Fatum

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#11 » 14 maja 2016, o 08:37

Dziękuję, Tardis, za podbudowujący komentarz.
Pozwolę sobie opublikować kolejny rozdział "Fatum" i zapraszam wszystkoch zainteresowanych do lektury i komentowania!
Pozdrawiam.

Rozdział 2 (cz1)

Z poprzedniego wieczoru Andrzejewski pamiętał niewiele. Jedyną rzeczą, jaką mógł odtworzyć było to, że Schultz zupełnie nie pijaniał, podczas gdy on sam już przy pierwszym kieliszku czuł lekki zawrót głowy. Nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy dwóch pielęgniarzy ułożyło go na twardym, szpitalnym łóżku do momentu, w którym się obudził. Dość, że wszystko go bolało. Był wściekły, że dał się spoić jak ostatnie bydlę i mało brakowało, a zakląłby z tego wszystkiego, gdyby nie to, że wzrok jego spoczął na ślicznej sekretarce. Stała przy oknie i nerwowo bębniła palcami o parapet.
- O, jakże prędko się pan obudził, panie Andrzejewski – zawołała z wyćwiczonym entuzjazmem w głosie i niemalże od razu wyszła z pokoju.
Chwilę później w drzwiach ukazał się profesor Schultz we własnej osobie, elegancki i uśmiechnięty jak zawsze. Andrzejewski patrzył na niego z niedowierzaniem, nie mogąc zrozumieć jakim cudem wczorajsze wydarzenia nie pozostawiły na nieodgadnionej twarzy ordynatora najmniejszego nawet śladu.
- Jak się pan czuje, mój panie? - zagaił niemalże wesoło przybysz i usiadł powoli w fotelu pod oknem.
- Kiepsko – jęknął Andrzejewski, zastanawiając się nad tym, czy nie powinien chociażby usiąść na łóżku.
- Och, to okropne! – zakrzyknął z egzaltacją ordynator. – A co jest tego powodem?
- Jak to „co”? Nie pamięta pan? – zapytał Andrzejewski, myśląc jednocześnie, że nie jest z nim jeszcze aż tak źle, skoro może sobie co nieco przypomnieć.
Ciemnozielone, kocie oczy Schultza zapłonęły blaskiem szczerego zainteresowania.
- Nie… A czy jest coś, co powinienem był zapamiętać?
- No… chyba… - wykrztusił zszokowany profesor. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że człowiek, który wczoraj wyglądał zupełnie trzeźwo nic nie pamięta.
- Ach, chodzi panu zapewne o ten skromny, wczorajszy poczęstunek. – Ordynator uśmiechnął się na swój nieprzyjemny, sfinksowaty sposób i dodał: - Zaraz pokażę panu to, czym tak bardzo się pan wczoraj upił… Panno Hallow! – zawołał w kierunku półprzymkniętych drzwi, w których niedawno zniknęła sekretarka. – Proszę przynieść szklankę dla szanownego pana profesora.
Chwilę później Andrzejewski kontemplował w milczeniu złocisty płyn, który smakował jak herbata i za nic nie chciał przypominać wczorajszego białego wina.
- Co to jest? – wyjąkał w końcu zdziwiony profesor, nie mogąc uwierzyć w zapewnienia Schultza o tym, że owa tajemnicza ciecz nie jest niczym więcej, jak tylko zwykłą, zimną, angielską herbatą z dodatkiem cukru.
- Powtarzam panu: jest to najzwyklejsza w świecie herbata. Nie wierzy pan swoim zmysłom?
- Wierzę… Więc sugeruje pan, że… że upiłem się herbatą?
Zapytany skinął nieznacznie, a jego twarz rozjaśnił tajemniczy, prawie złowrogi uśmieszek.
- Na tym właśnie polega jeden z ważniejszych procesów, prowadzących między innymi do obłędu: au-to-su-ge-stia – wyjaśnił dobitnie, z miną mentora prostując się w fotelu. – To ona sprawiła, że upił się pan herbatą, a teraz nie chce pan w to uwierzyć, choć wszystko przemawia za tym, że szklanka, którą trzyma pan w ręku, nie zawiera niczego więcej prócz zwykłego Earl Greya. I proszę mi wierzyć: nie doszło do żadnej zamiany.
- Nie… Niemożliwe… Pan… pan mnie wkręca!
- O, nie, mój panie! – obruszył się ordynator. - Może mnie pan podejrzewać o wszystko oprócz kłamstwa! Nigdy nikogo nie okłamałem, przynajmniej bezcelowo. A nawet jeśli, to jaki miałoby to sens?
Andrzejewski milczał, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Głowa bolała go zbyt mocno, by uwierzyć w to, że nie pił nic więcej, prócz herbaty.
- Nie… To niemożliwe… - powtórzył, energicznie machając rękoma, jakby chciał odegnać od siebie wszelkie przekonywania otoczenia na temat tego, że się myli.
- Niestety, mój panie. Jest to możliwe i to w pełni. Zmusiłem pana do uwierzenia w to, że pije pan alkohol po to, aby mógł się pan przekonać, jak ważne w życiu człowieka są jego myśli… Może poprawniej byłoby rzec, że tylko delikatnie zasugerowałem panu, iż jest to wino, a dalszą część pracy wykonała pańska podświadomość.
- A więc hipnoza?! – spytał Andrzejewski, czując narastające rozdrażnienie.
Schultz w milczeniu potrząsnął głową i wpatrywał się w jakiś punkt ponad Andrzejewskim. Jego długie, podobne do szponów drapieżnego ptaka palce powoli wodziły po poręczy fotela.
- Dobrze, a cel? – spytał profesor, nie mogąc znieść tej przygniatającej zewsząd ciszy.
Ordynator westchnął i oparł się bokiem o poręcz. Milczał, jakby chciał dać Andrzejewskiemu czas na zastanowienie się i samodzielne znalezienie odpowiedzi.
- Nie domyśla się pan? – zapytał w końcu, a w jego głosie drgało bezgraniczne znudzenie.
- Chyba nie, skoro pytam. – Profesor wiedział, że dłużej nie zniesie tej powoli zagęszczającej się atmosfery tajemniczości.
Schultz przeciągnął się, nie wstając i znów opadł na oparcie.
- Naprawdę się pan nie domyśla?
- Nie! – wykrzyknął Andrzejewski drżącym ze wzburzenia głosem, a jego krótkie, mięsiste palce powoli zwinęły się w pięść.
- To proszę się zastanowić, po co pan tu przyjechał.
„Jaki on jest cholernie pomocny!” – pomyślał profesor, drżąc ze złości. Gdyby nie to, że ból głowy wzmógł się, nieznośnie pulsując w skroniach, Andrzejewski byłby niezawodnie wstał i wyszedł bez słowa. Miał dość tej głęboko ukrytej, ale jakże jawnej kpiny ze strony niewidomego ordynatora, który, zamiast udzielić mu informacji, poniża go i to jeszcze w obecności uroczej sekretarki, która co prawda wyszła, ale drzwi nie są chyba dźwiękoszczelne! „Chociaż, dodał po chwili, wszystko w tym zafajdanym szpitalu jest, jak widać możliwe! Stuletni, niewidomy ordynator-morderca o tyrańskich zapędach, herbata, która raz jest winem, a później znów herbatą i wreszcie hipnoza, która wcale nie jest hipnozą, tylko hipnotyczną autosugestią! Absurd! Teraz nie wiem nawet, czy sekretarka nie skrywa w sobie jakiejś pokręconej tajemnicy i nie jest, na przykład, seryjną uwodzicielką nowo przybyłych na szkolenia ordynatorów!”
Zwłaszcza ta ostatnia myśl przeraziła Andrzejewskiego, który dotychczas wierzył w to, że panna Hallow jest zwyczajną, może trochę zbyt zalotną starą panną, która, zupełnie styranizowana przez swego zwierzchnika, stara się przypodobać życzliwie patrzącemu na nią mężczyźnie, a może nawet prosi go bezgłośnie o ratunek. Profesor czuł, że ów absurd, którego tak bardzo się bał od samego początku studiów, powoli wślizguje się do jego mózgu i zagnieżdża się w nim jak pisklę kukułki w gnieździe słowika. A może jak pisklę słowika w gnieździe kukułki… Andrzejewski nie wiedział już, kto gdzie się zagnieżdża i właśnie oddawał się niemądrym rozmyślaniom na ten temat, gdy z zamyślenia wyrwał go spokojny, śmiertelnie znudzony głos ordynatora:
- Domyślił się pan?
Profesor drgnął, niczym człowiek, nagle zbudzony z głębokiego snu. Parę chwili musiało upłynąć, nim zdał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje i kim jest siedzący przed nim mężczyzna w czarnym, dziwnie podobnym do trumiennego ubioru, garniturze.
- Nie… - odparł, ze zdziwieniem wpatrując się w nieskazitelnie czarną marynarkę ordynatora, zupełnie tak, jakby widział ją po raz pierwszy, chociaż w ciągu ostatniego tygodnia widywał ją codziennie.
Schultz westchnął z wyraźną rezygnacją i zanurzył na chwilę palce w smolistej czerni gęstych, opadających prawie na szczupłe ramiona włosów, po czym znów złożył dłonie na kolanach i zaczął mówić nieznośnie spokojnym, monotonnym głosem upominającego ojca:
- Otóż pozwoli pan, że pomogę… Przyjechał tu pan z zamiarem wzięcia udziału w szkoleniach, nieprawdaż?
Andrzejewski przytaknął bez słowa.
- Domyślam się, że brak zaprzeczenia jest oznaką zgody – ciągnął profesor i założył nogę na nogę. – Przybywszy na miejsce, dowiedział się pan, że szkolenia nie są organizowane w tym roku, ale w chwili, gdy zamiast wykładów zaproponowałem panu coś na kształt indywidualnych zajęć, zgodził się pan, prawda?
„Bo nie miałem czasu zaprzeczyć!” – pomyślał Andrzejewski, a głośno odparł:
- Tak, ale co to ma do incydentu z herbatą?
- Boże najdroższy! – Schultz załamał ręce w geście niewysłowionej rozpaczy, po czym sięgnął do ciasno zawiązanego krawata i poluzował go nieco. – Ja panu drugi raz mówię, że przyjechał tu pan na szkolenia!
- Tak, ale co to ma do herbaty, cholera jasna?! – powtórzył Andrzejewski, nie mogąc niczego zrozumieć.
Ordynator chrząknął i głośno wypuścił powietrze ustami. Był wyraźnie załamany niepojętnością swego rozmówcy.
- Proszę pana, po raz trzeci powtarzam, że przybył tu pan na szkolenia, a incydent z herbatą miał cel głęboko naukowy! – oznajmił wreszcie, jeszcze bardziej luzując krawat.
- Jaki, do cholery, cel naukowy? Dosypał mi pan czegoś do herbaty, uśpił i teraz ze mnie kpi!
Zapadła nieprzyjemna chwila milczenia. Ordynator wstał, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Ręce jego drżały coraz mocniej, a twarz bladła z minuty na minutę. Zaniepokojony Andrzejewski poderwał się i podszedł do Schultza, chcąc go podtrzymać w razie, gdyby się zachwiał, ale chory odtrącił obejmującą go rękę, rzucając przy tym profesorowi spojrzenie tak zimne, że ten aż struchlał.
- Proszę mnie zostawić w spokoju! – warknął, z wyraźnym wysiłkiem usiadł z powrotem i dwukrotnie zastukał laską o przyległą do sekretariatu ścianę.
Chwilę później w drzwiach stanęła drżąca z niepokoju sekretarka, a widząc nienaturalnie bladą twarz ordynatora podeszła do niego, pytając, co się stało. W odpowiedzi usłyszała dwa, wypowiedziane niemalże błagalnym szeptem słowa:
- Waleriany, błagam…
Urocza asystentka z dezaprobatą spojrzała na Andrzejewskiego i wyszła, aby za moment wręczyć swemu zwierzchnikowi żądany lek. Schultz odprawił ją delikatnym ruchem dłoni, nie dziękując nawet za pomoc.
- Ja kpię! – wysyczał w końcu, po czym jednym haustem połknął medykament. – Ja kpię?! Z pana?! O, nie, nie… Ja i kpina… - zaśmiał się szyderczym, nieco obłąkańczym śmiechem i, trochę już uspokojony, dodał: - Proszę sobie raz na zawsze, na wieki zapamiętać, że ja nigdy nie kpię! Ja i kpina! Proszę pana, niech mnie pan nie załamuje!
- Przepraszam najmocniej… - jęknął profesor, przerażony tym, jak daleko idące skutki miało jego niedowiarstwo. – Przepraszam…
- Nie musi pan przepraszać, jeśli nie zdaje pan sobie sprawy z tego, za co pan przeprasza. Ja również uniosłem się nieco, ale rozumie pan zapewne, że było to skutkiem mej słabej pamięci. Zapomniałem bowiem, że pan, jako człowiek żyjący, nie umie domyślać się tak dobrze, jak robią to umarli… Ale zapomnijmy o tym… Na przykładzie z herbatą chciałem tylko pokazać panu niewiarygodną siłę autosugestii wraz z ogromem niebezpieczeństwa, jakie za sobą niesie zbytnia wiara we własne domysły. Rozumie pan?
- Tak… - wyszeptał Andrzejewski, choć wszystko w jego środku wrzeszczało: „Nie!”.
- To dobrze. Mam nadzieję, że nie zniechęciło to pana do dalszego pobytu tutaj i mogę liczyć na dalszą uwagę z pańskiej strony?
- O, tak, tak…- jęczał profesor, nie mogąc już odróżnić swoich myśli od tego, co sugeruje ordynator. „Kukułka w gnieździe słowika, czy słowik w gnieździe kukułki?” – myślał, bezwiednie śledząc wzrokiem swego rozmówcę, który tymczasem wstał i zaczął powoli przechadzać się od ściany do ściany.
- Jak już mówiłem na wstępie, autosugestia niesie za sobą niebezpieczeństwo obłędu… - podjął po chwili Schultz, na nowo zawiązując krawat w idealny, ciasny węzeł. Zrobił to tak szybko, że Andrzejewski pomyślał przez chwilę, iż naprawdę zwariował, skoro ktoś bez lustra zawiązuje krawat w kilka sekund, podczas gdy on robi to co najmniej dziesięć minut. – Czy wie pan, czym jest obłęd?
- Obłęd jest to rodzaj psychozy, na którą składają się logicznie usystematyzowane urojenia, bez zaburzeń uczuciowości, inaczej paranoja – wyrecytował bezmyślnie profesor.
- Nie… - rzucił ordynator, ostrożnie wygładzając kołnierzyk koszuli, który zdawał się samoistnie układać pod jego palcami. – Nie! To jest definicja obłędu, a nie to, czym jest sam obłęd!... Powtórzę pytanie, czy wie pan, czym jest obłęd, a nie de-fi-ni-cja obłędu?
- Nie, nie wiem, czym jest obłęd… - wyszeptał Andrzejewski. Czuł, że to kolejna zasadzka, ale nie mógł się cofnąć. Ogarnęła go jakaś nieprzeparta ciekawość, zagłuszająca wszelkie podszepty zdrowego rozsądku o tym, by wycofać się z tej niebezpiecznej, szaleńczej gry o umysł.
- Nie wie pan… A proszę mi powiedzieć, czy gotów jest pan w tej chwili wstać i zatańczyć ze mną, chociażby walca?
- Że co, proszę? – spytał profesor, nie dowierzając własnym uszom.
- Czy jest pan gotów ze mną zatańczyć? – powtórzył Schultz z miną tak zdziwioną, jakby żądano od niego wyjaśnienia, dlaczego czarne jest czarne, a nie białe. – Dla ułatwienia dodam, iż ja prowadzę.
Andrzejewski poczuł, jak ból głowy przeradza się w nieznośny szum, a świat zaczyna wirować.
- O, tak, ma pan rację, ja zupełnie nic nie widzę… – dodał z uśmiechem ordynator, jakby zgadywał myśli swego rozmówcy. – A pan będzie zmuszony poddać się mojej woli. Więc jak? – Podszedł do łóżka, na którym siedział profesor i wyciągnął dłoń, jednocześnie jakby wyczekująco podnosząc prawą brew.
- Nie! – wybuchnął Andrzejewski, nie mogąc już wytrzymać coraz mocniej oplatającego go absurdu. – Nie, ja nie chcę, nie będę, nie mogę, boję się! Nigdy w życiu nie tańczyłem z mężczyzną, tym bardziej niewidomym! I w ogóle proszę mi dać spokój!
Schultz cofnął się i, znalazłszy dłonią fotel, usiadł ostrożnie. Ohydnie uprzejmy uśmiech rozjaśnił jego trupio bladą twarz.
- Ach, więc boi się pan! – zawołał z odcieniem triumfu w głosie. – I bardzo dobrze. To znaczy, że nie oszalał pan… jeszcze... – dodał nieco ciszej i znów wrócił do zwykłego tonu. – Człowiek, którego ogarnia obłęd, bądź, jeśli pan woli tę nazwę, paranoja, gotów jest uwierzyć w najbardziej nierealne propozycje, składane mu przez nieokiełznaną wyobraźnię… Mało tego, gotów jest spróbować wprowadzić swe urojenia w życie. Nie zawsze mu się to udaje, ale próbuje. Raz, drugi, trzeci, w końcu przecież musi się udać. Czasami odnosi sukces, zadowala się nim i raz na zawsze zrywa z paranoją, lecz czasem tkwi w swej manii, nie widząc przerażających skutków, jakie niesie ona ze sobą. I to właśnie jest ów właściwy obłęd, którego wszyscy tak bardzo się obawiają, a któremu każdy z nas na dłużej lub krócej ulega…
Pozwoli pan, że powołam się na niedawny przykład z moją propozycją tańca. Gdyby zgodził się pan na nią, nic złego przecież by się nie stało, bo, mimo utraty wzroku, tańczę całkiem nieźle, a rozkład tego pokoju znam na pamięć. Ale gdybym zamiast tego zaproponował panu przechadzkę po ruchliwej, zupełnie nam obu nieznanej ulicy, a pan wyraziłby na to zgodę, to stworzylibyśmy zagrożenie zarówno dla siebie, jak i innych uczestników ruchu, prawda? No, więc, do czego zmierzam… Otóż człowiek, ogarnięty obłędem, gotów jest zaufać swej chorej wyobraźni i pójść z nią na przykładową ruchliwą, nieznaną ulicę, na której niezawodnie na kogoś wpadnie lub, w najgorszym przypadku, spowoduje wypadek, w którym ktoś zginie. Czy rozumie pan mój tok myślenia?
- Tak – przytaknął Andrzejewski. Uspokajał się powoli, chociaż coś mu mówiło, że to jeszcze nie koniec tej absurdalnej gry.
Ordynator uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem i wstał.
- Cieszę się niezmiernie. Pozwoli pan, że opuszczę pana na czas obchodu, a potem będę czekał na pana w swoim gabinecie – oznajmił, biorąc do ręki laskę. - Proszę zastanowić się, czy nie ma pan jakichś pytań ani refleksji, którymi chciałby się pan ze mną podzielić. A teraz zapraszam na śniadanie. Panna Hallow zaprowadzi pana na stołówkę. Proszę się pospieszyć, bo herbata stygnie… Powtarzam: herbata, nie wino. – Uśmiechnął się szelmowsko i zniknął za drzwiami, prowadzącymi w głąb jakiegoś nieznanego Andrzejewskiemu korytarza.
Po chwili zjawiła się sekretarka z wiadomością, że śniadanie już gotowe i poprosiła Andrzejewskiego, by zechciał jej towarzyszyć w drodze do jadalni. Profesor poszedł za nią ochoczo, myśląc z ulgą, że urocza asystentka wcale nie próbuje go kokietować, chociaż ktoś, patrzący z boku na tych dwoje mógł pomyśleć coś zupełnie odwrotnego.
- Zapraszam – szepnęła cichutko panna Hallow, skromnie opuszczając długie, mocno podmalowane rzęsy.
Andrzejewski posłusznie pchnął drzwi i oczom jego ukazała się ogromna sala, której jedyne wyposażenie stanowiły dwa, równoległe rzędy gustownie rzeźbionych stołów i krzeseł z ciemnego, drogiego niewątpliwie drewna. Całe pomieszczenie intensywnie pachniało herbatą, a pod dużymi, na błysk wymytymi oknami piętrzyły się marmurowe donice z rozmaitymi kwiatami ze wszystkich stron świata. Na niektórych, zajętych przez szpitalny personel stołach, mimo wczesno popołudniowej pory płonęły niewielkie świeczki, których migotliwy blask niewyraźnie odbijał się od zielonych, pustych ścian. Subtelnie pachnąca pastą do klepki podłoga sprawiała oszałamiające wrażenie, a sufit zdawał się sięgać nieba.
- Jak się panu podoba wystrój? – spytała sekretarka, delikatnie biorąc Andrzejewskiego pod rękę i prowadząc go w stronę jednego z wolnych stolików pod ścianą.
Profesor patrzył na nią przez chwilę zdumionym, nieobecnym wzrokiem, znów spojrzał na napierający zewsząd przepych i długo nie znajdował słów, którymi mógłby wyrazić stan, w jakim się znajdował.
- Jestem oszołomiony – wyszeptał w końcu.
Panna Hallow zaśmiała się uroczym, perlistym śmiechem i gestem poprosiła Andrzejewskiego, by usiadł. Chwilę później gruba, zrzędliwa i zupełnie niepasująca do wykwintnego otoczenia kucharka postawiła przed profesorem tacę, na której znajdował się niewielki talerzyk z wędliną, pleciony, wiklinowy koszyczek z dwoma bułkami i szklanka, po brzegi wypełniona mocno pachnącą herbatą.
- Smacznego! – szepnęła sekretarka, pochylając się nad uchem Andrzejewskiego tak nisko, że prawie poczuł muśnięcie jej warg. Były wilgotne, ciepłe i pachniały szminką.
- Dziękuję – odparł, starając się zachować pozory spokoju.
Śniadanie było smaczne, ale profesor nie czuł różnicy pomiędzy chlebem a szynką. Zajęty był rozmyślaniem na temat tego, co mu się przytrafiło w ciągu ostatniej doby. Najwięcej czasu zajęła mu analiza zachowań sekretarki względem ordynatora, gdy ten poprosił o walerianę. Widział wyraźnie w jej oczach ten swoisty, poddańczy blask, z jakim niewolnica patrzy, jeśli w ogóle śmie podnieść wzrok, na swego pana. A potem… Potem to nieme, bezgraniczne potępienie, kiedy spojrzała na niego… Gdyby przed chwilą nie pocałowała go niemalże w ucho, byłby gotów uwierzyć, że jest zakochana bez wzajemności w tym bezdusznym, wyniosłym tyranie, który przyszedł na świat co najmniej dwa wieki za późno. Poczuł narastający w nim mimowolny gniew, balansujący na pograniczu zazdrości i pasji.
„Przecież mogę go w każdej chwili zabić!” – przemknęło mu przez myśl. – „Sam mówił, że jest stary, kto by się domyślił… Ale nie, nie… On coś wspomniał o śmierci… Już raz umarł, a z tego by wynikało, że zabiłbym trupa… Tak, zabiłbym trupa… I to żywego… To straszne… A jednak… To chyba łatwe… Podpytam go dyskretnie, jak to się robi… A jednak, ciekawi mnie, co się gnieździ pierwsze: kukułka, czy słowik?... Nie! Muszę przestać o tym myśleć! A gdybym jednak go zabił, to co by się gnieździło… Tfu, co za natręctwo… Zaraz dostanę jakiejś kukułczej manii!”
Zaraz po śniadaniu Andrzejewski udał się do gabinetu ordynatora. Musiał jednak poczekać na zewnątrz, gdyż drzwi były zamknięte na klucz, a zza nich dochodziły odgłosy prowadzonej teatralnym szeptem rozmowy. Profesor nie czekał długo, gdyż po chwili sucho szczęknęła klamka i na korytarz wyszedł młody, przygarbiony człowiek o niezdrowo zielonkawej cerze. W oczach miał niewysłowioną radość. „Pewnie narkoman na odwyku, ale co on się tak cieszy?” – pomyślał Andrzejewski i wszedł do gabinetu.
Schultz powitał go uprzejmym, sfinksowatym uśmiechem.
- Może raczy pan spocząć? – zaproponował po dłuższej chwili niezręcznego milczenia.
Andrzejewski usiadł posłusznie i milczał nadal. W głowie miał zupełny mętlik.
- Ma pan jakieś pytania, zażalenia, wątpliwości? – zapytał ordynator, chcąc najwyraźniej pomóc rozmówcy w rozpoczęciu rozmowy.
- Mam pytanie, ale jest ono co najmniej dziwne… - zaczął w końcu Andrzejewski, nieśmiało spoglądając na Schultza.
- Tu nie ma dziwnych pytań – odparł ordynator z ledwo zauważalną wesołością w głosie.
- No, dobrze… Pamięta pan naszą rozmowę w pociągu?
Schultz zaśmiał się krótko cichym, nieprzyjemnym śmiechem i spytał:
- I to ma być to dziwne pytanie?
Andrzejewski stropił się. Nie tak wyobrażał sobie tę, jakże ważną dla niego, rozmowę z zabójcą, którą potem będzie mógł przytaczać na wykładach jako wzięte z życia, autentyczne studium bezdusznego mordercy.
- Nie… Chciałem zapytać pana o coś innego…
- Więc niech pan pyta – ponaglił ordynator.
Profesor milczał. Ogarnął go niewysłowiony, niejasny strach przed tym, co usłyszy, a nade wszystko bał się zapytać.
- Ciekawi mnie, dlaczego ma pan inną laskę, niż wtedy – wydukał wreszcie, karcąc się w myślach za niekonsekwencję i tchórzostwo.
Schultz długo starał się opanować śmiech, aż w końcu parsknął cichym, hienowatym chichotem, który miał w sobie coś z piekieł.
- Niech mi pan powie, to było to pytanie? – spytał po dłuższej chwili.
- Tak – Andrzejewski zaczerwienił się po same uszy i cieszył się w duchu, że ordynator tego nie widzi.
Nastąpiła kolejna, tym razem krótsza salwa piekielnego śmiechu.
- No, cóż… Odpowiedź jest dosyć prosta. Jako osoba niewidząca mam prawny obowiązek chodzenia z tak zwaną „białą laską”, a że jest ona dość nieporęczna, to wolę na co dzień posługiwać się tą oto, robioną na zamówienie. Tu, w Stanmore, większość osób mnie zna, nie muszę im więc przypominać, że nie widzę. Czyż rozwiałem targające pańską duszą wątpliwości na ten temat?
- Tak, dziękuję – odparł Andrzejewski, wzdychając z ulgą.
Zapadło niezręczne milczenie. Andrzejewski wsłuchiwał się w cichy, przytłumiony szum niedalekiej ulicy i nagle, wśród tysiąca innych odgłosów, usłyszał muzykę… Jakiś dźwięczny, kobiecy głos śpiewał przy nieśmiałym jakby akompaniamencie dwóch gitar.
„Przed akcją była skromną panną, /Mieszkała gdzieś w Alei Róż, /Miała mieszkanko z dużą wanną, /Pieska pinczerka, no i już.” – lało się gdzieś z oddali.
- Słyszy pan? – spytał profesor.
Szczupłą, zamyśloną twarz ordynatora wykrzywił niejasny grymas.
- Nie… Mówi pan o muzyce?
- Tak. Ktoś śpiewa, słyszy pan?
- Nie słyszałbym, gdyby nie zwrócił pan na to mojej uwagi… Zna pan „Hamleta”? Jest taka piękna parafraza, którą kiedyś jeden z naszych pacjentów wymyślił w ostatnim dniu terapii odwykowej: „Methinks, I hear... Where? - In my mind's ears.” Oto jest właśnie najkrótszy opis tego, czego pan doświadcza w tej chwili. Milczenie i szum ulicy przypomniały panu o podróży pociągiem, a wtedy istotnie ktoś śpiewał piosenkę o sanitariuszce „Małgorzatce”, więc pańska podświadomość doszła do wniosku, że warto przywołać tę właśnie melodię także teraz, jako że ulica szumi, a my milczymy. Proste jak drut, nieprawdaż?
- Nie rozumiem…
- Nie musi pan… - odparł Schultz ściszonym głosem i znów popadł w zamyślenie.
Głos kobiety w oddali wzmógł się, niemalże rozsadzając uszy Andrzejewskiego. Profesor skrzywił się i spojrzał w nieodgadnione oczy Schultza. Coś w nich zabłysło niepokojącym, strasznym blaskiem, ale Andrzejewski, mimo strachu, nie był już w stanie oderwać wzroku od nienaturalnie powiększonych, ziejących otchłanią źrenic ordynatora… „Kukułka w gnieździe słowika, czy słowik w gnieździe kukułki?” – myślał, nie myśląc, profesor, a szum w jego głowie narastał, przeistaczając się w nieznośny chaos, w którym pytanie o kukułce przeplatało się z melodią o pięknej sanitariuszce. Chwilę potem ogarnęły go lepka ciemność i kojącą cisza omdlenia.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#12 » 14 maja 2016, o 08:38

Rozdział 2 (cz2)

***
Pytanie było tak dziwne i tak nie pasowało do sytuacji, że Andrzejewski przez chwilę milczał, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Patrzył zdumiony na stojącą przed nim sekretarkę i nie wierzył własnym uszom.
- Czy zatańczyłby pan ze mną? – powtórzyła nieśmiało, przestępując z nogi na nogę.
- Czemu mnie pani o to pyta? – wyjąkał profesor.
Zaśmiała się w sposób, który przyprawiał go o dreszcze i usiadła z powrotem na brzegu biurka.
- O niczym pan nie wie?
- Nie…
Uśmiechnęła się znowu.
- No, cóż, widocznie jeszcze nie czas… Jest taki stary zwyczaj na naszym oddziale, że co dwa miesiące, w sobotę odbywa się coś na kształt przyjęcia, na które wstęp mają tylko pracownicy szpitala… A pan, jako gość honorowy, jest naturalnie zaproszony… Ach, i jeszcze jedno… Jest pan kawalerem, prawda?
Andrzejewski skinął nieznacznie głową. Dziwiło go to, że nieśmiała z pozoru sekretarka wypytuje o takie rzeczy.
- Znaczy, nie do końca… Miałem żonę… Czternaście lat temu zmarła…
- Ach, to niestety, moja propozycja jest nieaktualna! – zawołała ze smutkiem w głosie panna Hallow. Profesor rzucił jej pytające spojrzenie.
- Wie pan… Jest jeszcze jeden zwyczaj, że taniec, otwierający ów dziwaczny, sobotni bal, mogą tańczyć tylko ludzie wolni, czyli niemający małżonków. Ostatnio tańczyłam go z ordynatorem, bo on jeden… no, sam pan rozumie… - Mrugnęła porozumiewawczo. – A teraz, kiedy pan ordynator oślepł, to nie wiem, jak to będzie… Boje się trochę…
- Cóż to za taniec? – spytał Andrzejewski. Powoli kiełkowało w nim postanowienie, aby złamać odwieczny, szpitalny zwyczaj i poprosić Schultza o to, czy nie zgodziłby się na zastępstwo w spełnieniu tego osobliwego obowiązku. Ponadto, sama myśl o tańcu z panną Hallow dziwnie go podniecała.
- Jest on… Dość osobliwy, proszę pana. Tylko my dwoje, ja i pan ordynator, znamy układ kroków. Jest to bardzo skomplikowane, nie wiem, czy zdąży się pan go nauczyć w dwa tygodnie…
- Dla pani nauczyłbym się go nawet w dwa dni! – zakrzyknął Andrzejewski, podchodząc do niej bliżej, niż planował. Nie był pewien, czy panna Hallow mówi prawdę, ale postanowił zaufać.
- O, nie, nie… Pan przecież jest… wdowcem. Nie może pan… - Odsunęła się od niego, spłoszona, a w jej oczach mignęło kłamstwo. Siedziała teraz prawie na środku biurka, z podwiniętymi nogami i w zamyśleniu skubała brzeg spódnicy, spod której wyzierały eleganckie, koronkowe pończochy.
- Pani! – zawołał profesor i sam nie wiedząc, co czyni, chwycił ją za rękę. – Ja… Ja naprawdę nauczę się tego tańca, choćbym miał pójść po poradę do samego diabła! – Schylił się do trzymanej w palcach dłoni i delikatnie musnął ją ustami. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich ordynator. Na jego wąskich, krwistoczerwonych wargach rozkwitł złowieszczy uśmiech.
- Och, jaki z pana poeta, mój panie! Więc na szkolenia przyjechał pan po to, by uwieść mi sekretarkę… Szalenie to miłe z pana strony, nie powiem… Może ją pan sobie zabrać, jest mi zbędna. Ja i tak nie mam zamiaru… - Kaszlnął znacząco i zwrócił się do skamieniałej ze strachu sekretarki: - Pa-ni – podkreślił ten wyraz, jakby chcąc dać jej do zrozumienia, że nie zasługuje już na miano panny – Hallow, proszę mi przynieść w wolnej chwili dokumenty Samuela. Ma numer piętnasty, sekcja „NH”. Czekam w swoim gabinecie… A, i nie przeszkadzajcie sobie państwo. Przepraszam najmocniej za impertynencję – dodał z jadowitym uśmiechem i zniknął za drzwiami.
Zapadło ponure milczenie. Andrzejewski stał jak wryty, wciąż trzymając w ręku stężałą z przerażenia dłoń sekretarki. Trwali tak przez chwilę, aż w końcu panna Hallow wyrwała się i jednym susem zeskoczyła z blatu.
- Widzi pan?! – krzyknęła, zapamiętale grzebiąc między porządnie złożonymi na półce papierami.
Andrzejewski nie odpowiedział. Było mu głupio z powodu swego zachowania, poza tym niezbyt rozumiał, co miał, według sekretarki, zobaczyć. Panna Hallow tymczasem znalazła potrzebne jej dokumenty i skierowała się z teczką do drzwi. Przystanęła jednak na progu, odwróciła się i szepnęła smutno:
- Widzi pan?...
- Przepraszam – wykrztusił w odpowiedzi. Był zagubiony i nie wiedział zupełnie, co ma ze sobą zrobić.
Podeszła do niego i podała mu rękę, którą automatycznie pocałował.
- Wybaczam panu, ale… Nie wiem, czy on panu wybaczy… Swoich pracowników traktuje jak poddanych… Boimy się go, nie zdarzyło się jeszcze, by ktokolwiek w czymkolwiek go nie posłuchał… Zresztą, zna go pan zapewne lepiej, niż ja… - szepnęła, a w jej oczach zabłysły łzy.
- Proszę tu zostać… - nalegał nie rozumiejąc, dlaczego tak bardzo chciał ją zatrzymać.
Potrząsnęła głową nieznacznie i, rozejrzawszy się trwożliwie dookoła, wyszła. Profesor czuł, jak niepokój sekretarki udziela mu się powoli. Nieprzyjemne ciarki przeszły mu po plecach na myśl o nieruchomym, poniżającym spojrzeniu Schultza. Znowu ogarnęło go dobrze znane pragnienie wyrwania się z tego zatrutego absurdem miejsca.
„Przyjechałem tu na szkolenia, a tracę czas na walkę z absurdem… To głupie… - pomyślał po chwili. – Muszę zapytać Schultza o to, co gnieździ się… Cholera jasna! Muszę zapytać go o to, czy nie mógłby mi odstąpić swej roli przy pannie Hallow… Tylko jak to zrobić teraz, kiedy wkurzył się na mnie? Nie… Chyba zostawię to pytanie na później… Teraz poproszę, by pokazał mi jeszcze jedną ze swoich dziwacznych sztuczek… Może to go trochę rozchmurzy… Zresztą zobaczę, jak to będzie… Tak czy inaczej wypadałoby, bym poszedł do niego, bo gotów pomyśleć, że nie interesuje mnie nauka, tylko sekretarka, a wtedy… Wtedy będę miał naprawdę przechlapane i cała ta podróż będzie na nic…”
Z zamyślenia wyrwał go cichy, nieśmiały głos panny Hallow:
- Pan ordynator chce się z panem wi… - urwała na chwilę, szukając właściwego słowa. – Chce z panem porozmawiać.
Andrzejewski poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Bał się i nie wiedział, czego dokładnie.
„Teraz to dostanę za swoje… I po co ja tu przyjechałem? Mogłem odmówić…”- myślał, drżąc ze strachu.
Schultz przyjął go jak zwykle uprzejmie, jakby nie pamiętał o niedawno podsłuchanej rozmowie. Andrzejewski zaczął jeszcze mocniej drżeć. Irytowały go nagłe zmiany nastroju ordynatora, który w oka mgnieniu potrafił wpaść w gniew, a zaraz potem zachowywał się tak, jakby nigdy nic się nie stało.
Milczeli przez dłuższą chwilę, a Schultz z nudów bawił się laską, raz po raz obracając ją wokół dłoni. Andrzejewski kulił się ilekroć pałka furczała w powietrzu.
- Długo zamierza pan tak milczeć? – zapytał wreszcie ordynator, przeciągając się niczym duży, czarny kot. Profesorowi zdało się, że ziewnął przy tym dyskretnie.
- Nie wiem, co chciałby pan ode mnie usłyszeć? Żąda pan wyjaśnienia, pytań…?
- Ja niczego od pana nie chcę – odparł Schultz i odstawił laskę na jej zwykłe miejsce pomiędzy rogiem pokoju a fotelem. – To pan przyjechał do Anglii po wiedzę, nie ja…
Znowu zapadła długa chwila nieznośnej ciszy. Profesor nie wiedział, o co mógłby zapytać: w jednej chwili każda, najbardziej zawiła nawet teoria, zdała mu się być tak banalną, że, zapytawszy o nią, ośmieszyłby się niezawodnie, co dałoby ordynatorowi pretekst do jeszcze jawniejszej kpiny. Andrzejewski miał dosyć zarówno swej niewiedzy, jak i uporczywego milczenia, postanowił więc spytać o to, co zamierzał początkowo odłożyć na później. Schultz słuchał go z wyraźnym zainteresowaniem, a z jego warg nie znikał drwiący uśmieszek rozbawienia.
- Pan mówi to poważnie? Sam pan przed chwilą mówi mi, że jest wdowcem, a pcha się pan do tańca z kobietą niezamężną? To przecież absurd!
Tego było Andrzejewskiemu za wiele. Nazywać absurdem coś, co jest w pełni prawdopodobne, pomijając przy tym wszystko to, co stało się przedtem i było dużo bardziej pozbawione sensu? Nie mógł tego zrozumieć.
- Proszę pana – zaczął, niepewnie pochylając się w stronę Schultza. – Ośmielę się spytać o niedawny incydent z herbatą, który pamięta pan niezawodnie…
- Wybaczy pan, że przerwę. Incydent z czym?
Profesor spojrzał na swego rozmówcę zdziwiony, nie mogąc zrozumieć, czy ów kpi, czy też o drogę pyta. Po chwili zdobył się na krótkie, dość mgliste wyjaśnienie.
- Z herbatą? Czy nie pomylił pan faktów? Wczoraj nie było żadnej herbaty, mogę panu pokazać butelkę… Nie zrobię tego jednak, gdyż ufam, iż przypomni pan sobie wszystko co do joty i to w najbliższym czasie.
Andrzejewski czuł, że niewiele czasu dzieli go od osłupienia do wybuchu furii. Przedłużające się milczenie i niemy, zbyt czytelny wyrzut w oczach ordynatora coraz bardziej utwierdzały profesora w przekonaniu, że stał się przedmiotem okrutnej, absurdalnej gry, której drogą i celem jest on sam, a raczej jego umysł, nad którym już coraz rzadziej zdarzało mu się całkowicie panować.
„Kukułka w gnieździe słowika, czy słowik...” – Uporczywa myśl znów dała się we znaki.
Laska Schultza znów zafurczała w powietrzu, wprawiając Andrzejewskiego w niespokojne drżenie. Profesor czuł się coraz bardziej osaczony i sam nie wiedząc kiedy rzucił się na ordynatora. Chciał tylko poprosić go o to, by przestał obracać laską, w rzeczywistości jednak rzucił się na niego bez słowa uprzedzenia. Z amoku wyrwał go ostry, paraliżujący ból wykręcanego nadgarstka.
- Proszę nie zapominać, że ma pan do czynienia z byłym mordercą – warknął ostrzegawczo ordynator i powoli rozplótł zaciśnięte wokół przegubu Andrzejewskiego palce. – To, że nie widzę nie oznacza, że straciłem intuicję i refleks, mój panie.
- Przepraszam – jęknął, oprzytomniawszy, profesor. – Nie wiem, co mnie naszło…
- Nie szkodzi, że pan nie wie. Żaden szaleniec nie potrafi określić, co go naszło… Tym razem wybaczam panu, ale proszę pamiętać, że ja też czasami bywam nieobliczalny. Jest to dla pana tym groźniejsze, że pan nie ma doświadczenia, natomiast ja zabiłem już kilka osób i wiem, jak nie zostawić po sobie ani śladu.
- Grozi mi pan?
- Nie, po prostu uprzedzam – odparł Schultz i głośno odstawił laskę na miejsce.
Andrzejewski wybiegł z gabinetu. Ogarnął go nieokiełznany, irracjonalny strach przed samym sobą, przed swoim myślami oraz wszystkim tym, czego nie wiedział lub nie mógł w swoim zachowaniu wytłumaczyć. W białym, pachnącym spirytusem i szaleństwem powietrzu unosiła się cicha, niejasna melodia:
„Sanitariuszka "Małgorzatka"/ To najpiękniejsza jaką znam,/ Na pierwszej linii do ostatka/ Promienny uśmiech niesie nam.”
- Boże! – zawołał Andrzejewski, bez czucia padając na twardy beton podjazdu.
Chwilę później dwóch pielęgniarzy troskliwie wnosiło go do środka…
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Fatum

Post#13 » 15 maja 2016, o 17:03

Szelesty, postukiwania, wycie klaksonów: oto, co zostało z barwnej przecznicy, którą codziennie szedł do pracy, mimowolnie uśmiechając się do przechodniów w odpowiedzi na nieustające potoki powitań, w których teraz wyczuwał nutę współczucia. Nie był w stanie określić, czy jest szczere, ale czuł w głębi duszy, że mu uwłacza. Nie chciał wysłuchiwać tych współczujących „dzień dobry, panie profesorze”, w których, poza zwykłymi słowami, kryło się natrętne pytanie „czy aby na pewno w czymś nie pomóc?”. I ta niechęć właśnie zmuszała go do wymykania się na ulicę pod osłoną cichego przedświtu, w którym nie rozlegał się ani jeden znajomy głos. W ciszy, w chłodzie brzasku było mu dobrze, nie czuł tej napierającej zewsząd chęci pomagania w najzwyklejszych czynnościach, z którymi, notabene, radził sobie częstokroć lepiej, niż ci, którzy chcieli mu pomóc. Teraz na przykład, po dwóch miesiącach wszechogarniającej ciemności, nie miał już najmniejszego kłopotu ze znalezieniem dziurki od klucza i drzwi otwierał dużo sprawniej niż jego w pełni widzący zastępca, który co rano płaszczył się przed nim myśląc, że ułatwia życie, choć tak naprawdę je utrudniał.

którą, których, których, którym, którzy, który

Schultz zadrżał ze złości na myśl o tym, iż tego poranka znów będzie musiał udawać, że wcale nie ma ochoty udusić natrętnego, kłaniającego się nieustannie młodzieńca, którego służalczo wybałuszone oczy jeszcze niedawno doprowadzały go do szału.

Moim zdaniem lepsze byłoby np. "zacisnął pięści ze złości" czy cokolwiek innego; drżenie kojarzy się bardziej ze strachem.

Miękki materiał obicia delikatnie zaszeleścił pod palcami.

Miękkie materiały nie szeleszczą.

- Tak. Jestem trochę zmęczony, ale wszystko dobrze – skłamał. Nieznośny, tępy ból głowy bynajmniej nie sprzyjał dobremu samopoczuciu.
- Powiedz mi, Samuel, jak się tutaj czujesz? – zapytał po chwili, starając się ukryć wibrujące w głosie zmęczenie.

Tutaj dialog powinien być kontynuowany w tej samej linii.


Na razie przeczytałam do końca rozdział pierwszy. Chronologia jest faktycznie pomieszana, czy to dobrze, czy źle - na razie trudno powiedzieć, ale na pewno jest to ciekawe. Jeżeli jednak będziesz tak mieszał w głowie czytelnika przez cały tekst, to na dłuższą metę może to zmęczyć.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#14 » 16 maja 2016, o 17:41

Dziękuję,Camenne, za komentarz. Pozwolisz, że w części, dotyczącej chronologii, odniosę się do wszystkich Czytelników, którzy zwrócili uwagę na jej pomieszanie.
Otóż nie było moją intencją mieszanie chronologii jako takiej. Wszystko (przynajmniej w zamyśle) dzieje się pod rząd, jedno po drugim. Fakt, że "przeskakuję" w fabule pewne części dnia lub pomijam godziny, jest zabiegiem celowym. W moim zamyśle chronologia nie jest poprzestawiana, tylko niektóre rzeczy są pominięte jako nieistotne. Mam nadzieję, że dobrze odczytałem Wasze uwagi na temat kolejności biegu wydarzeń, jeśli nie, to poprawcie mnie. I oczywiście zwracam wówczas honor. :)
Wracając do Ciebie, Camenne, to chcę Ci podziękować za uwagi techniczne, które tak wytrwale wyłapujesz. :) Mam nadzieję, że w dalszych częściach (które szlifuję) będzie ich nieco mniej.
Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam!
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1512

Fatum

Post#15 » 16 maja 2016, o 20:33

Na razie zdążyłam przeczytać tylko pierwszą część i połowę drugiej, ale już mi się spodobało. Mimo, że absurd to nie moje klimaty, to jednak mnie wyciągnęło - co mówi samo za siebie.
Postać Schultza najbardziej mnie zaintrygowała.
Nieźle sobie radzisz z grą słowem, czyta się lekko i szybko.
Dodałbym trochę opisów, żeby podbudować klimat i pokazać miejsce akcji, które przecież też nie jest bez znaczenia.
Na pewno w wolnej chwili, jakoś bliżej weekendu przeczytam resztę i napiszę coś więcej w komentarzu. :)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#16 » 20 cze 2016, o 17:44

Pozwalam sobie zaproponować Wam trzeci rozdział mojej twórczości.
Życzę przyjemnej lektury!
PS Przy okazji dziękuję za wszystkie wcześniejsze komentarze, na które nie zdążyłem odpisać! :)

Rozdział 3

Coś twardego nieustannie uwierało go w plecy. Andrzejewski otworzył oczy, ostrożnie podniósł głowę i rozejrzał się. W otaczającej go ciemności nie mógł nikogo dojrzeć, choć czuł wyraźnie czyjąś obecność.
- Pan kogoś szuka? – rozległo się nagle od strony wezgłowia.
- Kto tu jest?
Odpowiedział mu cichy, nieprzyjemny śmiech.
- Nie poznaje mnie pan? – spytał ordynator i dwa zielone światełka jego oczu zabłysły w mroku. Andrzejewski patrzył w nie jak zahipnotyzowany, wiedział bowiem, że w pomieszczeniu nie ma żadnej lampy, której światło odbijać by mogły kocie źrenice Schultza.
- Poznaję… Ale…
- Chce pan wiedzieć, która godzina – bardziej stwierdził, niż zapytał profesor. – Dwudziesta piąta.
- Tak późno? – spytał Andrzejewski bez cienia zdziwienia w głosie i przeraził się swoim brakiem reakcji. Bezwiednie przyzwyczajał się do obłędu, a to co absurdalne, przestawało dziwić. „Oszalałem…” – pomyślał, wpatrując się w błyszczącą w półmroku wczesnej nocy poświatę.
Po chwili zastanowienia zorientował się, że tworzą ją świece, których wcześniej nie widział. Ich migotliwy, nie-przyjemny blask oświetlał nierównymi smugami duży, tonący w mroku pokój o niskim, romańskim sklepieniu, z którego zwisały długie girlandy kurzu i pajęczyn. W powietrzu unosił się mdlący zapach kadzidła. W każdym z czterech kątów pomieszczenia Andrzejewski zauważył po dwie skulone postacie.
- Skąd te świece?
Schultz uśmiechnął się i odparł dziwnie nabożnym, ledwie słyszalnym szeptem:
- To pogrzeb.
Do uszu zdumionego profesora dobiegły niewyraźne niczym po cichu odmawiana modlitwa szmery.
- Czyj? – spytał tym samym szeptem Andrzejewski.
- Pański. Tylko proszę się nie ruszać i leżeć spokojnie na katafalku, bo pan spadnie…
Andrzejewski obudził się ze strachu w chwili, gdy jego leżące w trumnie ciało poddawano dziwacznemu obrzędowi okadzania.
- Jak się pan czuje? – spytał cichy, łagodny głos sekretarki.
W odpowiedzi profesor wyrzucił w siebie długą serię pojękiwań i chrząknięć. Ze zdziwieniem stwierdził, że ma zakneblowane usta.
- Ach, proszę wybaczyć. Już pana odwiązuję… - powiedziała panna Hallow takim tonem, jakby zupełnie nic się nie stało.
- Co to ma znaczyć?! – wybuchnął profesor, zachłystując się lekko.
Sekretarka zaśmiała się i wyjaśniła radośnie:
- Dostał pan wczoraj małego ataku furii. Musieliśmy coś zrobić!
Andrzejewski pokręcił głową. Nie przypominał sobie niczego poza tym, że próbował wyrwać ordynatorowi laskę.
- Chcę się widzieć z ordynatorem! – zażądał.
- Jestem – odezwał się cichy, zmęczony głos.
Schultz sprawiał wrażenie zupełnie załamanego i z niewiadomych powodów trzymał w ręku zakrwawiony ka-wałek gazy, który co jakiś czas przykładał do przesiąkniętej krwią w okolicy przepony koszuli. Marynarka, porządnie złożona na pół, była przewieszona przez oparcie krzesła, na którym siedział.
- Co się panu stało? – spytał zdumiony i przerażony profesor. Spodziewał się najgorszego: to on okaże się winowajcą.
- Nic. – Uśmiechnął się smutno Schultz.
- Że co? – rozdziawił się Andrzejewski, nie mogąc zrozumieć, od kiedy człowiekowi, obficie krwawiące-mu z okolicy opłucnej nic się nie dzieje.
Ordynator westchnął i znów przyłożył gazę do rany.
- Doprawdy, to nie pańska wina.
„Chociaż to dobre!” – pomyślał z ulgą Andrzejewski.
- Jestem skłonny panu wiele jeszcze wybaczyć… – podjął ordynator, ostrożnie pochylając się w stronę Andrzejewskiego. Krew powoli przesączała się przez nową gazę, tworząc dziwaczny, kwiatopodobny wzór. – Ale nie mam zamiaru pochwalać pańskich poczynań. Pewnego dnia mogę się po prostu zdenerwować i zniknie pan bez śladu. Uprzedzam – warknął na koniec i odpadł na oparcie krzesła.
Sekretarka zbliżyła się do niego, wzięła zakrwawioną gazę, podniosła ją i… dmuchnęła. Andrzejewski widział wyraźnie, jak płatki zakrzepłej krwi odlatują od materiału i rozpływają się w powietrzu, roztaczając dziwaczny, grobowy zapach. Profesor patrzył na to zdumiony i czuł, że za chwilę znów straci przytomność.
„Kukułka czy słowik? Słowik czy kukułka? Kukułka czy….”
- Mówi pan, że to nie moja wina… - wyszeptał, starając się z całych sił zapanować nad stale wymykają-cym się spod kontroli umysłem. – Skąd więc…?
Ordynator zaśmiał się cicho, a plama krwi pod lewym żebrem powiększyła się nieco.
- Skąd? To dłuższa historia…. Swoją drogą, dziwi mnie to, iż pan, profesor psychiatrii, zdumiewa się w obliczu takiego zjawiska.... A, jeśli rozmawiamy o psychiatrii, to dawno już chciałem pana zapytać: w którym roku skończył pan studia?
- W 1974 – odparł Andrzejewski, nie mogąc nadążyć za zawrotnym tempem, w jakim Schultz zmieniał tematy rozmów.
- Ach, jaki pan młody! – niemalże z żalem zakrzyknął ordynator i uśmiechnął się. W jego nieruchomych oczach pełgało jakieś z trudem powstrzymywane pytanie. – Proszę mi jeszcze powiedzieć, po co pan tu przyje-chał?
„Masz ci los! – pomyślał z rozdrażnieniem Andrzejewski, a pulchne dłonie mocniej wpiły się w poręcze zielonkawego fotela. – Ile razy będzie jeszcze mnie o to pytał?!”
- Po co pan tu przyjechał? – powtórzył Schultz nieco ostrzejszym tonem. Nie lubił widocznie, gdy nie odpowiadano mu od razu.
- Ja… Po to, żeby się czegoś dowiedzieć… - odparł Andrzejewski, zręcznie unikając kłopotliwego wyrazu „szkolenia”.
- I co pan w tym celu robi?
- Czy to egzamin? – burknął rozdrażniony profesor.
Ordynator zaśmiał się i wstał.
- Nie, mój panie… To pytanie dla pana, nie dla mnie. Niech pan sam sobie odpowie… A teraz proszę mnie nie zrozumieć źle, ale mam parę spraw do załatwienia i nie zamierzam zostawiać pana samego w pustym gabinecie. – Podszedł do drzwi i otworzył je delikatnym, kocim ruchem wprawionego lokaja.
Andrzejewski podniósł się bez słowa i wyszedł, czując w sercu niedosyt z powodu niewyjaśnionej wątpliwości. Przypomniały mu się dawne, studenckie czasy, kiedy wypraszano go w podobny sposób z gabinetu rektora katedry. Wtedy był młody, chciał się czegoś nauczyć, dopytać, wyjaśnić. Zazwyczaj zbywano go milczeniem albo dziwnymi, niemającymi nic wspólnego z tematem dyskusji pytaniami. Czuł wzrastające upokorzenie i już odwrócił się, by dać upust swemu nieukontentowaniu, gdy zorientował się, że nikogo za nim nie ma. Potrząsnął głową. Pamiętał doskonale, że ordynator nie ruszył się z miejsca, a mimo to nie było go… Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Profesora ogarnął strach.
Nie zdając sobie z tego sprawy, rzucił się do wyjścia i stanął dopiero przy solidnej, wymyślnie rzeźbionej bramie. Drogę zajechała mu okratowana, dziwnie znajoma furgonetka z napisem: Stanmore Hospital. Z szoferki wyskoczył kierowca, podszedł do profesora, ujął go czule za obie dłonie i szepnął:
- Proszę wybaczyć, nie było taksówki. Wszystkie zajęte, więc…
Dalej była już tylko ciemność…

***
- Czy chciałby się pan spotkać z małżonką? – jak gdyby nigdy nic zapytał Schultz i sprężystym, tanecznym krokiem wbiegł na schody, w których połowie zatrzymał się Andrzejewski.
Zdumiony postawionym pytaniem profesor wykonał gwałtowny półobrót, zaczepił obcasem o marmurowy stopień i mało brakowało, a wyrżnąłby z całej siły w mahoniową, masywną barierkę. Szedł właśnie na górę z zamiarem podziękowania ordynatorowi za gościnę oraz oświadczenia mu, że, nie mogąc znieść tak wielkiego naporu wiadomości, wyjeżdża popołudniowym pociągiem do Francji.
- Przecież… - zaczął niepewnie z zamiarem wyjaśnienia, że od przeszło czternastu lat jest wdowcem.
Schultz uśmiechnął się zagadkowo i machnął drobną, odzianą w skórzaną, czarną rękawiczkę dłonią na znak, że wszystko mu jest wiadome.
- Ależ, mój panie! Ja wiem, wiem, że ona figuruje w rejestrze osób nieżyjących. Po prostu pomyślałem sobie, czy nie zechciałby pan się z nią przed swym odjazdem stąd zobaczyć.
- Jak to „zobaczyć”? Zajmuje się pan wywoływaniem duchów?
Ordynator zmrużył figlarnie swe duże, niewidzące oczy, zaśmiał się z niezrozumiałych dla Andrzejewskiego przyczyn i odparł, stukając laską o stopień:
- O, czyż duch nie może wywołać ducha?
Profesor myślał przez chwilę nad postawionym pytaniem, aż w końcu zapytał:
- A… a skąd pan wie, że wyjeżdżam?
- Nie żyję przecież, no nie?
„Co to ma do rzeczy?” – pomyślał Andrzejewski, ale postanowił poczekać z pytaniem.
- Związek między tym, że nie żyję, a tym, skąd wiem o pańskich planach jest bardzo prosty – podjął po chwili ordynator, powolnym, dostojnym ruchem zdejmując rękawiczkę w prawej dłoni. – Jako osoba nieżyjąca mam dostęp do myśli ludzi mnie otaczających, poza tym – zaśmiał się niewinnie – sam mi pan zapowiadał swój wyjazd…
- Kiedy? – spytał zdziwiony do głębi profesor.
Schultz milczał chwilę, aż w końcu, jakby od niechcenia opierając się plecami o barierkę, wyjaśnił:
- Ma pan zupełne prawo nie pamiętać… Wspomniał pan o tym w czasie sławetnego incydentu z wysokoprocentową herbatą. Był pan wówczas nieźle pijany. – Skrzywił się z wyraźną dezaprobatą, przełożył laskę pod pachę i zdjął drugą rękawiczkę.
Dalszą drogę na górę pokonali w milczeniu, jeśli nie liczyć nieustającego potoku powitań ze strony niższego personelu. Andrzejewski co jakiś czas rzucał zdumione spojrzenia w stronę ordynatora. „Ma on w sobie coś z przedwojennego hrabiego” – myślał, patrząc na doskonale skrojony, czarny płaszcz, który pamiętał jeszcze z tajemniczej rozmowy w pociągu. – „Tylko dlaczego zawsze chodzi w tym samym ubraniu?”
- Dlatego, iż pochowano mnie w tym właśnie płaszczu, garniturze i lakierkach – odparł spokojnie Schultz, przystając, by przepuścić w drzwiach jakąś zapłakaną, otyłą niewiastę w pachnącym naftaliną futrze. Profesor instynktownie obejrzał się za kobietą. Spojrzała na niego i wyszczerzyła duże, żółte zęby w monstrualnym uśmiechu kobiety samotnej.
- W płaszczu? Kto chowa w płaszczu? – zapytał na głos, wiedząc, że nie uda mu się niczego ukryć.
- Aj, czepia się pan drobnostek! – Machnął ręką ordynator i natychmiast uśmiechnął się ujmująco do nieznanego Andrzejewskiemu mężczyzny, który witał się z nimi wylewnie już z drugiego końca lśniącego szpitalną bielą korytarza. Profesor przyglądał mu się przez chwilę, zastanawiając się nad tym, jak można do szpitala nałożyć ociekające wieloletnim brudem kalosze. Po chwili doszedł do wniosku, że widocznie tu, w Anglii jest to przyjęte.
Weszli na piętro, gdzie od razu powitała ich uśmiechnięta sekretarka. Mimochodem podała rękę Andrzejewskiemu, po czym nachyliła się w stronę Schultza i szepnęła mu kilka słów do ucha.
- Dobrze, proszę go do mnie natychmiast przysłać - mruknął ordynator i delikatnie stuknął laską o podłogę. – Panie Andrzejewski – zwrócił się wesoło do profesora – zapraszam pana do obejrzenia największej osobliwości naszego szpitala w osobie mojego zastępcy.
Andrzejewski milczał, nie wiedząc, co odpowiedzieć na tak osobliwe zaproszenie.
Zastępca okazał się być, wbrew zapowiedziom, zupełnie zwyczajnym, może trochę zbyt roztrzepanym wysokim blondynem około trzydziestki. No, może byłby zupełnie zwyczajny, gdyby nie nieziemska wręcz uległość względem Schultza.
- Pozwoli szanowny pan ordynator, że pomogę mu zdjąć płaszcz! – zaszczebiotał od progu, widząc, że zwierzchnik jeszcze nie zdążył zdjąć palta.
Schultz bez słowa zdjął płaszcz, powiesił go wraz z kapeluszem na wieszaku, wyjął z kieszeni włożone tam uprzednio rękawiczki, bez najmniejszego uprzedzenia uderzył nimi zastępcę w twarz i znów odłożył na po-przednie miejsce. Uderzony zatoczył się lekko i trzymając się za policzek wyszeptał:
- Za cóż to, proszę szanownego pana ordynatora?
- Za to, że żyjesz, draniu. A teraz… – Schultz podszedł bliżej do stojącego pod ścianą skulonego mężczyzny. – Mów, jakże to dziś było w czasie twojego, łachudro, dyżuru.
Przyparty do muru zastępca jęczał chwilę, nie mogąc wykrztusić żadnego sensownego zdania. W jego oczach pałał zwierzęcy, paniczny strach. Mowę odzyskał dopiero w chwili, gdy ordynator cofnął się i usiadł w fotelu.
- Proszę szanownego pana ordynatora… To było tak… Siedzę sobie, tak jak szanowny pan ordynator przykazał, w swoim gabineciku… O, pardon, gabinecie – poprawił się, widząc w oczach zwierzchnika wściekły, nic dobrego niewróżący błysk. – No, więc siedzę sobie... Północ się zbliża, a tu jak nie załomoczą w drzwi! Otwieram…
- Zatrzymaj się, łaskawco! – przerwał mu Schultz i znacząco uniósł prawą dłoń. – Zechciejże, mój chłopcze, wyjaśnić, dlaczego musiano łomotać w drzwi? Czyż nie wystarczyło zapukać?
Zastępca spuścił wzrok i przytaknął nieśmiało, na co ordynator spytał go, czy powodem owej nagłej głuchoty nie było zmęczenie. Uśmiechał się przy tym tak jadowicie, że zakłopotany profesor chciał w pierwszej chwili wstać i wyjść, by nie słuchać więcej tej zupełnie niedotyczącej go rozmowy. Powstrzymał się jednak, pojmując, że wychodząc z gabinetu powinien się jakoś wytłumaczyć, a stosownej wymówki nie miał. Usiadł więc z powrotem i zaczął znów bezmyślnie przyglądać się rozgrywającej się przed nim osobliwej scenie. Schultz wciąż uśmiechał się w ten sam sposób, a młodzieniec rumienił się coraz bardziej, aż w końcu, niczego nie podejrzewając, zaczął uskarżać się na swój ciężki los człowieka, który pracę godzić musi z należnymi młodości przyjemnościami. Andrzejewski z trudem powstrzymał się od tego, by gestem nie uprzedzić go o przygotowanej przez Schultza zasadzce.
- Ach, przestań, łaskawco, bo ciężko cię słuchać! – przerwał mu w połowie ordynator z miną tak żałosną, że Andrzejewskiemu aż się serce ścisnęło. – A gdybym zwolnił cię z przykrego obowiązku przychodzenia do pracy, to czy byłoby ci, mój chłopcze, lżej?
Zastępca spojrzał z ukosa w nieodgadnioną zieleń oczu swego zwierzchnika i otrzeźwiał natychmiast. Wyciągnął nieśmiało długą, gęsią szyję, zmrużył podejrzliwie powieki jak ktoś, wietrzący podstęp i spytał:
- Co szanowny pan ordynator sugeruje?
- Ach, nic, doprawdy nic, mój drogi. Bądź spokojny, nie zamierzam cię na razie zwalniać – zapewnił z tajemniczym uśmiechem ordynator i zaśmiał się nerwowo.
Młody człowiek również uśmiechnął się pod nosem, choć widać było, że robi to z przymusem. Andrzejewskie-mu zrobiło się go żal.
- Dobrze, mój drogi. Idź już, skoro jesteś taki zmęczony, a owo przedziwne zdarzenie z dyżuru opowiesz mi kiedy indziej – powiedział po chwili milczenia Schultz, a w jego oczach zabłysła obłudna łagodność.
- Dziękuję szanownemu panu ordynatorowi! Stokrotnie dziękuję! – zawołał uradowany zastępca, nagle oderwał się od ściany, podbiegł do ordynatora i z całym oddaniem ucałował go w rękę.
Schultz nie wyglądał wcale na zdziwionego zachowaniem swego podwładnego.
- No, nie spoufalaj się, mój drogi! – warknął i cofnął dłoń tak gwałtownie, że młody człowiek lekko uderzył się czołem o poręcz fotela.
- Och, stokrotnie przepraszam szanownego pana ordynatora! Jak mogłem tak bardzo się zapomnieć! – wymamrotał zrozpaczony młodzieniec i raz jeszcze nachylił się w stronę wyciągniętej dłoni zwierzchnika.
Schultz natychmiast cofnął rękę i zamachnął się, jakby chcąc uderzyć zastępcę w twarz. Ten zaś odskoczył w oka mgnieniu, niczym przerażony, zbity pies, ukłonił się jeszcze parę razy w milczeniu i wybiegł z gabinetu.
- No, i jak się panu podoba nasza szpitalna osobliwość? – zapytał z uśmiechem ordynator.
Andrzejewski długo milczał, nie mogąc nazwać kłębiących się w nim uczuć. Nie wiedział, jak wyrazić bezgraniczne zdumienie z powodu niezwykłej uległości zastępcy, który, zapominając o elementarnym honorze pracownika, daje się bić rękawiczkami po twarzy bez słowa skargi, nie unosi się gniewem wobec jawnych obelg ze strony zwierzchnika, mało tego: całuje go w rękę niczym średniowieczny poddany, a w końcu wybiega w popłochu.
- No, cóż… - wyszeptał w końcu.
Schultz uśmiechnął się zjadliwie i spytał:
- Czyż panna Hallow nie mówiła panu, że swych podwładnych traktuję jak poddanych i że jestem despotą? „Nie muszą mnie kochać, byleby słuchali.” Nie wstydzę się tego i nie mam zamiaru zmieniać swego nastawienia… Co zaś się tyczy tych całych urzędów ochrony pracownika, to ani ja, ani oni im już nie podlegamy.
Profesor wytrzeszczył oczy, nie mogąc niczego zrozumieć.
- To proste! – podjął po chwili ordynator. – Urzędy te służą żywym pracownikom i żywym zwierzchni-kom, a ani oni, ani ja nie żyjemy! Tylko błagam, nikomu ani słowa o tym. To tajemnica…
- Jak to?
- Och, jaki pan niepojętny! – Skrzywił się Schultz. – My wszyscy, oprócz pana, jesteśmy sa-mo-bój-ca-mi. Cóż w tym niejasnego, mój panie?
Andrzejewskiego zatkało. W uszach zaczęło mu szumieć, a płuca zmniejszyły się nagle o połowę.
- Nie rozumiem – wyjęczał słabym głosem, z trudem łapiąc powietrze, choć okno było od dawna otwarte na oścież.
- Och, mój panie! Nic w tym trudnego, trzeba tylko odrzucić logikę. Logika to przeżytek, stary, niepotrzebny nikomu wynalazek matematyków, którzy już dawno pomarli i wyrywają sobie włosy z głów z rozpaczy, że kiedyś wydali na świat coś tak paskudnego! Pan, jako psychiatra, powinien już na pierwszym roku nauczyć się odkładać logikę na półkę. Niech mi pan powie, jakim cudem może pan rozmawiać z obłąkanymi, myśląc w sposób logiczny i uporządkowany? To przecież niemożliwe! Jest już pan w takim wieku, że pora się tego na-uczyć, kolego! Jak można było aż tak zaniedbać psychiatrię, Polacy? Och, doprawdy, nie mogę w to uwierzyć! Upaść tak nisko… - Schultz aż zatrząsł się z gniewu i zdumienia. – Mój panie, proszę natychmiast sobie zapamiętać, że logika w psychiatrii jest zbędna! Zupełnie zbędna!
„Kukułka w gnieździe słowika, czy słowik w gnieździe kukułki?” – zastanawiał się, nie słuchając wywodu ordynatora, profesor. Z każdą minutą robiło mu się coraz słabiej, a świat zaczynał powoli wirować w jakimś niejasnym, obłąkańczym tańcu przy akompaniamencie czterech, nieśmiało pobrzękujących melodię o „Małgorzatce” gitar…
Otrzeźwił go jakiś ostry, duszący zapach. Otworzył oczy i ujrzał pochyloną nad sobą sekretarkę. Uśmiechała się słodko, a w ręku trzymała niewielki flakonik z nieprzyjemnie woniejącym płynem.
- No, cóż to pan tak mdleje, panie Andrzejewski? – spytała przymilnie, widząc, że się ocknął.
- Ja… Ja… Nie wiem… - wymruczał, nie mogąc do końca zrozumieć, co się z nim dzieje.
- Cóż z panem? Czyliż odkrycie o zbędności logiki okazało się dla pana tak zabójcze? – zapytał z odcieniem troski w głosie Schultz i ostrożnie położył mu trupio zimną dłoń na czole. – Coś mi się zdaje, że ma pan gorączkę… Powinien się pan położyć i wypocząć trochę. Panno Hallow, proszę zawołać pielęgniarzy, niech go przeniosą do łóżka i dadzą mu coś na uspokojenie… Najlepiej wódkę, tylko tą mocniejszą i nie za dużo, bo szybko się upija. Zaraz się pan lepiej poczuje, tylko proszę wypić to, co panu podadzą, dobrze? I jeszcze jedno: zapomnieć o logice, bo to zabójcze!
Andrzejewski kiwał bez słowa głową, nie całkiem rozumiejąc to, co do niego mówiono. Z dalszej części dnia pamiętał tylko obrzydliwy smak wódki i ciężki, na poły narkotyczny sen.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Fatum

Post#17 » 21 cze 2016, o 18:40

Dobrze to podsumowane, zapomnieć o logice.
Szczerze? Ten tekst niezbyt mi się spodobał, zbyt szybki, za mało opisów, za dużo dialogów (gdzie zwykle uwielbiam dialogi, ale tu jest ich nadmiar). Co do samego prowadzenia akcji, pogubiłem się w chronologii, po pewnych fragmentach przypuszczam, że pan Schultz posiada umiejętność bilokacji, lub to wszystko dzieje się w głowie głównego bohatera.
Jak dla mnie następuje tu odwrócenie ról pacjent-terapeuta. Męczyło mnie czytanie o niektórych eksperymentach psychologicznych, nie zrozumiałem o co chodziło z tym pogrzebem itd.
Ciężko mi się czytało ten tekst.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#18 » 21 cze 2016, o 21:01

Dzieki, Dural, za szczerą, męską opinię.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Fatum

Post#19 » 21 cze 2016, o 21:07

Nie ma za co :D Jednym wielkim plusem był humor, trochę dziwny, ale mi pasujący ;)
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#20 » 21 cze 2016, o 21:24

Ciesze sie, ze coś jednak Ci pasowało. ;-)
masz racje co do fabuly, jest pokrecona i do tego zmierzałem. Nie każdemu to pasuje, wiem.
Dzięki za poświęcenie uwagi!
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość