Ruski pies bojowy

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 526

Ruski pies bojowy

Post#1 » 17 kwie 2018, o 00:28

W czasach, gdy duch Lenina jeszcze swobodnie unosił się nad Placem Czerwonym, a w Ustrzykach Górnych było stare drewniane schronisko, bar Pulpit i niewiele więcej, postanowiliśmy z kolegą pochodzić po zimowych Bieszczadach.
Był luty, śniegu nawaliło po pachy, nocami trzymał trzaskający mróz, a we dnie świeciło pustynne słońce. W tak głębokim puchu nie dało się chodzić w samych butach. Rakiety śnieżne znaliśmy tylko z opowiadań Londona, a o nartach skiturowych nawet nie słyszeliśmy. Zjazdówki do takich wędrówek nie nadają się, więc zdani byliśmy na narty biegowe.
Zakwaterowaliśmy się we wspominanym schronisku, którego gospodarz lojalnie uprzedził nas, że ogrzewanie będzie tylko w nocy, a ciepłej wody nie będzie wcale. Nam to nie przeszkadzało, bo planowaliśmy całe dnie spędzać w górach, a tych kilka dni bez kąpieli mogliśmy wytrzymać.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy jeszcze po ciemku, bo w planie była Tarnica. Na stromych górskich zboczach i w lesie znane nam techniki jazdy na nartach okazały się nieprzydatne. Brnęliśmy więc pod górę małymi kroczkami, ustawiając narty w poprzek stoku, a przy zjazdach wkładaliśmy kijki miedzy nogi i siadaliśmy na nie. Upadaliśmy przy tym co chwilę na tyłek, na bok lub na twarz, czyli robiliśmy „jaskółki”.
Po kilku godzinach dotarliśmy na szczyt Szerokiego Wierchu, który powitał nas widokiem, jakiego nie zapomina się do końca życia. Tarnica lśniła jak szklana piramida, a dookoła rozciągały się bieluteńkie i ciche fale Bieszczadów. Nie dmuchnął nawet maleńki wiaterek, nie zaskrzeczał żaden kruk.
Wydawało się, że na wschodzie wzrok nasz sięgał aż do Kaukazu, na południu do Olimpu, a na zachodzie do Alp. W tej bezkresnej białej ciszy jakiekolwiek słowo byłoby nie na miejscu. Staliśmy wiec cichutko i paśliśmy oczy.
Dopiero po chwili ruszyliśmy w stronę Tarnicy i wtedy kolega przyciszonym głosem powiedział:
– A wiesz, że przy takim śniegu mogą stąd schodzić lawiny?
Zrobiło nam się nieswojo i jakoś dziwnie przyśpieszyliśmy, żeby jak najszybciej zejść na przełęcz pod Tarnicą. Udało się. Lawina tamtego dnia nie zeszła.
Na Tarnicę weszliśmy bez problemów, a potem, zaliczywszy kilka upadków, zjechaliśmy pod Krzemień. Tu okazało się, że jego zbocze to istna szklana góra. We dnie słońce podtapiało śnieg, a nocne mrozy ścinały go na nowo. W ten sposób powstała lodowa skorupa, na której trudno było ustać.
– Chyba musimy wracać, bo po tym szkle nie da się iść – powiedział kolega.
Wypowiedział to w złym momencie. Jakby na potwierdzenie jego słów, narty uciekły spode mnie, upadłem na plecy i zacząłem zsuwać się po zboczu. Narty widziałem raz przed, a raz za sobą, bo zacząłem się obracać. Las zbliżał się coraz szybciej i już wiedziałem, że jak do niego wpadnę, to będzie po mnie.
Na szczęście na skraj lasu słońce nie docierało i śnieg był tam kopny. Zaryłem weń głęboko i to mnie uratowało. Żyłem i nie byłem połamany. Leżałem na plecach prawie zasypany, a znajome mi narty przesłaniały pół nieba. Jakimś cudem nie zgubiłem ani plecaka, ani kijków. Czułem się bezradny jak żółw odwrócony na plecy, bo nijak nie mogłem wstać. W końcu udało mi się wyswobodzić z plecaka, poodpinać narty i wygramolić ze śniegu.
Kolega stał pod skałami Krzemienia i, ujrzawszy mnie, zawołał:
– Żyjesz?!
– Chyba tak! – odpowiedziałem. – Zjeżdżaj! – dodałem.
- Zwariowałeś?! – usłyszałem w odpowiedzi. – Schodzę!
Zdjął narty i powolutku, łamiąc piętami i kijkami śnieżną skorupę, zaczął schodzić.
Ja tymczasem przypiąłem narty, otrzepałem się ze śniegu i czekałem cierpliwie. Odcinek, który ja tak pięknie przejechałem w kilkanaście sekund, zajął koledze dobre pół godziny.
Mój przyśpieszony zjazd wymusił na nas dalsze zejście przez las do drogi, prowadzącej z Przełęczy Bukowskiej do Wołosatego. Była to trudna przeprawa, bo co chwilę musieliśmy przełazić przez zwalone drzewa, lub wpadaliśmy w przysypane śniegiem doły.
Przy którejś kolejnej przeszkodzie kolega powiedział:
– Podobno niedźwiedzica poszarpała tu niedawno jakiegoś faceta.
– A chcesz w łeb? – odpowiedziałem. – Już wykrakałeś mój poślizg, to teraz jeszcze wykraczesz niedźwiedzia.
Znowu zrobiło nam się nieswojo i jakoś dziwnie przyśpieszyliśmy, żeby jak najszybciej wyjść z lasu.
Udało się i, bez niedźwiedziej asysty, wyszliśmy na drogę. Teraz zostało nam do przejścia jeszcze tylko kilka kilometrów. Koledze szło się dobrze, ale ja potykałem się, zaliczałem jaskółkę za jaskółką i do schroniska doszedłem resztką sił.
Następnego dnia wyruszyliśmy na Wielką Rawkę. Planowaliśmy iść szlakiem turystycznym, ale zboczyliśmy z niego i wylądowaliśmy na Wielkiej Semenowej. Była tam przecinka graniczna i marsz wzdłuż niej mógł być o wiele łatwiejszy niż przez las.
– Walimy po granicy, czy wracamy? – zapytałem.
– Walimy po granicy – zadecydował kolega.
– Ale to jest ruska granica – powiedziałem. – Jak nas tu Ruscy dorwą, to wylądujemy we Lwowie.
– Kto cię tu dorwie? Widzisz tu jakieś ślady? Żadne wojsko tu nie chodzi.
Faktycznie, śnieg na przecince był nietknięty i wyglądało na to, że przyjaciel ma rację.
Ruszyliśmy dziarsko. Kolega szedł szybciej i trochę się oddalił. Zaczął już strome podejście pod szczyt, gdy nagle zawrócił i zjechał do mnie.
– Co jest? – zawołałem.
– Ciiiicho – odpowiedział, przykładając palec do ust. – Tam są Ruscy.
Ostrożnie podeszliśmy nieco do góry i wyjrzeliśmy zza zaspy. Trzej ruscy pogranicznicy z psem szli od Kremenarosa w kierunku szczytu Wielkiej Rawki i byli już po polskiej stronie granicy.
– Spieprzamy w las na polską stronę – zakomenderował kolega.
Uskoczyliśmy miedzy buki, odczekaliśmy trochę, a potem podeszliśmy do góry i znowu wyjrzeliśmy w stronę szczytu. Ruscy i pies stali na nim. Byli od nas może o trzysta metrów i aż dziw, że pies nas nie usłyszał, ani nie poczuł. Postali jeszcze chwilę i ruszyli z powrotem w stronę Kremenarosa.
– Idziemy na szczyt? – zapytałem po ich odejściu.
– No co ty? – usłyszałem w odpowiedzi. – A jeśli oni gdzieś tam niedaleko stoją? Co z tego, że jesteśmy po polskiej stronie? Wycelują w nas giwery i każą podejść. I co, nie podejdziemy? Podejdziemy, a oni nas zaaresztują za przekroczenie granicy.
Miał rację. Z duszą na ramieniu cichutko odjechaliśmy i wróciliśmy do schroniska. Tam przyrządziliśmy góralską herbatkę i przesiedzieliśmy przy niej do późna, roztrząsając różne warianty niedoszłego spotkania z Ruskimi na polskiej górze.
– Ale to dziwne, że ten pies nas nie poczuł – powiedziałem, pociągając z kubka.
– Może miał kaca, bo to był ruski pies bojowy i pewnie wczoraj dostał przydział gorzały – odpowiedział kolega.

Tagi:

Awatar użytkownika
helka pętelka
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 153

Ruski pies bojowy

Post#2 » 17 kwie 2018, o 09:08

Marianie, zrobiłeś mi ogromną przyjemność tym tekstem. Jest dobrze napisany, fajnie się czyta.
Przeżyłam podobną przygodę. Prawdopodobnie w tym samym czasie przebywałam w Ustrzykach Górnych z grupą studentów, na obozie naukowym. Pulpit pamiętam doskonale. :-D

Pozdrawiam gorąco.

Jola

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2002

Ruski pies bojowy

Post#3 » 17 kwie 2018, o 09:55

To sie nazywa zdrowy rozsądek. Stwierdzenie, że wyłapywanie turystów po polskiej stronie było na porządku dziennym, jest przesadą, jednak takie incydenty się zdarzały. Podobno sałdatiszki za złapanie szpiona dostawały urlop... mówiło się o dwóch tygodniach urlopu, ale myślę, że w tym przypadku ogniskowi opowiadacze również przesadzali. Najprościej było odbyć wizytę u majora Skrzypka w Lutowiskach (lata osiemdziesiąte) i wytłumaczyć facetowi, aby zadzwonił do Ruskich i podał kolory plecaków (znak identyfikacyjny stosowany przez pograniczników obu stron). Rozmaicie takie wizyty przebiegały, jednak często kończyły się pełnym sukcesem. Tym półlegalnym sposobem zwiedziłem Worek w czasach, kiedy wejście było surowo zakazane.

Lektura bardzo przyjemna, jak zwykle.

...ale na Semenowej nigdy mnie nie było. Pamiętam za to drogę z Rawek na Kremenaros. Dzisiaj jest tam wygodna, oznaczona ścieżka. Trzydzieści lat temu trzeba się było przedzierać przez kosówkę.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 526

Ruski pies bojowy

Post#4 » 17 kwie 2018, o 10:55

helka pętelka pisze:Marianie, zrobiłeś mi ogromną przyjemność tym tekstem. Jest dobrze napisany, fajnie się czyta.
Przeżyłam podobną przygodę. Prawdopodobnie w tym samym czasie przebywałam w Ustrzykach Górnych z grupą studentów, na obozie naukowym. Pulpit pamiętam doskonale. :-D

Pozdrawiam gorąco.

Jola


Dziękuję za odwiedziny i miły komentarz.
Pozostaję z bieszczadzkim pozdrowieniem.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 526

Ruski pies bojowy

Post#5 » 17 kwie 2018, o 11:05

szczepantrzeszcz pisze:To sie nazywa zdrowy rozsądek. Stwierdzenie, że wyłapywanie turystów po polskiej stronie było na porządku dziennym, jest przesadą, jednak takie incydenty się zdarzały. Podobno sałdatiszki za złapanie szpiona dostawały urlop... mówiło się o dwóch tygodniach urlopu, ale myślę, że w tym przypadku ogniskowi opowiadacze również przesadzali. Najprościej było odbyć wizytę u majora Skrzypka w Lutowiskach (lata osiemdziesiąte) i wytłumaczyć facetowi, aby zadzwonił do Ruskich i podał kolory plecaków (znak identyfikacyjny stosowany przez pograniczników obu stron). Rozmaicie takie wizyty przebiegały, jednak często kończyły się pełnym sukcesem. Tym półlegalnym sposobem zwiedziłem Worek w czasach, kiedy wejście było surowo zakazane.

Lektura bardzo przyjemna, jak zwykle.

...ale na Semenowej nigdy mnie nie było. Pamiętam za to drogę z Rawek na Kremenaros. Dzisiaj jest tam wygodna, oznaczona ścieżka. Trzydzieści lat temu trzeba się było przedzierać przez kosówkę.


Dziękuję za wizytę i obszerny komentarz.
Takie wyłapywania się zdarzały. Zapewne nie za często, ale jednak.
Nam to wystarczyło, zeby się wycofać.
Jako porządny obywatel nie powinieneś być na Semenowej, bo tam nie prowadzi żaden szlak i tamtędy przebiega granica, która jeszcze do dzisiaj jest zamknięta.
A trzydziesci lat temu nie powinienes też być na Kremenarosie, bo to też była strefa zakazana. ;)
Tam teraz postawili słup z czarnego marmuru z herbami trzech graniczacych państw.
Gdy tam ostatni raz byłem, to walało się tam dużo puszek po piwie.
Ot, taki znak czasu.
Pozdrawiam.

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2002

Ruski pies bojowy

Post#6 » 17 kwie 2018, o 12:01

Marian pisze:Jako porządny obywatel...
:hello: :jablko: :zad: :niewiem: :mee:

Marian pisze:nie powinieneś być na Semenowej, bo tam nie prowadzi żaden szlak i tamtędy przebiega granica, która jeszcze do dzisiaj jest zamknięta.
Właśnie dlatego powinienem, ale nie byłem ani na Semenowej, ani na Beskidzie.

Marian pisze:A trzydziesci lat temu nie powinienes też być na Kremenarosie, bo to też była strefa zakazana. ;)
Z trójstykiem sprawa wygladała nieco inaczej. Szef wetlińskich wopistów, Pan Kapitan Demel, zaciął się, aby wybudować szkołę w Wetlinie i sprzedawał cegiełki, z którymi można było półlegalnie (w Bieszczadach wszystko bylo półlegalne) wejść na Kremenaros.

Marian pisze:Tam teraz postawili słup z czarnego marmuru z herbami trzech graniczacych państw.
Wcześniej był taki mniejszy, betonowy.

Marian pisze:Gdy tam ostatni raz byłem, to walało się tam dużo puszek po piwie.
Ostatni raz dotarłem na Kremenaros pod koniec poprzedniej dekady. Było czysto i spotkałem parkę Słowaków.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 526

Ruski pies bojowy

Post#7 » 17 kwie 2018, o 12:56

szczepantrzeszcz pisze:
Marian pisze:Jako porządny obywatel...
:hello: :jablko: :zad: :niewiem: :mee:

Marian pisze:nie powinieneś być na Semenowej, bo tam nie prowadzi żaden szlak i tamtędy przebiega granica, która jeszcze do dzisiaj jest zamknięta.
Właśnie dlatego powinienem, ale nie byłem ani na Semenowej, ani na Beskidzie.

Marian pisze:A trzydziesci lat temu nie powinienes też być na Kremenarosie, bo to też była strefa zakazana. ;)
Z trójstykiem sprawa wygladała nieco inaczej. Szef wetlińskich wopistów, Pan Kapitan Demel, zaciął się, aby wybudować szkołę w Wetlinie i sprzedawał cegiełki, z którymi można było półlegalnie (w Bieszczadach wszystko bylo półlegalne) wejść na Kremenaros.

Marian pisze:Tam teraz postawili słup z czarnego marmuru z herbami trzech graniczacych państw.
Wcześniej był taki mniejszy, betonowy.

Marian pisze:Gdy tam ostatni raz byłem, to walało się tam dużo puszek po piwie.
Ostatni raz dotarłem na Kremenaros pod koniec poprzedniej dekady. Było czysto i spotkałem parkę Słowaków.


Tak czy inaczej, obydwaj jesteśmy do przodu, bo w tamtych miejscach byliśmy.
Pozdrawiam. :smile:

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2002

Ruski pies bojowy

Post#8 » 17 kwie 2018, o 21:55

Marian pisze:obydwaj jesteśmy do przodu, bo w tamtych miejscach byliśmy.
...no i Ruskie nas nie złapały. :))

thomasward
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 89

Ruski pies bojowy

Post#9 » 18 kwie 2018, o 09:03

Ech, trochę żałuję, że mam wrodzoną wadę płuc i problemy z chodzeniem po górach, a i tak ostatnim razem jak byłem w Bieszczadach z kumplami to ja chciałem (i mogłem!) zawsze robić najdłuższe trasy. ;) Tylko szkoda, że do styku trzech granic nie doszliśmy, ale może w te wakacje, w bardziej doświadczonej i chętnej ekipie... A tekst piękny, aż żałuję, że nie dane mi było żyć w tamtych czasach.

Pokażę też tekst mojemu tacie, który w latach 80 był przez jakiś czas przewodnikiem po Bieszczadach, powinien mu się spodobać. ;)
Zapraszam na mojego bloga z recenzjami filmów i seriali: http://500filmow.pl/.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Ruski pies bojowy

Post#10 » 18 kwie 2018, o 09:27

Był luty, śniegu nawaliło po pachy, nocami trzymał trzaskający mróz, a we dnie świeciło pustynne słońce. W tak głębokim śniegu nie dało się chodzić w samych butach. Rakiety śnieżne znaliśmy tylko z opowiadań Londona, a o nartach skiturowych nawet nie słyszeliśmy. Zjazdówki do takich wędrówek nie nadają się, więc zdani byliśmy na narty biegowe.
Śniegu - śniegu - śnieżne, nartach - narty. Drugie "śniegu" można by zmienić na "puch", bo podejrzewam, ze chodzi o taki właśnie kopny, głęboki, sypki śnieg przy wysokim mrozie, w którym nie da się zrobić kroku bez zapadnięcia się po kolana lub nawet po biodra (dwa lata temu tego nie wiedziałam, jak wychodziłam na Tarnicę, o rakietach nie pomyślałam i to był ból :kuku:).
Z nartami gorzej, "narty skiturowe" mogłyby być "skiturówkami", ale to neologizm i to chyba niezbyt popularny, więc pytanie, czy to rozwiązanie "problemu", czy stworzenie nowego. Tak czy siak, "śnieżne" wtedy już nie przeszkadzają jakoś bardzo, bo nie ma dwóch "śniegu" powtórzeń w akapicie.

Upadaliśmy przy tym co chwilę na tyłek, na bok lub na twarz, czyli robiliśmy tzw. „jaskółki”.

Nie używamy skrótów, "tak zwane" po prostu.

Sympatyczne opowiadanie, ale tym razem czuję niedosyt, jakoś za szybko tekst się skończył, a zakończenie, choć dobre i pasujące puentą (tak pod względem kompozycji tekstu), jakby nie doszło do rejonu wysokiego c, nie dało się bardzo "odczuć". Pewnie wynika to z tego, że objętościowo poświęciłeś mu mało miejsca, na oko 3/4 tekstu to samo wędrowanie, a tytułowy pies jakoś bladnie. Bardzo lubię twoje bieszczadzkie historie, zwłaszcza, że dotyczą czasów, których nie mam jak znać, a twoje Bieszczady są inne i jakby inne, bardziej intrygujące od tych, które ja znam, więc zawsze czytam z zainteresowaniem.

Gdy tam ostatni raz byłem, to walało się tam dużo puszek po piwie.
Ot, taki znak czasu.

Oj, są faktycznie, sporo ludzi robi sobie tam dłuższy przystanek, psyknięcie puszek jakoś wryło się w krajobraz.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości