Ze zwichniętym skrzydłem / cz.III/

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 145

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.III/

Post#1 » 25 maja 2018, o 13:10

Niezmiennie zachwycający Plac Ufizzi we Florencji. Nie mam czystej kartki, by go narysować. Bramy zabytkowych domów w kolorze przybrudzonej terrakoty skutecznie chronią mnie przed podmuchami wiatru. Pierwsze, co dochodzi do moich uszu, to radosne krzyki dwóch mężczyzn, tańczących wokół stolika kawiarenki pod gołym niebem. Śpiewają o mijających ich ludziach. Wokół gromadzi się rozradowany, barwny tłum gapiów. Dźwięki nabierają rytmu, harmonii, unoszą się ponad dachy, ciepły wiatr wpycha je w chmury. Przechodnie klaszczą w dłonie. Nastrój robi się z minuty na minutę coraz lepszy. Przyjemność sprawia słuchanie z bliska wyraźnych, melodyjnych głosów. Podchodzę coraz bliżej i nie mam najmniejszych wątpliwości, jednym z nich jest Mark. Mój Mark. Uśmiecha się, oczekując aplauzu. Z tą swoją rudą głową zgubiłby się w koszu pomarańczy. Rozlegają się głośne oklaski! Mark widząc mnie, podchodzi, z lekka kołysząc się na nogach, otacza ramieniem i krzyczy:

— Przyjechała! Zobaczcie, jaki dar mnie staremu zesłały niebiosa. Oto moja maleńka cudna bogini!

Przygląda mi się z nieukrywanym zachwytem, lustruje od stóp do głowy.

— Czerwona sukienka to dobra decyzja. Śliczna!

Wybucham śmiechem, wymieniamy radosne spojrzenia. Cieszę się jego widokiem, tęskniłam, nie ma jak kojąca obecność Marka. Mijamy turystów robiących sobie zdjęcia przy okazałym posągu, siadamy przy metalowym stoliku kawiarenki. Wiatr cudownie owiewa twarz, pieści zmęczone podróżą ciało. Mark zamawia butelkę szampana, jest podniecony naszym spotkaniem, wreszcie tłumaczy:

— Zwykle nie tańczę na ulicy! Takie rzeczy się zdarzają.

Brnę dalej. Przyciskam jego dłoń do siebie, chcąc go trochę uciszyć. Mark jest wyjątkowy. Niezłomna pewność siebie, a w środku tylko dobro. Nic dziwnego, że paryska bohema go uwielbiała, niepoprawny marzyciel, dusza towarzystwa, szalony artysta z rozwianą czarną peleryną i długim włosem. Z urody może mniej atrakcyjny, ale nie wygląd czyni człowieka. Odkąd pamiętam obnosił się ze swoją brzydotą jak z nieziemską urodą. Jakie to dziwne - skąd tyle optymizmu w jednym człowieku? Kiedyś Paryż był dla niego magnesem. To miasto, to świetlny pocałunek na czole, jak list żelazny do sztuki bram - mówił. Koczował w Paryżu ile się dało, tworzył, komponował, podróżował po całym świecie ze swoimi szlagierami, aż w końcu osiadł tu, w mieście Giotta. Jest samotny, z nikim się nie związał. Prowadzi wygodne życie na prowincji Florencji, hoduje pszczoły tam gdzie trawy nie zostały wykoszone. Komponuje z rzadka krótkie i tylko skoczne kawałki.
Śmiejemy się, popijając różowego szampana z wysokich kieliszków. Chłodny tort czekoladowy z tłuczonymi włoskimi orzechami jest pyszny. W milczeniu, z apetytem zjadam całą porcję. Mark bez pytania daje mi dokładkę. Podpieram brodę dłonią, opowiadam o sobie, o najświeższych planach i marzeniach, o biednym Mario. Pytam, co zrobić z kotem, na którego mam alergię.

— Dlaczego mi o tym wszystkim mówisz? — pyta po chwili skupienia. — Mało kto wybrałby mnie za powiernika swoich tajemnic, wiesz?

— Nie wiem — odpowiadam. — Nie jestem pewna czy mam w tobie przyjaciela czy wroga, ale wydaje mi, że mogłabym ci powierzyć wszystkie swoje sekrety, a ty byś je szybko zdradził – żartuję.

Mark robi się czujny, nie spuszcza ze mnie wzroku.

— Zdradzaj mi wszystko, mała diablico, zawsze

— Marne szanse — droczę się.

Otwiera szeroko oczy, zagryza wargi, żeby się nie uśmiechnąć. No tak, traktuje mnie ciągle jak małą dziewczynkę, a przecież minęło tyle miesięcy, od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Czasem wydaje mi się, że to było wczoraj. Mark jest mi bliski, bardzo ważny. Odkąd pamiętam adorował mamę i robił za moją niańkę. Ojciec widząc to, dostawał szału, był zazdrosny, nie potrafił tego ukryć. Uwielbia kobiety, ale do ślubu zaliczył tylko jedną. Drwił z niego. Zgoda, lubię kobiety władające żelazną ręką, z tego względu twoja żona jest bardziej interesująca niż ty.[/i. Mark odgryzał się tak jak umiał. Z czasem ojciec przyzwyczaił się do zalotów przyjaciela. Mark nadal jest miłośnikiem malarstwa mojego ojca. Jego zdaniem genialny fałszerz dbał o absolutną wolność. Brak pokory, to jedyny sposób, by w jakiejkolwiek dziedzinie pozostać prawdziwym artystą – mawiał.
Był taki czas, że mieszkanie Marka stało się moim domem. W pewną sobotę ojciec bez wyjaśnienia wyjechał do Włoch i przepadł na wiele miesięcy. Mark dał mi schronienie tuż po śmierci mamy. Miałam ochotę powiedzieć nie, ale nie miałam lepszej oferty. No i zawarliśmy umowę. Odsunęłam od ściany kanapę, ułożyłam za nią kołdrę i poduszkę, dokładnie tyle miejsca potrzebowałam i szybko zasnęłam w nowej kryjówce. Pierwsza bezksiężycowa noc u Marka — często ją wspominam. Potem było długie lato w czternastym roku życia, którego nie umiem zapomnieć. Mogłam się karmić swoim nieszczęściem i żyć w luksusowym ubóstwie. Na śniadanie, obiad i kolację jadłam jajka w porcelanowych kieliszkach podawane z głębokim ukłonem należnym księżniczce. Z powodu niedostatku stałam się smukłą jak nimfa dziewczyną o zbuntowanym sercu i obgryzionych paznokciach. Oszczędności Marka rozeszły się w ciągu trzech miesięcy na imprezy, czynsz i jedzenie. Pozostała tylko czułość, ciepło i magia w jego oczach. Od tego tu jestem. To wszystko, czego ci potrzeba. Powtarzał z mądrą miną, kładąc suchą dłoń na mojej twarzy i uśmiechał się łagodnie. Wydawało się przejrzał mnie na wylot.

— Wiesz Mark, próbuję być dorosła. Pragnę życiowego okrzepnięcia, bycia panią swego losu. Odpowiedzialności za siebie i innych, po prostu człowieczej emancypacji. Miotam się jeszcze w przeróżnych sytuacjach, zadaję sobie pytanie: gdzie jest ta szeroko rozumiana dorosłość? Co decyduje, że ktoś jest dorosły? Jestem sama, niezależna, wszystko, co robię idzie na mój rachunek, ale… Tak trudno o tym mówić, dążę do samodzielności duchowo - umysłowej, żeby w jej ramach móc się opiekować innymi. Czy to jest dorosłość?

— Dziecino, nie mam zielonego pojęcia. Niektórzy nigdy nie dorastają, najlepszy na to dowód siedzi przed tobą. W życiu najważniejsza jest miłość, gdy kochasz to niebo samo trzepocze skrzydłami i nie trzeba wkładać żadnego wysiłku, by wznieść się w górę i latać. Oczywiście, trzeba mieć tylko rozpostarte skrzydła — odpowiada cichutkim, porozumiewawczym tonem.

Wybucham śmiechem. Mark ciągnie dalej, gdy go słucham wszystko wydaje się tak oczywiste i proste.

– Pocę się nawet wtedy, kiedy jest zimno, a mięśnie tną powietrze. Kilka rozpędzonych podmuchów osusza mi czoło. Nie wiem, czy wiesz, podniebne duchy lubią się bawić solą ludzkiego ciała, zlizują ją, delektują się świeżym sokiem wyciśniętym z rozpędzonego życia. A kiedy pojawia się krew, nie chcą na nią patrzeć, pospiesznie ją tamują, uciskając ranę. Raz, dwa zasuszają wszystkie draśnięcia. No i teraz masz odpowiedź, dlaczego Mario chce być ptakiem. Zapytaj mnie o coś jeszcze, a ja ci odpowiem.

— Mark, przy tobie czuję ciepło, gdy pada deszcz nawet nie myślę, żeby zabrać parasol.

Mark bez pytania dolewa mi do kieliszka, pospiesznie uciekają spłoszone bąbelki szampana, a ja jestem szczęśliwa. Nie mam ochoty wyruszać dalej, do Paryża, Włochy są tak piękne.

— Rozmowa z tobą, Mark, oczyściła mi serce i umyła ręce wapnem.

Podnoszę głowę, uderzając nerwowo zębami o brzeg kieliszka. Mark zachowuje obojętny wyraz twarzy, ale w oczach widzę niepokój.

— Wiem, że możesz wejść na Górę Pana i nikt cię nie zatrzyma, jeśli tak postanowisz. Jednak przyznaj się czemu wozisz z sobą w tę i z powrotem Dziewczynę z perłą, przecież nie jesteś Leonardem da Vinci. On nie mógł rozstać się ze swoją ukochaną, namalowaną na drewnie topoli Giocondą. Ty nawet nie masz brody, a co do talentu to przyszłość pokaże.

— Mam w Paryżu kupca, muszę...

Nie podaję szczegółów, wstydzę się, nie chcę kompromitacji. Grunt ucieka spod nóg, spuszczam wzrok, czuję, że się rumienię. Mark o nic nie pyta, nie komentuje, co za ulga. Na pewno podejrzewa, że mam problemy osobiste, zachodzi w głowę co się stało. Przecież tak dobrze mnie zna. Niepotrzebnie się martwi, ostatnio miałam jedynie wydatki, często brakowało mi pieniędzy na farby i świadczenia. Zalegam z opłatami za wodę i energię.

— Genialny fałszerz, twój boski ojciec słysząc te słowa, przewraca się w grobie i jęczy. Zapłacę ci za ten bohomaz. Przechowam go, u mnie będzie bezpieczny, poczekam, aż będziesz bogata i sławna. Dobra umowa? Stoi? A teraz koniec picia, odwożę cię na lotnisko, Paryż czeka. Nie wolno ci na to pozwolić, bo cię zdradzi tak jak mnie. Brakowało mu cierpliwości, chyba uwziął się na mnie, no cóż byłem marnym poetą, umiałem tylko kochać i to bez wzajemności...

Nie kończy zdania i w najmniej oczekiwanym momencie wręcza mi album oprawiony w tanią skórę. Uśmiecha się przepraszająco i milczy jak grób. Wybałuszam oczy. O co chodzi? Nie rozumiem? Mark jest zakłopotany, klepie mnie w ramię gestem czułości. O nic nie pytam, ale jego zachowanie wydaje mi się, co najmniej dziwne.

****

Zaglądam do albumu, siedząc w samolocie. To, co widzę przyprawia mnie o zawrót głowy. Znajoma, piękna twarz, kasztanowe włosy, cudowny uśmiech. Na każdym zdjęciu jakby młodniała.To moja matka! Wzruszające. Ostatnie fotografie przedstawiają pomarszczone niemowlę śpiące pod szpitalnym kocykiem.To ja! Myśli jak troczki becika łapię w ostatniej chwili, wyślizgują się.
Przed oczami staje mi kartka papieru białego jak policzek dziecka, z tylko jednym napisanym drżącą ręką, krótkim zdaniem: Teraz rozumiesz?
Upuszczam album.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 996

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.III/

Post#2 » 27 maja 2018, o 13:18

Pięknie napisane.
Z tą swoją rudą głową nie zgubiłby się w koszu pomarańczy.

Nie bardzo rozumiem. Prędzej – gdyby miał tam się zgubić.

Z czasem ojciec przyzwyczaił się do zalotów przyjaciela i nawet zaprzyjaźnili się.

Skoro był już przyjacielem, to nie mogli się zaprzyjaźnić.

Brak pokory, to jedyny sposób, by w jakiejkolwiek dziedzinie pozostać prawdziwym artystą – mawiał.

Osobiście nie zgadzam się z tym poglądem – to oczywiście tylko uwaga o charakterze polemicznym.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 145

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.III/

Post#3 » 28 maja 2018, o 09:20

Gorgiaszu, przepraszam, że tak późno reaguję na komentarz, ale aktualizacja Windowsa wykończyła sterownik zawiadujący klawiaturą laptopa.
Wielkie dzięki za uznanie dla moich twórczych wysiłków i uważne czytanie. Wzięłam do serca celną uwagę. Miotełka poszła w ruch.

Serdeczności. :-D

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości