalniają Ci fabułę. Ale niewykluczone, że to mylne wrażenie, raptem dwa rozdziały wstawiłaś :).

 

Serio? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Jestem prawdopodobnie najbardziej nieuzdolnioną pianistką w Polsce, ale staram się ćwiczyć właśnie opisy doznań muzycznych po grze. Miło słyszeć, że się opłaciła. 

Co do opisów - ostatnio usłyszałam od znajomej, że jest ich tu właśnie za mało. Cóż, postaram się to jakoś wyśrodkować w dalszych częściach.

[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center] 

 

[center]ObrazekObrazek[/center]


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2018
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#14 » 23 sie 2012, o 00:17

Zgadzam się z Różą, jest o niebo lepiej niż w prologu. Ładnie budujesz tajemnicę, ale nie ma tu tych irytujących niedopowiedzeń, które wynikały w prologu z braku doprecyzowania. Plus, uwielbiam teksty z wątkiem muzycznym. Sama się nawet za takie nie zabieram, choć nie wiem jak bym chciała, bo nie mam o tym zielonego pojęcia, ale Tobie udaje się to opisywać pięknie i z wyczuciem. Ach, i zaskoczyłaś mnie współczesnymi czasami oraz lokalizacją, ale zdecydowanie było to pozytywne zaskoczenie.  

Czekam na więcej :D

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Róża Saronu
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 146
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#15 » 23 sie 2012, o 17:30

Mnie się akurat bardzo podobają te rozbudowane opisy, o które czepia się Szarl ;) Lekka retardacja podnosi napięcie.
Jam narcyz Saronu, 

lilia dolin.


Awatar użytkownika
Camenne
Random Cruelty Generator
Random Cruelty Generator
Posty: 5869
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#16 » 24 wrz 2012, o 23:49

Ich zadaniem jest łączenie miłością królewny i pastuszków, piękne księżniczki uwięzione w wysokich wieżach, i odważnych rycerzy przybywających im na ratunek.
 

Nie musiał wtedy codziennie modlić się o wydłużenie doby do czterdziestu ośmiu godziny(...)
 

Czterdziestu ośmiu godzin lub czterdziestej ósmej godziny (tak w ostateczności).  

 

A raczej lekcja gry na fortepianie, na którą właśnie zmierzał. Szedł nieśpiesznie, rozkoszując się doskonale sobie znanymi i tak ukochanymi widokami, które [s],[/s] wciąż go zachwycały, choć potrafił przywołać je z pamięci o każdej porze dnia i nocy. Śnieżnobiałe ściany domów, zadbane podwórza, na których jasnozielona trawa często ulegała rabatkom pełnym kwiatów.
 

Tym, co bardziej go zdziwiło były dwie niebieskie plamki światła, które przez chwilę zdawały się tańczyć przed jego oczami oraz słodki, dziewczęcy chichot, który dobiegał nie wiadomo skąd.
 

Jego jedyną odpowiedzią był blady uśmiech. Nie był przygotowany na taki obrót spraw, poza tym ostatnim, czego pragnął, było sprawianie dodatkowego kłopotu.
 

Ku szczerości, cała reszta mogłaby zniknął, a on nawet by tego nie zauważył.
 

W tych czaszach to naprawdę niezwykłe
 

I troszkę więcej.  

 

Bardzo lubię narrację tak spokojną, subtelną i elegancją, zwłaszcza, gdy towarzyszy jej całe mnóstwo magicznego klimatu i ciepła - nie trzeba wiele więcej, nie trzeba wartkiej akcji, przyciągających wzrok udziwnień, by czerpać przyjemność z lektury. Wydaje mi się, że zrezygnowanie z opisów zabrałoby część tego uroku, choć pewnie trzeba by uważać, by przypadkiem ze "spokojnej" nie przejść niechcący w stronę "powolnej" narracji. Choć najbardziej... ciekawi mnie właśnie akcja; nie mogę odgadnąć ciągu dalszego, twoich dalekosiężnych planów na fabułę, bo choć to opowiadanie jest arturiańskie, wykracza poza interpretacje legend (głównie dzięki obsadzeniu we współczesnych czasach), jakie czytałam, i jest to dla mnie zupełnie nowe pole jako dla czytelnika.  

Klimat, właśnie. Najwięcej czaru jest w opisach muzyki, które tworzysz niezwykle, jakby słyszał ją nie tylko bohater, ale słyszałaś i czułaś ty, a potem te uczucia przelewała w słowa. Czuć pewną więź nie tylko na linii bohater-muzyka, ale i autor-muzyka, widać tutaj wiele emocji i to robi największe wrażenie.

Czytaj, a będziesz czytany! Komentuj, a będziesz komentowany! 

 

Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz  

 

Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


adamentium125
Użytkownik nieaktywny
Posty: 42
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#17 » 25 gru 2012, o 19:08

Witaj Pryvian

 

Jak na razie przeczytałem tylko prolog, więc do owego prologu się odniosę ; ) Już sam tytuł - "Szept Avalonu" - skusił mnie do zerknięcia okiem, bo zawiera w sobie - według mnie - nutkę tajemnicy, którą mam nadzieję odkrywać z każdym nowym rozdziałem ; ) Ogólnie tekst napisany schludnie i ciekawie (na prawdę wciąga już sam prolog!). Tytuł - kurde... czemu tak przyczepiłem się tego tytułu?! - w sam raz na powieść o historii miłosnej toczącej się w średniowieczu. Jak na razie to tyle... Zabieram się za pierwszy rozdział! 

 

... 

 

Przeczytałem pierwszy rozdział i... nie rozczarowałem się! Bardzo mi się podobało - miód na moje oczy, mógłbym rzec ; ) Jeśli chodzi o stylistykę, to nie wypowiem się, ponieważ sam nie jestem omnibusem w tych sprawach. Z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały! 

 

Pozdrawiam! 

A.


Awatar użytkownika
Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1853
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#18 » 5 lut 2013, o 18:41

Jeżeli się powtórzę, to wybacz, ale nie czytałam wszystkich komentarzy, zwłaszcza pod rozdziałem. :) 

 

Tekst podobał mi się. Z początku podchodziłam do tego z dużą rezerwą, po przeczytaniu prologu, gdzie jak dla mnie było dużo niejasności. I o ile byłam w stanie połapać się mniej więcej w szafowanych tytułach i motywach, to zwyczajnie ta pierwsza część Szeptów nie zmiotła mnie z powierzchni ziemi, a jedynie zaciekawiła. 

W zasadzie cieszę się, że rozdział traktuje w późniejszych czasach i o innych bohaterach, i to w dodatku nie na Wyspach Brytyjskich, a w Norwegii. Podoba mi się ten pomysł i dlatego szkoda mi, że nie ma tu wstawionych więcej części, Pryvian. Mogłabyś wrócić tu do nas i zaspokoić ciekawość czytelników. :) 

Język... Jest dobrze - wyważone opisy, podane emocje, ładnie ujęty temat muzyczny. Jest jednak rzecz, do której sie przyczepię: możesz darować sobie momentami dookreślanie przynależności rzeczy/przymiotów. To i tak wychodzi z kontekstu. :)

Po prostu robię za zły charakter.

agrafka

Szept Avalonu

Post#19 » 11 mar 2013, o 21:47

Świetne. Nic dodać, nic ująć :) 

 

Prosimy pisać bardziej rozbudowane komentarze.

Awatar użytkownika
MrTank
Użytkownik zbanowany
Posty: 34
Zobacz teksty użytkownika:

Szept Avalonu

Post#20 » 11 cze 2014, o 19:44

Fajny, tajemniczy i magiczny celtycki klimat z wczesnośredniowiecznej Brytanii. Szkoda że to już koniec. Bo przydałby się ciąg dalszy. Jest kilka błędów, np. niepotrzebne wyrazy z dużych liter, ale jest dobrze.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości