Schwerin 1968 i 2018

Inny punkt widzenia. Felietony, eseje, recenzje, reportaże, wywiady i pokrewne formy.
Mozets
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 57

Schwerin 1968 i 2018

Post#1 » 9 sie 2018, o 14:30

Schwerin 1968 i 2018
/pół wieku później/
/ reportaż retrospekcyjno-penetrujący, wspomnieniowo – sentymentalny/


1968

Małe spokojne miasteczko nad Wartą, gdzie czas płynął spokojnie i leniwie. Mieszkańcy radzili sobie z szarym życiem każdy na swój sposób. Na ogół żyło się biednie i skromnie. Ogródki przy domu wspomagały domowy budżet. Praca w socjalizmie była obowiązkowa . Włącznie z sobotą. Która dawała jednak luksus pracy tylko do 13.00 . Wtedy także (od 13.00) można było legalnie kupić alkohol. Kto nie mógł wytrzymać do tej pory musiał mieć zgromadzone zapasy lub znać melinę, która ratowała w potrzebie. Można było także samemu pędzić samogon ale było to prawem zabronione i surowo karane. Sprzęt do tego używany - po znalezieniu przez milicję (o mało co nie obywatelską) był niszczony . Uczniowie również uczyli się w szkołach w sobotę ale także tylko do 13.00. Niezaprzeczalną dobrocią szkolną w PRL było , że uczniowie nie znali nauki na zmiany. Wszyscy szli do szkoły na godzinę 8.00 rano i wszyscy wracali przed obiadem do domu. Matki prawie wszystkie nie pracowały i rodzina miała przez to codziennie skromny, świeży, smaczny obiad. Byt rodzinie zapewniał ojciec. I on był głównym autorytetem w rodzinie. Jego zdanie nie podlegało dyskusji. Podstawowym środkiem komunikacji w dojeździe do pracy był rower. Tak jak i gumiaki czy gumo-filce był to wyrób trudno dostępny. Nowy rower był bardzo drogi np. rower „Popularny”, lub „Olimp”. Często rower był inwestycją rodzinną na całe życie. W niedzielę i po południu ujeżdżały go dzieci .Te małe musiały jeździć „pod ramą”. Samochody dla przeciętnego obywatela były niedostępne, a jeśli już - była to stara „Warszawa” - garbus , z rosyjskim silnikiem od „Pobiedy - GAZ-MKB”. Czasem mały „Mikrus”. Ulice przez to były wolne od ruchu samochodowego i powietrze było czyste. Przejście przez ulicę nie stanowiło żadnego problemu. By ulec wypadkowi trzeba było mieć wyjątkowego pecha lub być wyjątkowo pijanym. Prędkość 40km/h była już ekscytująca i rozwijana była na trasie. Wszędzie można było dojechać pociągiem lub autobusem PKS nawet do najmniejszych miejscowości. Autobusy i pociągi były stale zapchane ludźmi i jazda przypominała zawartość puszki z sardynkami. Delikatniejsi nie staczali prawdziwych walk o wejście do autobusu i zostawali na przystanku. Po 2 godzinach przyjeżdżał następny autobus i czasem było już trochę luźniej. Do autobusu czy pociągu wchodziło tylu ludzi ile to tylko było możliwe. Często jechali tak całymi nocami w ścisku, bez ogrzewania i oświetlenia wagonu.
Trasa Olsztyn- Lublin przez Łuków np.
Często okna były powybijane, bo wsiadano przez okna. I do wagonu wpadały tumany śniegu. W toalecie jechało 7 osób, jedna siedziała na umywalce. Skorzystanie z toalety było niemożliwe. Cena biletu była taka sama czy się siedziało, czy też wisiało w ogromnym ścisku napierających ze wszystkich stron spoconych ciał. Ścisk był tak potężny, że trudno było oddychać pełną piersią. Ale i można było drzemać bez obawy, że osuniemy się na podłogę wagonu. W przedziale piło się wódkę, śpiewało i grało na gitarze. W przedziale 8 osobowym siedziało często 12 osób i dodatkowo dwie stały między siedzeniami trzymając się półek na bagaże. W wagonie czy autobusie wolno było palić papierosy i nikomu nie wpadało do głowy by protestować. Dym wdychały także noworodki, ich matki i małe dzieci w czasie podróży. I wszyscy cieszyli się, że w ogóle jadą. Czasem w lecie, gdy zostało się na przystanku-dworcu PKS w Gorzowie, ( jak tzw. „d..a”) bo nie udało się wejść do nabitego ludźmi pojazdu - można było zdecydować się na podróż piechotą do Skwierzyny. Tylko 27 km. Jeśli nie miało się dużego bagażu. Szło się miło i przyjemnie i spacer trwał niecałe 4 godziny - jeśli szedł żołnierz i oszczędzało się na bilecie. Kobiety i babcie nie ryzykowały takiego marszu. Nie można było zadzwonić np. do domu, bo telefony komórkowe nie były znane, a zwykłe druciane były w niewielu domach. Komputer to było mgliste pojęcie z powieści
science –fiction Lema. Na rozmowę do Warszawy, czy innych odległych miast czekało się na poczcie parę godzin. Rozmawiało się z cuchnącej papierosami i brudem kabiny; dodatkowo wszyscy na poczcie doskonale znali treść rozmowy, bo trzeba było krzyczeć - by się dogadać. Radio było już w prawie każdym domu ( często z gramofonem na płyty plastikowe) ale telewizor dopiero wchodził na wyposażenie. Na serial o Wołodyjowskim , czy „Bonanzę” ( jak się nie miało telewizora) można było wybrać się do znajomych . Oglądała go cała rodzina i wszyscy goście. Nie zaszkodziło zabrać ze sobą buteleczki wina i paczki ciastek. Programów w czarno-białym telewizorze było sztuk 1. Za Gierka doszedł drugi program. Śmiano się, że Kowalski ma kolorowy telewizor - konkretnie wiśniowy… Gdy trzeba było pilnie powiadomić bliskich o jakimś wyjątkowym wydarzeniu ( śmierć, choroba, przyjazd) wysyłało się telegram na poczcie ( oczywiście tylko w dni pracy i w godzinach pracy poczty). I już często tego samego dnia, lub następnego rano wiadomość docierała do adresata . Zawoził ją poczciarz na rowerze. Zwyczajowo dawało mu się za to 5 zł - duże, aluminiowe, z rybakiem na awersie. Był to dochód nie opodatkowany. Zresztą pojęcie podatku było enigmatyczne i zwykłego pracownika( biedaka) nie obowiązywało. Zaczynało to funkcjonować dopiero w wypadku większego interesu prywatnego . Nazywani byli oni „prywaciarzami” , „badylarzami” itp. Oczywiście, że z każdego najmniejszego robociarza, socjalistyczne państwo zdzierało niesamowity haracz „za plecami”. A i tak w sklepach było prawie pusto, mięso gdzieś znikało jak w kosmicznej czarnej dziurze. Towary przemysłowe trzeba było autentycznie „zdobywać” a luksusowe, jak auto - były na talony. Zwykły śmiertelnik jeśli nie był dyrektorem czy sekretarzem partii nie miał tak olbrzymiej ilości pieniędzy by kupić samochód (lub za darmo otrzymać służbowy)… Gdy ktoś miał ambicje posiadania pojazdu mechanicznego kupował zepsuty stary motocykl. Remontował go własnym sumptem i jeździł wzbudzając zazdrość. Benzyna była tania. I biały ser i mleko ( warzyło się szybko) były tanie. Nawet żółty ser choć rzadko dostępny był dość tani. Mięso i wędliny były bardzo drogie i trudno dostępne. Dzisiaj jest odwrotnie. Tak mięso, jak i masło ,ser były natomiast świeże , pachnące i zdrowe. Bez konserwantów i całej chemii którą dzisiaj łykamy kilogramami. Nabawiając się śmiertelnych chorób. By kupić coś w sklepie mięsnym należało wstać o godz. 4.00 rano i czekać w kolejce niewyspanych zjaw pod sklepem. Nie gwarantowało to zakupu, bo często towar kończył się właśnie na nas… Wielu szczęśliwców miało na wsi znajomą „babę”, która nielegalnie przynosiła wprost do domu całą ćwiartkę cielaka . Jeszcze ciepłą. W tzw. „zajdkach”, czyli grubej, dużej płachcie - na plecach . Lodówki były rzadko spotykane, więc natychmiast mięso się marynowało, piekło , przerabiało i gotowało w słoikach. Było smaczne i zdrowe. Na ogół „wadza” wiedziała o tym procederze , ale rzadko łapała za to. Zresztą towarzysz sekretarz zaopatrywał się w ten towar w taki sam sposób. Panowała powszechna hipokryzja, mimo to ludzie otwarcie się śmiali z ludowej władzy, a ta traktowała to jak dopust Boży i nie reagowała. Uznawała to za wentyl bezpieczeństwa. Jak ludzie się śmiali „ wadza” czuła się bezpiecznie. Gorzej jak robole zaczynali milczeć. Wtedy władza poprzez donosicieli ( było ich przeciętnie 1 donosiciel na 1 obywatela) starała się dociec „dlaczego milczą” - bo to mogło być groźne dla władzy. Mogło stanowić zapowiedź wysadzenia z siodła. Ponieważ w społeczeństwie, od wojny, wybito prawie całą inteligencję - łotrów i parszywców nie brakowało. Często na jednego donosiciela donosił drugi - ten na którego donoszono. Donoszenie uchodziło za dowód wierności władzy ludowej. Pożytecznych idiotów jak i dzisiaj - nie brakowało… A ci najbardziej ideowi i zasłużeni dostawali dość szybko mieszkania poza przydziałem, lepsze stanowiska w pracy , ich dzieci dostawały się na studia bez problemów - nawet jak były tępe. I później stanowili armię niedouczonych inżynierów, lekarzy brzydzących się pacjentami i nie potrafiącymi leczyć a raczej pomagającymi grabarzom we froncie pracy ( wykonaniu normy – przerobie)… Jedno zjawisko było całkowicie nieznane tzn. cała sfera dzisiejszych „zbrodni i przestępstw” kończących się w nazwie na tzw. „izmy”. „Mowa nienawiści” była pojęciem z Marsa, bo wzorcowy Polak miał obowiązek szczerze i do głębi swego jestestwa nienawidzić imperialistów, faszystów, kułaków, bumelantów, kontestatorów socjalizmu, nawet syjonistów . Książeczka Orwella „Rok 1984” była zakazana i tylko urząd cenzury na Mysiej wiedział co w niej jest. Natomiast zwykły Jasiek z Konkolewa Dolnego wiedział, że samą nienawiścią się nie zabija, do tego dopiero trzeba siekiery , młotka, wideł czy orczyka. Oczywiście pojęcie antysemityzmu istniało ale mogło być stosowane otwarcie nawet przez najwyższe władze. W „słusznym” relatywnie celu . Stosował go Gomułka w „Kumitecie Cyntralnym” i Jaruzelski ( matrioszka) w ludowej ( siermiężnej) armii. Nie było wtedy Żydów, Semitów, tylko prosto - „syjoniści”. Jedno było jasne - faszysta to był zawsze Niemiec. (Mussolinii to była egzotyka włoska). Rasizm był pojęciem mało znanym. Murzynek Bambo był sympatycznym wierszykiem. I słowo „czarnuch” nie stanowiło żadnego zagrożenia czy niesmaku w użyciu werbalnym. Murzyni mieszkali w Afryce, Arabowie w swoich krajach, a granice były ściśle strzeżone przez żołnierzy, którzy strzelali do każdego kto chciał się przemknąć. A jak się już komuś udało to zostawiał ślady, bo granica miała zaorany pas ziemi, grabiony co rana. Żadnemu muslimowi czy murzynowi nie wpadało do głowy by stąd ni zowąd jechać do Europy. Bo po co. Było tam zimno, złe jedzenie ( haram - świnie) i nie było meczetów. A żebractwo było tolerowane tylko pod kościołem lub cmentarzem. Nie było jeszcze wtedy antyfaszystów niemieckich , którzy wygrali II wojnę w Berlinie. O tym dowiedzieliśmy się niedawno. Utrzymywano to przed nami w najgłębszej tajemnicy. Ale wydało się wreszcie - jak Stolzman pojechał na defiladę w Moskwie. I ONI ( antyfaszyści niemieccy) tam już byli… Siedzieli w pierwszym rzędzie z Putinem. Stolzman w ostatnim. Nawet przyjeżdżają teraz do Polski wnuki antyfaszystów hitlerowskich i pomagają polskiej władzy poskramiać faszystów polskich (sic!?) w czasie marszów, w polskie Święto Niepodległości. Uchodzi ono w Brukseli za święto faszystowskie. Wg nich nawet Auschwitz to robota wrednych antysemitów Polaków . Hitler w czasie wojny z odrazą patrzył jak Polacy mordują ( gazują ???) i palą w piecach w obozach śmierci ( polskich piecach - a jakże) miliony żydów z całej Europy. Polaków także. Dlaczego Polaków nie wiadomo. I wojska niemieckie, Wehrmacht , a nawet doborowi żołnierze dywizji SS, nic na to nie mogły poradzić, bo Polacy biegali po ulicach obwieszeni bronią i granatami , z nożami w zębach i mogli wystrzelać niemieckie oddziały w Warszawie, Krakowie , Poznaniu , czy Wrocławiu i Gdańsku - jak kaczki. Jak niemieccy żołnierze chcieli ratować żydów to Polacy grozili im wywózką do Auschwitz i wypuszczeniem przez komin. Hitler był bezradny w tej sytuacji. W latach 60 mówienie głośno o zbrodni katyńskiej było bardzo niebezpieczne dla każdego obywatela. Groziło represjami dla całej rodziny. Wyrzucenie z pracy, uczeń - zwolnienie ze szkoły i przeniesienie do innej. Ale co tam. Kto tam wtedy przejmował się polityką. Piło się dużo i często, wódka była tania ( jak dzisiaj) i kto był w pijanym widzie nie zajmował się polityką tylko kacem porannym . Każdy czekał na sobotę i godzinę 13.00 i wtedy to już były tylko zabawy, tańce, dancingi , ogniska na wolnym powietrzu, gitary i piosenki. Wino „Patykiem Pisane” , wino owocowe „J-23” - były tanie i dobre. Dobre - bo tanie. Wódka czysta z niebieską ( siwucha) i czerwoną nalepką ( strażacka). Gitary elektryczne produkowało się własnym sumptem z grubej deski. Seksualne wygibasy w krzakach i zaroślach trwały od sobotniego wieczora do poniedziałkowego poranka . Kiedy to trzeba było pójść znowu „do pracy”. By tam jako tako wytrzeźwieć. Do hotelu nie wolno było przyjść z panienką, bo sprawdzano, czy jest się małżeństwem ( w dowodzie osobistym) . Dwóch pederastów natomiast mogło bez mrugnięcia okiem portiera zameldować się w jednym pokoju, nawet jednoosobowym z jednym łóżkiem. W tym ostatnim względzie nic się nie zmieniło do dzisiaj. Nawet jak zgubiło się klucz od domu - nocleg w hotelu dla mieszkańca tej samej miejscowości wymagał niemal policyjno -żandarmeryjnego śledztwa. Skwierzyna była dużym garnizonem wojskowym, gdzie z ogromną tajemnicą ( znaną wszystkim mieszkańcom) przechowywano rakiety do których przewidziano głowice jądrowe. Polowa Techniczna Baza Rakietowa.
Dodatkowe poczucie bezpieczeństwa - przed atakiem amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich NRF- owskich odwetowców, dawała sowiecka jednostka łączności sąsiadująca przez płot z polską bazą rakietową. Wojska w miasteczku było pełno. Już po przejściu torów kolejowych zaczynało się królestwo Ludowej ( polskiej) i Czerwonej ( sowieckiej ) armii. Garnizon położony był na skraju miasta. Prowadziła do niego porządnie wybrukowana ( poniemiecka) ulica aż do bramy garnizonu. Od torów było to kilkaset metrów. Ciągnęły się wzdłuż niej koszary wojskowe polskiego garnizonu i tuż przy nich , solidny mur radzieckiej jednostki łączności. Część polska niczym nie różniła się od rosyjskiej – były to te same poniemieckie, pruskie budynki.
Jedyne, co je na pierwszy rzut oka różniło to okna. Rosyjskie, w których brakowało szyb, były zaklejone tekturą i gazetami.
Po lewej długi szereg piętrowych willi, z ogrodami-placykami zabaw dla dzieci. Mieszkali tam oficerowie, podoficerowie, praporszczycy rosyjscy i ich rodziny. Za przedwojennym, porządnym, ogrodzeniem nie widać było żadnego ruchu.
Idąc do miasta przez tory przechodziło się nieciekawą ulicę ze starymi domami, zaniedbanymi, jak wszędzie w takich miasteczkach.
Metaliczny zapach torów kolejowych, zmieniał się w balsamiczną woń napływającą z uliczki po lewej, gdzie mieściła się miejscowa wytwórnia wędlin.
Na początku ulicy znajdował się park przy stacji kolejowej, a w nim pusty, wysoki piedestał z szarego, błyszczącego granitu, po jakimś niemieckim pomniku . Otoczony dostojnymi, wysokimi tujami.
Na marmurze widoczne były ślady po poodbijanych literach.
Sprawiało to tajemnicze wrażenie, bo cokół był mało widoczny, jeśli nie zaglądnęło się do zagajnika z tujami.
Dalej parterowe poprzyklejane do siebie stare domki, wreszcie kilka dwupiętrowych niedużych bloków, w tym jeden wojskowy. Skrzyżowanie, obok remizy straży pożarnej i starego kościoła z anglikańską wieżą.
Tu domki były wyższe, stylowe. Stały tuż przy ulicy – to była „starówka” miasteczka jeszcze z czasów III Rzeszy.
Most na Warcie widniał po lewej, na końcu wznoszącego się podjazdu. Park po prawej, czyli trochę drzew i ławek z betonową podstawą – koszmarnymi, jak wiele innych rzeczy w tych latach.
Nieduża budka gastronomiczna na skraju parku. Duża część parku ogrodzona była niechlujnie siatką metalową. Budowano pomnik Jagiełły.
Koło szpitala aleja wysadzana starymi olbrzymimi kasztanami, rosnącymi na brzegach wąskiej rzeczki-kanału, wypływającej z bagiennych terenów za miastem i niknącej pod ulicami miasteczka. Woda wypływała z podziemi na łąki za miastem i wpadała do niedalekiej Warty. Aleją kasztanową płynęła czysta, przejrzysta woda ( za Niemca był to strumień „Katzbach”). A zaczynał swój bieg za obecną ulicą Sobieskiego i za nowym cmentarzem na bagnach. W wielkich zaroślach w lesie. Dzisiaj jest tam małe jeziorko, staw - bajorko.
Aleja była urocza. Panował na niej głęboki cień od wiekowych kasztanów i spokój. Mało kto tamtędy przechodził. W dzisiejszym budynku policji był jedyny w miasteczku hotel. Jak na takie miasteczko posiadał nawet jednoosobowe pokoje i to z umywalką. WC było na korytarzu. Był to niesłychany luksus. Nie było żadnego osiedla domków za szpitalem. Były nieużytki. Stary cmentarz z kaplicą był zarośnięty i było na nim dużo starych grobów. W większości z niemieckimi epitafiami. W domu kultury - naprzeciwko budowanego pomnika - w soboty , w małej salce na parterze odbywały się potańcówki. Na których miejscowy zespół wyśpiewywał skoczne piosenki w rodzaju :


„Niech żyje nam armia czerwona
W swych sojuszników uzbrojona
Niechaj nam żyje baćka Stalin
I jego armia co ze stali”.

Kawały polityczne opowiadano często i namiętnie i nawet nierozumnie – bo donosicieli ( jak wyżej wspomniano) było średnio 1 na 1 obywatela. Pół na pół.
A miejscowe, wykąpane i czyściutkie dziewczęta , w tanich ale ślicznych , kolorowych, dziewczęcych sukienkach z perkalu - tańczyły tam z chłopcami i żołnierzami. W wielkim ścisku i gorącu. Bo salka była mała, zaś chętnych do zabawy dużo. Dziewczęta nie miały wymalowanych paznokci, drogich kreacji , szpilek na 10 cm obcasie i złotej biżuterii. We włosach miały wstążki za grosz , a wyglądały jak księżniczki. Młodość dodawała im uroku.
Lato było gorące bez kropli deszczu.


2018 (pół wieku później)

Idę przez miasteczko po 50 latach. Nie mam trudności z rozpoznaniem ulic. Zaczynam od stacji kolejowej na której kasy biletowe są nieczynne. Dworzec sprawia w wrażenie wymarłego. Pozamykany na 4 spusty. Toalet nie ma. Zabite deskami. Ceglane ściany stacji wysmarowane napisami farby w sprayu. Cisza. Tory zapomniały już jak po nich jeździły pociągi do Poznania i do Krzyża. Nie zobaczymy już potwora ziejącego dymem, ogniem i parą – czyli parowozu, jak przed 50 laty . Kursują małe pociągi podobne do dłuższego autobusu. Szynobusy. W autobusach prawie pusto – to luksus . Nie trzeba bić się o samo wejście do środka , ale nawet można wybierać sobie miejsca jakie nam się podoba. Przy oknie – proszę bardzo . Z tyłu – czemu nie. Po prawej przy samych drzwiach – raczej nie, kierowca chce mieć dobrą widoczność na drogę po prawej. Nikt nie odważy się zapalić papierosa , także i w pociągu. Nie ma w pociągach wagonów dla palących. Nawet na ulicy nie wolno palić. Nie wolno pić piwa na ulicy. Chyba, że na ulicy jest mały płotek przy piwiarni i wtedy – za sztachetkami ( zasiekami) - już można. Nie ma już cokołu po niemieckim pomniku , który stał otoczony i zamaskowany tujami. Droga do jednostki wojskowej taka sama jak przed 50 laty. Ale nie ma już sowieckich praporszczików i lejtienantów ( toże blać sierżantów) w domkach- willach po lewej. Gdzie przed wojną mieszkali oficerowie niemieccy Wehrmachtu. Nie ma rosyjskiej jednostki łączności w garnizonie, zapewniającej kontakt bojowy wojsk sowieckich w CCCP i w NRD. Wyjechali do Rosji.
Za to stacjonują tutaj również obok polskich zawodowych szeregowców również żołnierze amerykańscy. Niektórzy czarnoskórzy. Afroamerykanie. Nie murzyni. Nikomu nie wpadnie do głowy by ich tak nazwać . Nie wypada, poza tym mogliby nas poczęstować w rewanżu „białasem”. Ci Amerykanie bronią nas teraz przed imperializmem Federacji Rosyjskiej. To nawet jest dużo ciekawsze niż konfrontacja socjalizmu i komunizmu z imperializmem amerykańskim jak przed 50 laty. Teraz starcie byłoby dużo poważniejsze – imperializm zachodni, przeciwko azjatycko-bizantyjskiemu z Kremla. Na ulicach jednak nie widać w ogóle żołnierzy ani tych zza oceanu ani naszych w mundurach. Amerykanie siedzą w koszarach a nasi chyba chodzą w cywilnych ubraniach. Przed 50 laty zdjęcie przez żołnierza służby zasadniczej munduru nawet na urlopie było zakazane. I karane prawie jak dezercja. Zmiany powinny nas nauczyć , że w życiu nie należy się niczemu dziwić.
NICZEMU – bez wyjątku.

Na podwórzu Liceum cisza. Na przystanku autobusu nie ma tłumu czekających. Za to po ulicach jeździ ogromna ilość samochodów prywatnych. Trzeba uważać przy przechodzeniu przez jezdnię. Mój stary hotel, który dawniej przygarniał mnie nie zawsze czystą pościelą, jest teraz we władaniu policji. Ładnie wyremontowany. Kościół Zbawiciela i jego ogrodzenie rozpoznaję bez trudu. Również widzę, że jak mnie przybyło 50 lat, on dalej czeka na odnowienie, remont , restaurację. Tuż za nim próbuję nosem odnaleźć zapach małej piekarni gdzie kupowałem pieczywo, bułki i chleby, rogaliki o niebiańskim smaku. Nie ma już niestety przybytku „chleba naszego powszedniego”. Szkoda.
Straż pożarna ładnie wyremontowana. Jacyś młodzi ludzie ( ochotnicy) w uniformach strażaków przeglądają sprzęt. Coś nowego przede mną: dwupasmowa ulica. Muszę trochę zaczekać, ruch spory - nie będę ryzykował, choć wielu kierowców przepuszcza pieszych - mnie się nie śpieszy. Nie mam do czego. Znikła na rogu budka totolotka. Jedyna wtedy w miasteczku. Teraz jest i na stacji paliw i w markecie i „salonie gier”.
Tylko grać!!!
Natomiast po prawej widzę piękny market. Jak pałac, jak świątynia. Nie ma wody w rowie na alei kasztanowej. Sucho. Cała aleja choć kasztany nie znikły- albo straciła coś ze swojego uroku albo zawstydziła się , że jeszcze żyje – jak ja. Kawiarnia po prawej istnieje dalej. Ale już na rogu nie ma restauracji gdzie zamawiałem tzw. „chłopskie żarcie” , albo smaczną jajecznicę na kiełbasie i boczku . Jest teraz sklep z talerzami i innymi bardzo potrzebnymi przedmiotami. W sklepiku gdzie pani sprzedawała kapustę kiszoną jest teraz biuro. Pani od kapusty zawsze wymagała naczynia na kapustę. Torebek plastikowych wtedy nie było a pakować w papierową zabraniały jej przepisy albo zły humor. Humor miała przeważnie zły. Kapusta zaś była smaczna i dobra. Koło ratusza jedyna kiedyś w miasteczku apteka dalej funkcjonuje. Jednak ma liczną konkurencję – co krok spotykam inne prywatne apteki – kiedyś zjawisko niespotykane. Na schodkach domów i na ławkach siedzi cały czas sporo ludzi nieogolonych , nie ostrzyżonych , pachnących piwem. Zaczepiają mnie bo wiedzą, że nie jestem stąd.
„Kierowniku papierosa”, „złotóweczkę na pyweńko” .
Grzecznie bez zdenerwowania odmawiam. Nie wolno dawać. Jeden wyłom i będę musiał dawać stale. A jeszcze dzisiaj nie wyjeżdżam. Mówię: im że nie mam , że nie palę od 30 lat, wreszcie - że mam złotówkę ale na co innego. Albo mówię ,że nie mogę dać. Rozumieją. Mówię do nich zwalniając krok i patrząc przyjaźnie. Wiem, że nie wolno się zatrzymywać. Ale i nie wolno się denerwować.
Coś nieładnie pachnie od rzeki. Jak kapusta, ale mocno zepsuta. Idę zobaczyć co to - bo w tym miasteczku zawsze pachniało. Wieczorem np. z ogrodu przy willi pani fotograf ( śp.) w uliczce niedaleko kina, pachniało odurzająco maciejką. Fotograf robiła ładne zdjęcia ślubne i wszelkie inne. Świeć Panie nad Jej duszą.
Już widzę - nad rzeką pracuje oczyszczalnia ścieków. Rzecz pół wieku wcześniej rzadko spotykana w Polsce. Ale przecież wiatr ma to do siebie , że nie zawsze wieje od rzeki. Zmartwieniem są więc obdzielani sprawiedliwie wszyscy - we wszystkich kierunkach. I rzeka jest czysta - czym dawniej specjalnie się nie martwiono. Idę pięknym deptakiem pomiędzy zabytkowymi domami starówki miasta. Już nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądała w tym miejscu ulica. I ruch kołowy na niej.
Ratusz jakby pojaśniał, dawniej stał sobie skromnie schowany sielsko pomiędzy drzewkami , chodnikami , klombami kwiatów i trawnikami. Teraz cały plac jest wybrukowany. Granitem. Są lampy i fontanna. Odwiedzam stary poniemiecki most. Nie ma go. Nie ma charakterystycznych stalowych łuków. Jest współczesny most. Nowy. Silny. Wytrzymały. Nie ma też starego betonowego mostu w kierunku na Murzynowo. Zawsze zachodziłem w głowę skąd ta nazwa .Ale być może jak już spoza Odry dotrą rzesze ludności z Nigerii, Somalii , Etiopii wreszcie nazwa zyska uzasadnienie. Może to 50 lat temu stanowiło przepowiednię??? Np. przybycie czarnoskórych żołnierzy USA i NATO do jednostki w Schwerin. W zastępstwie Czerwonej Armii i Układu Warszawskiego. Po grzbiecie przechodzą mi ciarki. Transcendencja coraz bardziej mnie przekonuje.
Z wiekiem.
Koło pomnika Jagiełly rondo - coś nowego. Bo i ruch większy. I znowu parę dużych marketów wokoło. Chyba ludzie przez te 50 lat wzbogacili się bo ruch w nich spory. Coraz to ktoś wyjeżdża z dużym wózkiem wyładowanym całą masą różnych kolorowych gówienek w 20 rodzajach smaku i 30 odmianach zapachu. I tutaj gubię się. Chcę kupić zwykłe mleko, zwykły ser biały i zwykły chleb. Ale na półkach jest tyle przeróżnych odmian tego jadła, że trudno wyczuć, które nadaje się do jedzenia. Jak dawniej. Co mnie zniesmacza. Dziewczęta nie uśmiechają się zalotnie do chłopców jak kiedyś .Nie rumienią się. Jak kiedyś. Raczej taksują ich chłodnym wzrokiem jak stary handlarz z końskiego targu. Gdzieś znikł ich dziewczęcy urok. Kasjerka w markecie , młoda, sprytna - bezczelnie usiłuje mi wydać resztę zamiast z 200zł - tylko ze stu. Trzykrotne, twarde i zdecydowane upomnienie przywołuje ją dopiero do porządku. Tracę przez to do niej całą męską atencję i elegancję jaką zawsze miałem do kobiet. Dziewczęta prawie wszystkie chodzą dziś w tych samych spodniach co mężczyźni co pozbawia ich kobiecości i czaru. I one i mężczyźni na ulicy klną jak szewcy. Co drugie słowo to „k...a”. Gdzież te czasy , gdy za takie słowo dostawało się od dziewczyny w tzw. pysk i jeszcze trzeba było uprzejmie przeprosić. Obyczaje nie poszły jednak z cywilizacją i postępem w parze. Ludzie się zdehumanizowali a zwierzęta odwrotnie. Dzisiaj poczciwe Burki nie zdychają tylko umierają… Telewizja donosi o 3 latach więzienia dla sprawcy , który znęcał się nad psem. Może wystarczyłaby 3 miesięczna bezpłatna praca w schronisku dla psów, kotów, białych myszek i szczurów. Śmierć człowieka jest dziś z kolei banalnym i pospolitym epizodem. Pełno ich ( malutkich haukaczy i cwajnosów wielkości cielaka) na ulicach i pełno ich produktów przemiany materii na trawnikach i chodnikach. Trzeba uważać jak na miny. Pieski lepiej są traktowane niż ludzie. Dawniej jeśli już jakimś przypadkiem pies znalazł się sam na ulicy - schodził ludziom z drogi. Dzisiaj ludzie muszą schodzić z drogi psom. Czort wie czy nie ugryzie i jeszcze będziemy odpowiadać za zdenerwowanie i stres czworonoga. Może właściciel oskarży nas o to, że nie byliśmy zaszczepieni i pies dostał od nas jakiejś wstrętnej infekcji.
Nie samym chlebem jednak człowiek żyje.
Więc idę za miasto do lasu, gdzie chodziłem ze swoją miłością i gdzie na cichej, spokojnej polance tysiące razy zapewniałem ja, że ją kocham i że nic nas nie rozdzieli.
Aż do śmierci.
Tylko, że młody człowiek nigdy nie wyobrazi sobie ,że kiedyś umrze. Stąd jego przysięgi są naprawdę szczere.
Mojej polanki nie ma.
Las wycięto.
Stoi tutaj za to jakaś fabryka.
Ale słońce jest to samo. Niebo to samo. I gdy przyjdę tu nocą, nad moją głową będą te same gwiazdy co pół wieku temu. Będą patrzeć na mnie milcząco i obojętnie . I czekać (będą) na mnie. Wiszą na niebie od milionów lat i mają dla mnie i wszystkich , którzy na nie patrzą- tak samo dużo czasu, jak przed tysiącami wieków. Mówię do nich szeptem: „do zobaczenia”. Wiem, że słyszą mnie doskonale . Bo mrugają przyjaźnie swoimi srebrnymi oczami.

© Marek Mozets. 2018.

Tagi:

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1885

Schwerin 1968 i 2018

Post#2 » 9 sie 2018, o 18:06

O'rany! I Ty wszystko wklepałeś, używając komórki?

Nie myślałeś czasem, aby to, co powyżej, przerobić na prawdziwy felieton.

Chętnie bym przeczytał raz jeszcze. Korci mnie, by pojechać do Skwierzyny.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 990

Schwerin 1968 i 2018

Post#3 » 9 sie 2018, o 20:19

Bardzo dobrze czyta się takie teksty. Dla niektórych wspomnienia, dla innych historyczno – dydaktyczny wykład, który powinien być lekturą obowiązkową; nie wolno zapominać o przeszłości, ani jej lekceważyć. Porównania epok (to chyba właściwe określenie) i pozbawione bezkrytycznej akceptacji spojrzena na współczesność – również interesujące. Oby więcej takich opowieści!

Ale czasem trochę przesadzasz:
Wtedy władza poprzez donosicieli ( było ich przeciętnie 1 donosiciel na 1 obywatela)

Aż tak – to nie (w Sowietach i Enerdowie, może i tak było),

Ponieważ w społeczeństwie, od wojny, wybito prawie całą inteligencję

Jednak sporo zostało i jeśli nie odzywali się w polityce, to jakoś żyli i pracowali.

Książeczka Orwella „Rok 1984” była zakazana i tylko urząd cenzury na Mysiej wiedział co w niej jest.

Nie tylko. Tzw „drugi obieg” był dość prężny i sporo czytałem takiej literatury (łącznie z Orwellem).

A żebractwo było tolerowane tylko pod kościołem lub cmentarzem.

W moi mieście na głównej ulicy też się zdarzało.

Piło się dużo i często, wódka była tania

Z tym się nie zgodzę. CCK kosztowała 80 zet + 3 za butelkę. To było dużo.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 487

Schwerin 1968 i 2018

Post#4 » 12 sie 2018, o 10:35

Podobnie można by opisać losy wielu miejscowości na tamtych terenach, bo są podobne.

Z początku myślałem, że to będzie o niemieckim Schwerinie.
Skwierzyna nazywała się bowiem "Schwerin an der Warthe".

Jak zwał, tak zwał, tekst bardzo ciekawy.
Pozdrawiam.

Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość