Ze zwichniętym skrzydłem / cz.II/

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 127

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.II/

Post#1 » 9 maja 2018, o 10:42

Leżę nieruchomo na hamaku rozciągniętym między dwoma starymi cyprysami. Wokół roznosi się usypiająca, miodowa woń róż, a ja jestem wewnątrz siebie bardziej niż zazwyczaj. Moja samotność nabiera namacalnych kształtów, chyba zupełnie się rozsypałam. Czuję się jak ptak ze zwichniętym skrzydłem, który nie może wzbić się w niebo. To nie jest zabawne! Może na mnie tak podziałała oszałamiająca huśtawka wydarzeń ostatnich miesięcy, a może to efekt dołującej rozmowy z tą namolną dziennikarką. Niepotrzebnie zgodziłam się na ten wywiad. Przez godzinę słuchała w milczeniu moich żalów. Tak naprawdę nie mówiłam do niej, ale do siebie. Głupia, głupia Karoline.

Moje krótkie wakacje w Vernazzie dobiegają końca, pora wracać do Paryża. W drodze powrotnej spotkam się z Markiem. Krótki pobyt we Florencji dobrze mi zrobi. Nie widziałam go od paru miesięcy, tęsknię. Głowę mam pełną pytań, potrzebuję jego pomocy, chcę, żeby mnie objął, przytulił tak jak kiedyś. Już kupiłam bilet.

Słońce jeszcze świeci mocno i igra z bujnymi liśćmi winorośli. Mienią się coraz inną barwą z każdym podmuchem wiatru. Jesień podkrada się coraz bliżej. Moje rozmyślania przerywa "Stabat Mater" Pergolesiego. Ryczy z wielkich głośników w salonie. Słyszę muzykę, aż tutaj, nie daje się skupić. Ledwie panuję nad zniecierpliwieniem, wstaję z hamaka, by ją wyłączyć. Mocuję się ze szklanymi drzwiami. Od śmierci ojca salon jawi mi się dziwnie obcy, rzadko tu zaglądam. Nikłe światło dnia rozlewa się na blacie biurka ojca, wszędzie rozrzucone papiery i nuty, w rogu pokoju niedokończone płótno, jakby jakieś szalone dziecko zabazgrało cały zapamiętany pejzaż na czarno i szaro. Budzi we mnie grozę, nie mogę na niego patrzeć, istny Hades. Przez ostatni miesiąc stałam u progu decyzji, by dom zostawić, nigdy tu nie wracać.

— Może jednak sprzedać i pozbyć się kłopotu?

— Nie. Zostaw go. Kiedyś w końcu spłonie — odpowiedziała ciotka Sallie, w ostatnim liście.

Nalewam sobie w szklankę zimnej wody, unoszę głowę. Wiszące na ścianach obrazy mojego ojca hipnotyzują mnie, nigdy nie mam dość. Pamiętam każdy ich detal.

Wiesz, tato, chyba nigdy ci tego nie mówiłam: nawet mało bystry obserwator zauważy, że Vermeer nie podkreślał kobiecości, tak jak ty. Robisz to w nieoczywisty sposób, nadałeś modelkom finezyjnie zróżnicowane fizjonomie i pozy, ozdobiłeś jedwabiem, koralikami, koronkami, otuliłeś je światłem ze wzorową starannością i smakiem. To istny teatr cieni! Pokazujesz kobiety z niezwykłą czułością i poszanowaniem. To robi wrażenie i zapewne udało się tylko niewielu malarzom. Sztuka jest podróżą w głąb siebie. Rozumiem, co miałeś na myśli. Szukam wzrokiem kopii obrazu Dircka van Baburen "U stręczycielki". To twoje ostatnie dzieło. Jest inne, zimne, wręcz lodowate w wyrazie. Wiem, że pomysł jego namalowania nosiłeś w sobie przez wiele lat. Dokończyłeś to płótno dopiero po odejściu mamy, gdy je widzę drżę, a proste słowa tracą swoje pierwotne znaczenia.
To, co w oryginale oznaczało w obrazie łagodność, u ciebie staje się sygnałem i synonimem złości i przerażającego smutku. Ciemne tło kontrastuje z mocną, nasyconą żółcią ubrania dziewczyny, bielą jej chusty i czerwienią kaftana mężczyzny. Równie różnobarwny jest dywan rozłożony na stole. Mnie by zabrakło odwagi żeby porwać się na takie przedsięwzięcie. Chciałeś wyrazić swój ból? Może w rzeczywistości był to proces znacznie bardziej tajemniczy, na pewno cholernie trudny do opowiedzenia. Pokazałeś to płótno w Paryżu. Zdziwiła mnie jego krytyczna ocena. W świecie historyków sztuki i rzeczoznawców wybuchła histeria. Wedle ich opinii to dzieło sygnalizuje schyłek epoki. Ty to jeszcze podobno podkreśliłeś, dodałeś oschłość i wyobcowanie, chciałeś być lepszy od samego Baburena. Czy był to zabieg demaskatorski? — raczej wątpię. Co prawda, zawsze chciałeś być coraz większy i mówić coraz głośniej. Ktoś zarzucił ci uwiąd twórczego natchnienia, nie miał racji. Dobrze, że ta przykra awantura rozeszła się po kościach.
To był tylko żart, próbowałeś się usprawiedliwiać na wernisażu w Paryżu. Po powrocie do Włoch zamknąłeś się w sobie. Byłeś dumny, bardzo dumny, nie chciałeś wyjść do ludzi. Och tato, na samo wspomnienie tamtych dni do oczu napływają mi łzy. Czasem szczerze nienawidzę ludzi — powtarzałeś. To mocne słowa. Nie rozumiałam twoich wyborów. Byłeś niedorzeczny, markotny i pretensjonalny. Nasza relacja była skomplikowana, obwarowana zastrzeżeniami, również moralnymi. Traktowałeś mnie jak małą nierozumną dziewczynkę, często mnie nawet nie zauważałeś. Nachodzą mnie wspomnienia, wszystko pamiętam, ale nie tak jak chciałbyś.

Tato, chcę ci jeszcze powiedzieć, że twoim wzorem, podjęłam studia w Ecole des Beaux-Arts. Małymi kroczkami wkraczam w zdominowany przez mężczyzn świat sztuki. Moje myśli są na ciągłym dyżurze. Dam radę. Może kiedyś będę miała galerię podobnie jak mama. Oczywiście na Montmartre, na moim tajemniczym, wapiennym wzgórzu nierozerwalnie związanym z majestatyczną Bazyliką Sacre-Coeur. Pamiętasz? Z tej białej świątyni roztacza się imponująca panorama całego miasta. Paryż okrągły rok tryska niezwykłą żywotnością, gdy tam jestem czuję jego puls. Wszystko ma swój rytm i romantyzm, a także zapierające w piersiach zarozumialstwo…Pasjonuje mnie historia tego miasta, zwyczaje, sztuka, życie zwykłych ludzi. Moje w Paryżu chwilowo toczy się w murach przepastnego pustego domu w Dzielnicy Łacińskiej, w którym duchy przeszłości uwiły sobie ciepłe gniazdko. Ucho mam wrażliwe, ten dom jest świadkiem wzajemnej niechęci jego mieszkańców i niekończących się sporów. Wśród ludzi też można być samotnym. Tam, w moim mieszkaniu, raz po raz przerabiam i uzupełniam te swoje dziwne dzieła, brak mi twojej odwagi, ale nie zrażam się, szukam swojej drogi, każdy kiedyś zaczynał. Wydaje mi się, że mam poważną misję do spełnienia, choć mało prawdopodobne, że zostanę uznaną malarką.

Dosyć tych smutnych myśli, jest, jak być musi. Zamiast zabrać się za coś konkretnego, od paru godzin snuję się bez sensu po domu z ponurą miną. Życie nauczyło mnie cierpieć w milczeniu. Zamykam drzwi salonu i wychodzę na taras. Chmury się rozpierzchły. Wiatr przeskakuje nad Vomero i San Martino i zanim oprze się o morze Liguryjskie, przejdzie nad Vernazzą. Odgłos łamanych gałązek winorośli i szum opadłych liści świadczy o tym, że zbliża się Mario. Mrużę oczy, aby dojrzeć jego drobną sylwetkę. Ma na sobie bluzę i spodnie od dresu, jest zdyszany i spocony. Odgarnia włosy z twarzy i opada ciężko na krzesło.

— Napijesz się herbaty? — pytam, wiedząc, że nie odpowie.

Nie odpowiada.

— Pójdziemy na plażę?

Chcę tam iść, bo tam jest tylko bezkresny piasek plaży. Nie ma domów, ulice nagle się urywają i prawie nie widać miasteczka, jego kontur ginie w wieczornej mgle. O zmierzchu morze nabiera wyrazistych kolorów. Tylko słychać kojący szum fal wyrzucanych w powietrze przez wielkie kamienie falochronu.

— Mario, znasz krótszą drogę?

Wskazuje ręką ścieżkę pomiędzy krzakami. Spoglądam na niego z powątpiewaniem, ale ruszamy wąską drogą pod górę. Wokół nas rozbrzmiewają ptasie śpiewy. Mario porusza się, jakby ukradkiem. Cieszę się, że nie zadaje mi żadnych pytań, nie jestem gotowa na rozmowę. Szybko dochodzimy do promenady. Gruba Włoszka, jak zwykle, kusi obwarzankami ze słoniną i pieprzem. Kupuję jednego dla Mario. Dziękuje uradowany. Zimny wiatr zabiera ze sobą nasze ciepło, odzyskujemy je w szybkim marszu. Niewielu ludzi ośmieliło się wyjść na wieczorny spacer. Turyści wyjechali z miasteczka i od razu zrobiło się ciszej. Domy przy samej plaży majaczą we mgle niczym muszle wyrzucone przez morze na brzeg. Na molo gwiżdżą liny żaglowców, uciekają spłoszone psy, chowając się pod wyciągniętymi z wody kutrami. Molo jest daleko wysunięte w morze, na jego końcu widnieją latarnie i skały, na których można posiedzieć z dala od miasta. Z rozkoszą wdycham słone powietrze. Siadamy na ławce. Co za cudowny widok. Nasze oddechy unoszą się w powietrzu.Twarde ciałko Maria mocno się przytula i ociera o moje plecy.

— Co to było, Mario?

— Miłość. Tego mnie nauczyłaś.

— Nie, nie uczę cię niczego, po prostu jestem, a resztę robisz ty.

— Karoline, fajnie, że mogę być z tobą. Ojciec ostatniej nocy znów stracił rozum. Pijany dobijał się do mieszkania. Pobudził sąsiadów, nakrzyczeli na niego i poszedł sobie. Gnojek! Całe życie próbuję o nim zapomnieć, ale gdy na niego spojrzę... Przyszedłem zmienić koszulę, zawsze tak mówi.

Zaciska usta. Czuję, że znów wydarzyło się coś niedobrego, na samą myśl dostaję gęsiej skórki. Mario już nie patrzy na mnie, spogląda ze smutkiem na swoje stopy.

— Mario, robi się zimno, pora wracać.

— Karoline, pomogę ci uprzątnąć pracownię.

Patrzę na Maria zaskoczona propozycją. Dłonie mu się trzęsą, wbija we mnie pytający wzrok.

— Nie chcesz wracać do siebie? Powinnam się martwić?

— Nie. Zostanę jeszcze chwilę z tobą, pozwól.

Kiwam głową. Mario robi zadowoloną minę, w jego oczach pojawia się ulga. Wiem, że w domu nic dobrego na niego nie czeka. Ojciec jest potworem. Gdy się upije staje się nieobliczalny. Wybucha niekontrolowanym gniewem, jego agresja dawno zdewastowała rodzinny spokój. Gdy go ujrzałam po raz pierwszy, wtedy w nocy pod naszym domem, od razu poczułam, że go nie cierpię. Matka Maria, od porodu pogrążona jest we własnym świecie, ma wahania nastroju, czasem urojenia. Kalectwo syna zwaliło ją z nóg. Lekarz przepisuje jej leki, twierdzi, że to zaburzenia depresyjne, ale nie jestem pewna. Im Mario jest starszy tym lepiej zdaje sobie z tego sprawę, ale nie chce trafić do opieki społecznej. Ostatnie lata Maria to ból, cierpienie, często głód. W takiej sytuacji trudno odczuwać radość. Gdybym miała wybrać słowo, które go określa powiedziałabym: zdruzgotany, na pewno przerażony, przepełniony strachem przed rzeczywistością, ludźmi, swoją innością. Towarzyszy mu od urodzenia, paraliżuje. Nie będę go nakłaniać, gdyż poruszam się po niepewnym gruncie. Mario ma subtelne formy komunikowania się, mówi ostrożnie, cedzi słowa — przywykłam. Świat jego wyobraźni jest niezwykły.To charakterystyczne dla dzieci, które są krzywdzone — uciekają w coś nierealnego. Jako nastolatka tego nie rozumiałam, może byłam zazdrosna. Mój ojciec poświęcał mu więcej czasu niż mnie. Dziś, gdy sobie to wszystko przypominam, niczemu się już nie dziwię. Mario jest zupełnie inną osobą niż ja w jego wieku, potrzebuje więcej troski. Pamiętając, co go spotkało ze strony jego ojca, wciąż rozmyślam, jak postępować, by go nie skrzywdzić.

Wchodzimy na taras. Gdzieś nad naszymi głowami krzyczy ptak. Zerkam na zegar dochodzi dziesiąta.

— Mario jesteś pewien, że chcesz u mnie zostać?

Wygląda na niezdecydowanego, przez moment się waha, ale potem siada obok mnie i też otula się kocem.

— Karoline, chciałbym być ptakiem. A ty?

Niektóre pytania Maria wprawiają mnie w zakłopotanie, ale staram się odpowiadać z uśmiechem, zachowując serdeczność, ale i ostrożność, nie chcę go urazić, dosyć wycierpiał. Jeżeli latanie jest częścią bożego planu, to nie ma problemu. A mieć marzenia nawet najdziwniejsze to nie wstyd.

— Mario, sama nie wiem. Czasem myślę, że skrzydła są dobre dla aniołów, a człowiekowi mogą być ciężarem. Uczono mnie, że do latania powinna wystarczyć modlitwa, ona wznosi ponad chmury i deszcz, przerasta sufity i drzewa. A czego szukałbyś na niebie z rozpostartymi skrzydłami?

Śmieje się gardłowo i wtula głowę w ramiona, widzę w świetle lampy jego oczy. Patrzy na mnie z mieszaniną lęku i ciekawości, jakby widział mnie po raz pierwszy. To mnie nie dziwi, tak wiele przeżył. Czasem wydaje mi się, że słyszę myśli tego dzieciaka. Wiem, że nie rozumie wszystkiego, co mówię, z oczywistej przyczyny, iż używam argumentów mu obcych. Ostatnio schudł, los traktuje go niesprawiedliwie od urodzenia, gdy o tym myślę robi mi się gorąco. Mojemu ojcu bardzo zależało, żeby się kształcił, a nie skończył jak inni na ulicy, z pustymi rękami. Mario, żyj chwilą, chciałabym ci powiedzieć.

Moja jest tu i teraz, siedzi obok mnie. Ma niespełna dziesięć lat, bladą twarzyczkę, wszędzie chodzi na piechotę, a gotowe do lotu skrzydła nosi schowane w futerale garbu. Może któregoś dnia zabiorę cię do mnie, do Paryża. Może uda mi się go wyrwać z Vernnazy, z dala od bólu i rozpaczy, zapewnić opiekę, zadbać, żeby, nic złego mu się nie przytrafiło. To wszystko nie jest proste, chciałabym, żeby było inaczej. Ale, tak naprawdę w tej chwili nie mam mu wiele do zaoferowania.
Marzenia się spełniają, powtarza Mark. Owszem, ale czasem wydają mi się niebezpieczne. Jeżeli nie spełniają się rzeczywistość boli znacznie bardziej. Podobnie jak Mario potrzebuję nadziei. Życie mnie nie żałowało. Czasem wracam myślami do wyrazu otaczających mnie twarzy na pogrzebie ojca. Czułam się taka samotna, bezradna. Chyba nic na świecie nie bolało bardziej.


Niespokojne chrząknięcie Maria przerywa zadumę. Twarz ma spiętą, poważną, wpatruje się we mnie.

— Wyjeżdżasz?

Unoszę wzrok, zbierając całą swoją odwagę.

— Tak, muszę. Niedługo zaczyna się rok akademicki.

— Poczekam na ciebie...

Nie kończy zdania, głos mu się załamuje na ostatnim słowie.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość