Ogłoszenia 

 

Konkurs na drabble Tęsknota za latem - zapraszamy do oddania głosów na najlepszy tekst! Trwa dogrywka  

 

Automatyczne wcięcia akapitowe na forum 

Litania do ciszy 1.

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Agnieszka ARK
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85
Zobacz teksty użytkownika:

Litania do ciszy 1.

Post#1 » 2 gru 2019, o 13:20

Moja historia o ojcu jest jak porwane wersy w chaotycznym wierszu. Tak jak mój życiorys, który nawlekam na igłę i „dziergam” na sztywnym materiale raz lepiej raz gorzej. Przerwy w ściegu tak jak w moim życiu są czasem bardziej lub mniej wyraziste. Innym razem wyglądają jak „gwiazdy” poety. Poeta pisał o gwiazdach rozpuszczonych w łzach. Nie rozumiałam tych gwiazd, tak jak nie rozumiałam czasem własnego ojca. Nie rozumiałam, ale kochałam i czułam, że on też kocha mimo choroby. 

 

- Twój tata, mimo że skończył siedem klas był bardzo inteligentnym, mądrym człowiekiem – usłyszałam od sąsiadki. 

 

Był też przystojny. We wsi mówili na niego Kloss albo szlachcic. 

 

- Idź do Klossa – mówili miejscowi. - On ci pożyczy, on pomoże. 

 

Nienawidził systemu. Kiedy wypił za dużo zawsze przeklinał Lenina, Stalina i różnych kacyków. 

 

Zazwyczaj przeklinał głośno, leżąc na łóżku. Kiedy zasypiał, podchodziłam do niego po cichu, niemal na palcach i nadsłuchiwałam, czy jeszcze oddycha, czy jeszcze żyje. 

 

To od niego dowiedziałam się o Katyniu. W szkole o tym nic nie mówili. Było jedne wielkie cii... 

 

Mama czasem broniła ustroju – wciąż widziała cukierki lecące z nieba od dobrego wujka Stalina – i też mówiła: cii... 

 

Tata wtedy krzyczał zdenerwowany: 

 

- Co, kurwa, cii?! Co?! 

 

Czasem zadawał nam znienacka pytania, gdy widział, jak siedzę nad podręcznikiem w kuchni. 

 

- A kto był ostatnim królem Polski? 

 

- Car Mikołaj Pierwszy – odpowiadała dużo starsza siostra. 

 

- Ja nie wytrzymam z wami! - krzyczał i wychodził, trzaskając drzwiami. 

 

Pierogi ruskie na obiad oznaczały wojnę domową. Ojciec ich nienawidził. W kuchni rządziła babcia. Mama była od „czarnej” roboty w polu i w gospodarstwie. Babcia niestety nigdy nie zaakceptowała mojej mamy. Uważała, że związek moich rodziców to czysty mezalians. Nigdy nie pogodziła się z faktem, że ukochany syn zakochał się w aczkolwiek pięknej, ale biednej kobiecie. Pewnego dnia, gdy ojciec wrócił z pola, krzyknął: 

 

- Znowu ruskie?! 

 

- Cicho, Tadziu, cicho – uspokajała biedna babcia. 

 

- Przecież obiecywałaś, że już nie będzie ruskich! - krzyczał 

 

- Mała lubi – odpowiadała babcia, zerkając nieśmiało na mnie. 

 

Pamiętam też taką scenę. Babcia już wtedy nie żyła. Mama ugotowała czarninę, za którą tata bardzo przepadał. Właśnie miałam zmywać i część fusów po herbacie wlałam do garnka z zupą. Gdy mama to zobaczyła, wzięła wazową łyżkę i zaczęła nią okładać moją nieszczęsną głowę. Bolało. 

 

- Co ja teraz dam ojcu na obiad?! - wołała. - Ty mamejo jedna, ty niezdaro! 

 

Tymczasem, gdy tata wrócił z pola, zjadł czarninę, oblizał się, wytarł usta rękawem od swetra i uśmiechnięty, powiedział: 

 

- Pyszna. 

 

Uwielbiałam ten uśmiech. Mama też się do mnie uśmiechnęła, jakby nigdy nic, ale łyżki wazowej nie zapomniałam. Pierwszy raz mnie wtedy uderzyła. Na szczęście ostatni. 

 

 

 

To tata pokazał nam zdjęcia zamordowanego księdza J. Popiełuszki: 

 

Pewnego dnia wpadł do pokoju i rzucił drastyczne czarno-białe fotografie na stół. 

 

- Zobaczcie, co teraz skurwysyny zrobili! - krzyknął roztrzęsiony do babci i mamy. - Popiełuszkę zabili. Zbyszek przemycił te zdjęcia. 

 

Nie rozumiałam jeszcze wtedy, o co w tym wszystkim chodzi, kto to był Popiełuszko, byłam zbyt mała, ale gdy zobaczyłam zmasakrowaną twarz człowieka w czarnej sutannie, poczułam jakby ktoś rzucił czarną rękawiczką w moją jasną, dziecięcą twarz. 

 

- Tatusiu, dlaczego ten ksiądz nie żyje? – spytałam wystraszona. Bałam się tego zdjęcia. 

 

- Zbóje go zabili, zbóje – odpowiedział przygnębiony. - To był dobry ksiądz, to był dobry ksiądz – powtarzał jak mantrę. 

 

Gdy zaspy stały się tak duże, że można było lepić igloo, przyszły wełniane kapy, którymi zasłaniano w moim domu drzwi i szczeliny w oknach. Wtedy tata pokazał inne zdjęcie, tym razem zrobione przez wujka Zbyszka. Na dziedzińcu kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu stał duży fiat: w bagażniku na sianku leżała figurka małego Jezusa otoczona girlandą z choinkowych świeczek. Wszystko błyszczało, tylko wokół stały trzy słupy, a na nich długie, czarne kapy. Dopiero po latach zrozumiałam symbolikę tego czarno-białego zdjęcia zrobionego przez wujka Zbyszka. 

 

 

 

Wujek Zbyszek był fotografem i mężem siostry ciotecznej ojca – Heleny. Tata bardzo lubił Zbyszka. Gdy Zbyszek w latach osiemdziesiątych został internowany za zdjęcia i siedział w „internacie” w Białołęce, Helena przyjeżdżała do nas ze swoimi małymi dziećmi. Helena i Zbyszek bardzo się kochali. We wsi ludzie śmiali się z Heleny. Była inna, nie rozumieli jej. Włosy spinała w kucyk frotką zrobioną ze skarpetki. Nosiła przeważnie dżinsy lub zakładała rozciągnięte dresy, a to się nie podobało. Babcia nie raz wysłuchiwała skarg ze strony miejscowych, że Helena warszawianka, a ubrać się nie umie. Bardzo lubiłam Helenę. Fajna z niej była kobietka na luzie, nie na pokaz. 

 

Pewnego dnia tata powiedział do mnie, gdy wracaliśmy z pola: 

 

- Wujek Zbyszek z ciocią Heleną wyjeżdżają do Niemiec. 

 

- Jak to? - spytałam i zrobiło mi się smutno. - Na długo? 

 

- Na zawsze. Nie będą mogli wrócić, przynajmniej teraz, chyba że coś się zmieni. 

 

 

 

 

 

- Twój tata był zdolny tylko leniwy, wolał grać w piłkę z chłopakami, niż się uczyć- mówiła ciocia Jadzia, starsza siostra ojca, ta która przywoziła mi gumy Donald. - To dlatego nie poszedł na studia. Ach, zmarnował się na tej wsi. Z jego inteligencją mógłby zająć jakieś kierownicze stanowisko. 

 

- Ale miał głowę do gospodarstwa, dobrze je prowadził, gdy nie pił. Kochał ziemię – starałam się go bronić. 

 

 

 

Pewnego dnia ziemia go przebiła, a dokładnie brony, które w nią „wrosły”. Nie dostrzegł pod wyrośniętą trawą tego sprzętu, który zostawił na polu rok temu. Gdy zeskoczył z wozu, ostrza przebiły gumofilce i uszkodziły stopy. Na szczęście obrażenia nie okazały się zbyt duże i głębokie, i szybko doszedł do siebie. 

 

Ciocia Jadzia opowiadała mi, że tata kochał i szanował swojego ojca. Kiedyś stał na podwórku z kolegami. 

 

- Ej, chłopak! - zawołał dziadek – Chodź no tutaj i sprzątnij tę kupę po koniu. 

 

Tata poczerwieniał, ale wykonał posłusznie rozkaz. 

 

Jadzia opowiadała też, że dziadek był bardzo dobrym człowiekiem. W 1920 roku walczył z bolszewikami. Ciężko pracował, by pozostałe dzieci skończyły studia. Jadzia bardzo przepadała za swoim ojcem, a moim dziadkiem. Tata był synkiem mamusi. Babcia nie raz walczyła ze swoimi siostrami o ziemię po swoim ojcu, a moim pradziadku. Walczyła o ziemię, o sprzęty. Wszystko dla syna Tadeusza. Walczyła dla ukochanego, najmłodszego Tadzia – mojego ojca. 

 

Nadopiekuńcza to była miłość. 

 

Jadzia uczyła się na SGPiS, a Bronek starszy brat ojca studiował medycynę w Warszawie. 

 

Jadzia została dyrektorem do spraw ekonomicznych w pewnym szpitalu, wyszła za pediatrę (późniejszego doktora nauk medycznych i ordynatora oddziału dziecięcego). Mówiła, że za darmo przyjmował biedniejszych pacjentów. Urodziła mężowi córkę. 

 

Ojciec nie przepadał za ciocią Jadzią. Babcia często ją odwiedzała. Gdy wracała od jedynej córki, przywoziła torby pełne płatków płatków kukurydzianych dla mnie, które jadłam na śniadanie z mlekiem. Byłam niejadkiem, ale płatki bardzo lubiłam i jadłam zachłannie. W komunie takie płatki to był rarytas. 

 

- Jebana komunistka! – mówił o cioci Jadzi do babci. - Znowu płatki dała? 

 

Wtedy pokarm stawał mi jak ość w gardle i nie wiedziałam, czy dalej jeść, czy nie. 

 

Gdy zmarła babcia, Jadzia zaraz po pogrzebie zdjęła ze ściany rodzinne portrety i fotografie. 

 

- Zabieram! Jeszcze sprzedasz! - krzyknęła do ojca. 

 

Rozpłakał się jak mały chłopiec. Po raz pierwszy zobaczyłam wtedy jego łzy. 

 

 

 

Bronek – starszy brat taty ożenił się z lekarką, córką żołnierza AK zamordowanego przez hitlerowców. Zrobił docenturę z neurologii. Wstydził się, że jest ze wsi. Miał też żal do babci i mojego ojca, że nie został spłacony. Przyjeżdżał często do nas po tzw. „wałówki” na które składały się mięso, jaja, pączki, ciasta. Jego zagraniczny samochód robił wrażenie we wsi w tamtych czasach. Nie pamiętam, by przyjeżdżał dużym fiatem czy polonezem, zawsze miał coś lepszego. Po śmierci babci też czasem przyjeżdżał. Mówił, że najlepsze kotlety robi Krysia, czyli moja mama. Starał się też załatwić szpital ojcu, w którym ten bezpiecznie zniósłby terapię antyalkoholową. 

 

Tata opowiedział mi kiedyś pewną historię związaną z Bronkiem. 

 

Była tęga zima. Bronek wracał do domu ze studiów. Dziadek nakazał ojcu wyjechać po brata saniami do przystanku autobusowego. Bronek już miał wysiadać, już przystanek był blisko, tuż tuż, ale w ogóle nie ruszył się z miejsca. Podeszła do niego jedna z sąsiadek i powiedziała: 

 

- Czemu pan nie wysiada? Brat chyba wyjechał... 

 

- Nie, ja nie tutaj – odparł i pojechał dalej do pobliskiego miasteczka. 

 

Bronek tak się wstydził swojego pochodzenia, że nie zaprosił nawet matki na ślub swojego jedynego syna chirurga, który potem zmarł w młodym wieku na zawał. Wstydził się nadal. Przecież na weselu syna śpiewała znana piosenkarka, więc jak mogłaby się jeszcze wieś pojawić?! Przyjechał po weselu, pokazał zdjęcie ślubne chirurga, a babcia rozpłakała się głośno. Ojciec też miał niewesołą minę, w końcu chirurg był jego chrześniakiem. 

 

- O nie, kurwa! - krzyknął. - Już od nas nie dostanie nawet kawałka mięsa! Chore to wszystko! Chore. Żeby wstydzić się rodziny?!... Własnej matki?! 

 

Zawsze byłam zdziwiona, dlaczego rodzeństwo ojca dostało się na studia, bo w szkole podstawowej mieli przeciętne oceny. Nie, to nie to, że chcę pomniejszać ich zdolności. Przypuszczałam, że zostali przyjęci dlatego, bo dziadek długo nie siedział w więzieniu w okresie stalinowskim, a babcia nie musiała do końca jego życia prać poplamionych krwią koszul. 

 

Dziadek został aresztowany za partyzantów „bandytów”, których ukrywał i pomagał jak mógł. Ojciec mówił, że wspierał tych, którzy nie zabijali cywilów, tylko walczyli z okupantem. 

 

Dziadek też siedział za ziemię – miał jej sporo, a to władzom się nie podobało. 

 

 

 

Ciągle, ciągle mi brakowało ojca. Nie było go, bo dużo pracował albo za dużo pił. 

 

Kiedy miał kaca, często przychodził do mojego łóżka. 

 

- Jagusia, boję się – mówił i kładł się obok mnie. Ale zaraz wstawał i szybko odchodził. 

 

Ja też czasem kładłam się obok niego. Kiedyś – miałam kilkanaście lat - leżąc przy nim, oglądałam horror. Wystraszyłam się, chwyciłam go mocno za dłoń. Zrzucił mnie z łóżka. 

 

 

 

Lepszy mój ból, niż jego wstyd. 

 

 

 

Potem już nigdy obok niego nie leżałam. 

 

Uczył mnie jak mógł. W pamięci utkwił mi taki obraz: stoję przed furtką z paczką herbatników w dłoni i rozmawiam z najlepszą koleżanką, Izą. Ojciec właśnie wchodzi z ulicy. Częstuję koleżankę:” Iza, masz ciacho”, a on poprawia mnie, akcentując ostatnie słowo: 

 

- Jagusia, nie mówi się „masz”, należy powiedzieć proszę.


Tagi:

Awatar użytkownika
Woogi
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85
Zobacz teksty użytkownika:

Litania do ciszy 1.

Post#2 » 2 gru 2019, o 13:39

Ciekawy tekst. Kilka błędów by się znalazło (postaram się tu wrócić i je wynotować), ale całość zapowiada się interesująco.

Agnieszka ARK
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85
Zobacz teksty użytkownika:

Litania do ciszy 1.

Post#3 » 2 gru 2019, o 15:53

Woogi cieszę się :) dziękuję.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości