Każda z nas ma coś z czarownicy

Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 145

Każda z nas ma coś z czarownicy

Post#1 » 4 maja 2018, o 11:04

"Moja mama jest poetką. Spoza zasłony liter, jak magik z kapelusza, wyciąga słowa, składa je kropla po kropli, buduje wiersze".* Rano, gdy jeszcze śpimy, w łazience suszy sny na sznurku. Przypina je drewnianymi klamerkami, aby nie uleciały do innych poetów. Uśmiecha się do nas radośnie przy śniadaniu i opowiada o niczym. Potem zdyszana biegnie do pracy, powiewając płaszczem i niebieskim szalem. Kasztanowe włosy naszej mamy wplątują się w przedszkolne firanki. Misie rzucają za nią pełne podziwu spojrzenia, samochodziki zapuszczają plastikowe silniki, jakby ze wszystkich sił pragnęły ją dogonić. Patrzymy z siostrą ze smutkiem jak odchodzi i natychmiast zaczynamy za nią tęsknić.
Mój tata jest wysoki jak szafa, prawie zahacza o futrynę, przechodząc przez drzwi. Ma pomysł na życie i kocha stare samochody. Rzadko odzywa się niepytany. Mam po nim kolor włosów, zadarty nos i ciszę w sobie. W czasie niedzielnego obiadu też nie powiedział ani słowa. Nachylony nad rosołem wsłuchiwał się w muzykę, a wszyscy i tak uważali, że jest sympatyczny.
Głos mojej młodszej siostry Aurelii, pociesznej istotki z blond warkoczykami, rozlega się na wysokości klamki. Aurelka potrafi rozpłakać się na zawołanie, ma niewzruszone zdanie na każdy temat i nie kombinuje na boku. Sepleniąc, przypomina babcię. Wygląda jak kolorowa wycinanka z papieru. Gdy wychodzi z szafy chwyta powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Ma tam uciechę, obcując ze szmatami. Robi przestraszone oczy wielkanocnego zajączka. gdy na nią krzyczę za bałagan. Ostatnio dostała szlaban za hałasowanie przy stole. Dobrze wiem jak on boli, nawet, gdy szlaban jest zasłużony. Bardzo oszczędnie wykorzystywałam swoją moc domowej wróżki, dostarczając jej cukierki, ukryte w wagonikach kolejki elektrycznej.

****

W Boże Narodzenie, w taki dzień, jak dzisiaj, już wczesnym rankiem, odwiedza nas ciotka Matylda.To wysoka, sucha jędza o kościstej twarzy i cerze zeszłorocznego jabłka, o nosie podobnym do haczyka na ryby i rzadkich srebrnych włosach starej nauczycielki. Nie wzbudza mojego współczucia, bo nie ma w sobie nic z łagodności i hojności Świętego Mikołaja. Na powitanie zaciska pięść na moim ramieniu, pochyla się i głośno całuje w policzek.

— Och! Jesteś taka śliczna, nasza mała diablico.

Gdy powtarza to kilka razy wpadam w złość i jednym susem ląduję w najciemniejszym kącie domu. Popularność jest okropna, ciśnie się na usta, ale wstrzymuję oddech, żeby tylko czegoś nie palnąć. Dawno zorientowałam się, że mam do czynienia z niebezpiecznym człowiekiem. Zwraca się do nas łamaną francuszczyzną, zapamiętaną w szkole, przynajmniej tak twierdzi mama. Jej ojczysty język często pozostaje w ukryciu. Kiedyś powiedziała, że w Paryżu nikt do niej nie mówił po imieniu, więc ona też nie będzie, a poza tym Zofia to brzydkie imię i do mnie zupełnie nie pasuje. Muszę trzymać się od niej z daleka, gdy mnie przytula mam ochotę wbić wszystkie paznokcie w czarną sukienkę.

To moja rodzina, a ja jestem niekompatybilna, cokolwiek to znaczy. Nie lubię lalki Barbie, nie jestem księżniczką, nie noszę różowych ciuchów i sama nauczyłam się czytać. Czytam z latarką pod kołdrą wszystko, co wpadnie w ręce. No może nie zupełnie wszystko, kręcą mnie bajki poczciwego Andersena i zakazane Teletubisie. Pływanie i czytanie książek to zajęcia niewymagające mówienia. Gdy to zrozumiałam, w jednej chwili stałam się niepozorna, przynajmniej w domu.

— Ma dopiero siedem lat — powiedziała ciotka Matylda, wyjątkowo po polsku, przerywając na chwilkę wydawanie poleceń do telefonu komórkowego.

— Tym lepiej, zdążę jeszcze stetryczeć — warknęłam.

Poderwałam się z kanapy i uciekłam do łazienki. Trzęsąc się z bezsilnej złości, siedziałam na desce, chyba z pół godziny, jakby nigdy nic. Nie było wygodnie, ale czułam jak spływa na mnie święty spokój, prawdopodobnie za sprawą snów mamy. Tego dnia, na sznurku wisiało ich dużo.
Jak dorosnę też będę pisać wiersze, pomyślałam. Wychodząc z trudem zaczerpnęłam powietrza, żeby nie upaść, tak kręciło się w głowie. Oparta o parapet wyjrzałam przez okno na podwórko. Pod murem przemykała pręgowana kotka, należąca do starszej, miłej pani mieszkającej nad nami. Kotka wyglądała na szczęśliwą, węszyła, jakby smakowała powietrze. Czysta, ciepła skóra i świeże mleko w porcelanowej, niebieskiej miseczce. — tego zawsze chciałam, właśnie tego, ale okazało się, że jestem uczulona na kocią sierść, a mama ma niezłomne zasady.

— Córeczko, czy wszystko w porządku?

Za plecami usłyszałam głos taty i poczułam przyjemny zapach jego wody toaletowej. Od niego zawsze kręci mnie w nosie. Kocham tatę. Jest wyrozumiały i czuły, nigdy, jeszcze, nie gniewałam się na niego.

Przez świetlik w dachu sączyło się słabe grudniowe światło, muskając jego potężne ramiona. Chciałam się w nich schronić jak w dziupli, ale nie, tata lubi obcałowywać mnie po karku. Wtedy czuję łaskotki i nie wzbraniam się.
Niedawno miał nadzieję, że oszaleję ze szczęścia na widok zielonego żółwia i sowy na biegunach, które wykonał znajomy stolarz z naprzeciwka. Tata z podekscytowania, aż dreptał na palcach. Nogi się pode mną ugięły na widok tych brzydactw, wolałabym szybszego laptopa lub komiks. Uratowała kojąca obecność Aurelki, która wszystkie zabawki łyka jak pelikan.

Nagle otworzyły się oszklone drzwi od kuchni. Zobaczyłam w nich mamę.

— Upiekłam pierniczki z cytrynowym lukrem. To dla was, dzieciaki — krzyknęła, najprawdopodobniej w celu poinformowania.

Minęła mnie i tatę, nie patrząc w naszą stronę. Z zaciśniętymi powiekami, ciężko dysząc, powoli pokonała korytarz i osiadła w uszatym fotelu. Wtedy dotarło do mnie, że musi być bardzo zmęczona. Mamusiu, jak mogłabym bez ciebie żyć?, pokręciłam głową, oczy zaszły mi łzami.

— Odwróć wzrok, Zosiu, w przeciwnym razie poczujesz się tak, jakbyś patrzyła w słońce — wyszeptałam sama do siebie.

Naprawdę moja mama jest jednym z cudów tego świata, i nie szkodzi, że nie cierpi Teletubisiów. Rankiem, fajnie jest wpełzać pod kołdrę i kłaść głowę na jej brzuchu. Gdy jestem smutna, ona szuka moich oczu i mówi:

— Spójrz na mnie, spójrz w oczy, córeczko. Wiem, skarbie...

I potrząsa moją głową, żeby przegnać cały smutek. Przytulam się, czuję jej ciepło i jest mi dobrze, i jest już po wszystkim. Miłość do rodziców to dość tajemnicza sprawa, sama się zdarza — tak często myślę. Leżę tak kilka minut, zbierając w sobie siły, po czym zostawiam ją, by odpoczęła, zamykając drzwi sypialni.

****

Wigilijna kolacja czekała jak zwykle w salonie, hałasując talerzami. Wzięłam szybki prysznic i zmieniłam ubranie na odświętne. Podpięłam włosy i moje myśli natychmiast skupiły się na ciotce Matyldzie. Już się przyzwyczaiłam, że gdy mnie nie ma za długo przy stole, ciotka okazuje zniecierpliwienie, zawsze w ten sam sposób. Szyja ciotki wydłuża się niczym u zgorszonego strusia. Unosząc brwi, mruży oczy i pochyla się w moją stronę, używając tych niezrozumiałych francuskich wyrażeń. Głos ma równie szorstki, jak jej powierzchowność i jeszcze na dodatek szura tymi okropnymi, wielkimi butami pod stołem. Masakra!

Dopiero odparowuję na widok pachnącej z daleka choinki. Wysoka pod sufit, zajmuje prawie pół pokoju. Gdy migocze kolorowymi światełkami, w kominku pali się ogień, a pod sufitem na żyrandolu dynda wielka jemioła mój dom staje się jedynym na świecie. Już nie martwię się, że nie ma śniegu i, że nie pójdziemy z tatą do ogródka lepić bałwana o oczach z guzików.

Pochłaniałam cudowne potrawy przyrządzone przez mamę, gdy niespodziewanie odezwała się ciotka Matylda:

— Chciałabym tu przyjechać latem, otworzę w waszym miasteczku cukiernię z francuskim specjałami.

Brzmiało to jak ostrzeżenie. Zerknęłam nieśmiało na Aurelkę — obgryzała paznokcie. Mama z zamyśloną miną wciągnęła powietrze.Tata tylko skinął głową, na jego policzki wypłynął rumieniec.

— Wiem, że będę tu szczęśliwa — dodała ciotka z błyskiem w oku i spojrzała na mnie z ukosa.

Po tych słowach jej twarz, jakby złagodniała. Moja chyba wręcz przeciwnie, z wściekłości skurczyłam się w sobie, do rozmiaru niemowlęcej koszulki. Oj, niedobrze, pomyślałam, opadając ciężko na krzesło. Spodobałby mi się ten wigilijny wieczór, pochwaliłabym jedzenie i prezenty, gdyby nie to wyznanie ciotki. Najgorszą była wiadomość, że zostanie z nami do Nowego Roku.

****

Długie, zimowe wieczory ciągnęły się jak guma do żucia. Ciotki Matyldy wszędzie było pełno, więc starałam się siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Najczęściej ukrywałam się w moim przytulnym pokoju, na poddaszu. Przez okno w dachu wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo lub odbierałam telefony od gwiazd. Jednak ciotka o mnie nie zapominała.

— Prosiaczek, to wielki obżartuch. Każde jego pojawienie się oznacza, że będzie mowa o ciasteczkach cioci Chrum-Chrum — powtarzała jak stara płyta.

Gadanie ciotki było nie do zniesienia, miałam ochotę zapaść w sen zimowy. Zawsze zatykam uszy, gdy mówi źle o moich Teletubisiach i Prosiaczku. Rodzi się we mnie pytanie: Dlaczego Prosiaczek mieszka z ciocią? Ja, za żadne skarby świata nie chciałabym mieszkać z moją.
Mama też chodziła jakaś skwaszona, nie napisała ani jednego wiersza, a w naszej łazience zamiast snów zawisł rząd różowych gaci. Świat nagle zrobił się dziwny. Wszystko jest takie pogmatwane. Ja też jestem pogmatwana.

Po Nowym Roku Ciotka Matylda wróciła do swojego małego domku z wiśniowym sadem.

— To, tak fajnie, że jesteśmy zupełnie sami — podsumowała roztropnie Aurelka.

Gdy ciotka wyjechała, odetchnęłam. Powoli życie wracało do normy. Nareszcie mogłam wbić się w ulubione dżinsy i zamknąć się ciszy mojego pokoju. Pochłonęło mnie bez reszty czytanie oraz kolejny odcinek przygód Teletubisiów.

Zakup lokalu na cukiernię ciotki trwał wiele miesięcy. W końcu transakcja została sfinalizowana, za drobny ułamek tego, co ciotka była gotowa zapłacić.

— Dobra robota, Zbigniewie.

Głos w słuchawce mówił nieprzerwanie. Potworna nudziara, z tej ciotki. Ojciec z każdą minutą wyglądał gorzej, jakby wyciekało z niego życie. Przerażona chwyciłam go za rękę.

— To wymagająca kobieta — wydukałam, słysząc o kolejnym zleceniu, które ciotka mu właśnie dawała.

Ojciec nic nie odpowiedział. Wiem, dzieci i ryby nie mają głosu, więc musiałam zamilczeć. Wokół mnie dzieje się tyle poważnych spraw, których nie rozumiem. Buzię trzymałam na kłódkę do września, do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Tego samego dnia ciotka Matylda otworzyła w pobliżu, swoją cukiernię, o dziwnej nazwie Poezja.

— Kojarzy się z poezją smaku — oświadczyła z dumą w głosie.

W ustach ciotki Matyldy, wszystko brzmi pretensjonalnie. Nie znoszę patosu, na dźwięk jej głosu budzi się we mnie bestia, piękna gdzieś znika.
Muszę tam iść i zobaczyć ciociną Poezję na własne oczy. Najlepiej jutro, mam wolne popołudnie, to tylko dwie przecznice dalej. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. No i nadszedł wyczekiwany moment. Zaraz po obiedzie stałam pod Poezją, zaglądając przez szybę do wnętrza. Cukiernia była przepełniona, w środku kłębił się dziki tłum gości. Przez szklane drzwi ujrzałam czarną postać ciotki Matyldy, szła prosto na mnie. Obleciał mnie strach. Nagle w dziwny sposób mnie zauważyła. Zbliżała się szybko i pewnie. Bez wahania otworzyła drzwi i oschłym głosem zaprosiła do wnętrza. Weszłam nieśmiało i klapnęłam przy jedynym, wolnym stoliku. Siedziałam jak przykuta do krzesła, bezradna i bezczynna. Ciotka Matylda nigdy nie marnuje czasu. Po chwili stawiała przede mną pucharek Sosu karmelowego do wszystkiego.

— Spróbuj! — powiedziała z uśmiechem, którego nigdy u niej nie widziałam.

Wzruszyłam ramionami, ale siedziałam jak na szpilkach.

— Podaję go na ciepło, z goździkami, do lodów waniliowych. Nie smakuje?

— Jem, ale mało, bo w dzieciństwie byłam grubasem — wybąkałam, trochę się krzywiąc.

Ciotka oparła ręce na biodrach i zaczęła się histerycznie śmiać.

— Nie wiedziałam, że jesteś dorosła — powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

Nic nie mogłam zrobić. Poczułam, że twarz zaczyna zdradzać emocje, ale opanowałam się, wzięłam głęboki oddech i posłusznie chwyciłam łyżeczkę. Tam, gdzie rządzi strach, jedyną metodą przetrwania jest posłuszeństwo, przemknęło. Ciotka śledziła każdy mój ruch, w jej oczach nie było ani krztyny ciepła. Trudno, przywykłam do tego spojrzenia.

— Ciekawi mnie, co powiesz?

Nie było sensu dłużej stawiać się i dąsać.

— Wyborny smak i niezwykły aromat. Nigdy nie jadłam nic równie pysznego! Mam ochotę śmiać się i skakać — wyrywało się z pełnych ust.

Dziwne, nagle życie toczące się pod moimi stopami przestało się liczyć! Uczucie niepokoju zostało zrównoważone przez zachwyt. Czary? Poczułam, że warkocz mi się mocniej skręca.


****

Następnego dnia, od rana trawiła mnie ciekawość. Postanowiłam podejrzeć ciotkę Matyldę przy pracy. Weszłam cichcem do cukierni przez tylne drzwi, tymi od zaplecza. Głowa latała jak satelita wkoło ziemi. Nie będę zanudzać szczegółami, ale wszystko musiałam dokładnie pooglądać. W przestronnej kuchni pełnej puszek i słoiczków pachniało z natarczywością reklamy. Nie mam wątpliwości to zapach werbeny i tymianku. Cynamon, którego tak nie cierpię też jest obecny, orzekłam w duchu.
To, co tam ujrzałam wyglądało niesamowicie i nie miało nic z poezji. Atmosfera żywcem była wzięta z bajki O Złej Królowej. Brakowało tylko czarnego ptaszyska, kruka lub wrony, bladej królewny i zatrutego jabłka. Ciotka z natchnioną miną mieszała łyżką w misce czekoladę z rudym karmelem. Powoli, raz w lewo, raz w prawo. Przy każdym ruchu niewyraźnie coś mamrotała, oczywiście po francusku. Tajemne zaklęcia? – Przyszło mi do głowy. Niestety, nie ma odpowiedzi, gotowej na każde pytanie.
Po plecach przeszły ciarki, nogi miałam jak z waty. Ciotka coś kombinuje. W jej deserach kryje się jakaś tajemnica. Zgoda, są niezwykłe, smaczne, ale dlaczego wszyscy za nimi szaleją?

— Chyba, lepiej, że nic nie rozumiem. Odwrót, nic tu po mnie.

Uciekając, potrąciłam nogą butelkę. TRZASK! Najdłuższe na świecie sekundy! To przez te nerwy. Ciotka podskoczyła jak pelikan z obwisłą szyją, niezdarnie machając rękami, na jej twarzy malowała się wściekłość.

— Czemu mnie tak nienawidzisz? — wydukałam przerażona.

Po moich policzkach spłynęły dwie wielkie, parzące jak ogień łzy. Ciotka Matylda zamrugała rzęsami i wtuliła podbródek w moje włosy. Kilka razy chyba powiedziała moje imię...

— Wybacz, wszystko ci kiedyś wytłumaczę, moja mała czarownico. Kocham cię jak wnuczkę i nigdy nie zostawię samej — wrzasnęła do ucha i gdzieś poszła.

Totalne zaskoczenie! Nigdy nie usłyszałam od ciotki nic równie miłego. Rozluźniłam się, nagle opuściła mnie panika. Ludzie się odmieniają, ktoś pół życia skleja torebki, a potem zostaje Dostojewskim, zadźwięczały w głowie słowa mamy. Ciotka wróciła do stolika z filiżanką gorącej herbaty z rumianku i ciemną czekoladą. Nie pisnęłam więcej ani słowa i już po chwili z cieniem uśmiechu na twarzy, pożerałam pachnące kolendrą, suto zaprawione rumem okrągłe ciastko. Potem drugie i trzecie, opychałam się nimi, nie mogłam przestać.

— Mmm, wyborne, naprawdę bomba.

Na wielkich metalowych tacach leżały ich sterty. Nawet nie próbowałam i nie miałam czasu protestować i tak na nic, to by się nie zdało. Zresztą, po co było cyrk odstawiać.
Przesiedziałyśmy razem całe popołudnie. Rozmowa toczyła się w najlepsze. Opuszczałam ciociną Poezję w doskonałym nastroju, policzki bolały od uśmiechania się. Walka kształtuje charakter, a każda z nas ma coś z czarownicy, pomyślałam, dosiadając miotły.
Zaraz potem obudziłam się we własnym łóżku. Spojrzałam w niebo, księżyc huśtał się na srebrnej nitce.







--------------------------------------------------------------

* inspiracja - wiersz " Moja matka jest poetką", macierzanka FL

Tagi:

Monika Żarska
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 15

Każda z nas ma coś z czarownicy

Post#2 » 17 maja 2018, o 10:17

Pełna wrażliwości ciepła opowieść rodzinna. Trochę za dużo cytrynowego lukru jak na mój smak ;)

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 145

Każda z nas ma coś z czarownicy

Post#3 » 17 maja 2018, o 13:00

Moniko, bardzo dziękuję za komentarz. Bardzo cieszy mnie Twój odbiór.

Pozdrawiam cieplutko :)

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 488

Każda z nas ma coś z czarownicy

Post#4 » 18 maja 2018, o 13:18

Tekst jest bardzo kobiecy. Dlatego miejscami nie bardzo go rozumiem.
W sumie jednak jestem na tak.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 145

Każda z nas ma coś z czarownicy

Post#5 » 18 maja 2018, o 16:31

Cześć ,
cenię wszystkie komentarze, to znaczy, że tekst zrobił na Czytelniku jakieś wrażenie. ;)

Nic nie ujdzie Twojej uwagi i dobrze. Krytyka powinna być konstruktywna.

Serdeczności i do następnego :) :) :)

Wróć do „Proza: obyczajowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości