Ten d r u g i (cz. IX/XI) [-ost.]

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
MostWanted
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 157
Zobacz teksty użytkownika:

Ten d r u g i (cz. IX/XI) [-ost.]

Post#1 » 21 maja 2020, o 18:52

Na ten moment nie planuję wstawiać ciągu dalszego tej historii. Tym razem trochę polityki i trochę emocji. Miłego czytania. 

 

 

grudzień 965r. 

 

Slavor wezwał Myrdraga, by omówić z nim pewne kwestie, które były głównym źródłem jego działań i rozmyślań w ostatnim czasie oraz by podzielić się wrażeniami z przebytego wcześniej spotkania. 

Po pierwsze: Geron i jego od lat trwające najazdy na ich zachodnie granice. Dopiero teraz, w wyniku długiego procesu rozpoczętego przez dziada Slavora, a kontynuowanego aktywnie przez ojca, mógł te ziemie nazwać swoimi w niedawno powstałym państwie Polan. Po wielu latach bitew, pertraktacji, oszustw i manipulacji, to jemu w końcu udało się zjednoczyć okoliczne plemiona. Władcy poszczególnych ziem złożyli przysięgi, w których uznawali zwierzchnictwo Slavora. Nie przyszło to łatwo. Jednak zachodnie plemiona, nie mogąc dać sobie rady z Geronem, za obietnicę ochrony zgodziły się wykonać ten ruch. Co do pozostałych, Slavor umiejętnie prowadził negocjacje, pozwalając Mazowszanom Południowym i Wschodnim zachować realną władzę nad swoimi ludźmi, jednak z obowiązkiem płacenia podatku od dóbr materialnych oraz nakazem stawienia się na do pospolitego ruszenia. 

Wciąż nie było oficjalnej nazwy dla kraju, nazywano go po prostu państwem Polan; Slavor wstrzymywał się oficjalnym nadaniem miana, wahając się między Polanią a Polską, oczywiście od tytułu plemienia, z którego pochodził. 

Jakby wykorzystując zjednoczenie, ich południowi sąsiedzi, Słowacczyzna w porozumieniu z Morawami, wzięli sobie za punkt honoru uszczuplenie świeżo powstałych ziem. Szybko okazało się, że Polanie na tym etapie nie są zdolni do prowadzenia walki na dwóch frontach, nie tracąc przy tym sami zbyt wiele. Slavor wyszedł z założenia, że lepszy wróg znany niż ten zupełnie obcy i zadecydował ułożyć się z Geronem oraz skierować swoje siły na południową granicę, tereny Wiślan i Ślężan. Miał jednak nadzieję na rychłą pomoc ze strony Czech, którzy również graniczyli z państwem morawskim i pozostawali z nim w nie najgorszych stosunkach.  

W wyniku porozumienia z Cesarstwem Niemieckim zmuszony był do płacenia trybutu na jego rzecz.  

No i jeszcze ta cholerna chrystianizacja. 

Znalazł jednak sposób, by dopełnić warunków sojuszu, nie uzależniając się przy tym od Gerona, a w dodatku zyskując nowego sprzymierzeńca. 

Po drugie: chrzest. Musiał go przyjąć. I to nie tylko ze względu na to, że stanowił element ultimatum Gerona. Slavor na całą sprawę patrzył bardziej perspektywicznie. Chrześcijaństwo zdobywało coraz większe uznanie na arenie międzynarodowej. Wokół coraz więcej państw, zwłaszcza tych zachodnich, wybierało wiarę w jednego Boga. Obserwował licznych zagranicznych kupców, zwłaszcza tych włoskich, na szlakach handlowych przecinających ziemie Polan i widział, jak wielki dobytek kulturowy niesie ze sobą ta wiara.  

To już nie była tylko zmiana wyznania, ale też przyjęcie nowych nurtów światopoglądowych, kulturalnych, nawet architektonicznych. Zdawał sobie z tego sprawę doskonale, podobnie jak i z tego, że jeśli chce, aby jego państwo znaczyło cokolwiek w skali europejskiej, musi dołączyć do krajów chrześcijańskich.  

Mimo że ten krok rozrywał od środka wszystko, czego go uczono i w co dotąd wierzył, wiedział, że postępuje słusznie. Wiara w jednego Boga oznaczała postęp, którego pragnął dla swojego ludu, choć wiedział, że prawdopodobnie nie uda mu się tego osiągnąć za swojego życia. Musiał jednak rozpocząć ten proces, podobnie jak i jego dziad zapoczątkował dążenia do zjednoczenia plemion. 

Zdecydował, że mimo iż nowopowstałe instytucje kościelne wciąż będą podlegały Ratyzbonie, nadanie chrztu odbędzie się za pośrednictwem dostojników z Pragi. Zapewniało to odcięcie się od wpływu Gerona, na który tamten tak bardzo liczył. Dodatkowo Slavor zyskiwał tym samym nowego, silnego sprzymierzeńca – Czechy. 

Dlatego już wcześniej zaczął urabiać grunt, na którym miał wykiełkować jego nowy sojusz. 

Po trzecie: ślub. Z czeską księżniczką Doubravką, córką Bolesława. Małżeństwo miało dodatkowo zacieśnić więzy między państwami, a dla ogółu było dodatkowym pretekstem do przyjęcia chrztu z rąk Czechów, jako że Bolesław oznajmił, że nie pozwoli, aby jego córka spędziła resztę życia w kraju pogan. Chcąc więc utrzymać sojusz, musiał przyjąć chrzest; chciał, by tak to wyglądało, choć prawdziwe powody były przecież inne. 

Slavor nie widział nigdy swojej przyszłej żony i miał w związku z tym uzasadnione obawy, bowiem Doubravka była starsza od niego o ponad dziesięć lat. Miała już wcześniej męża, o którym Slavor nie wiedział wiele więcej ponad to, że zmarł trzy lata temu. Wtedy Doubravka powróciła do rodzinnego domu, znowu stając się, choć nieco podeszłą, panną na wydaniu.  

Miał mieszane uczucia odnośnie tej kobiety. Słyszał o jej mądrości i silnym charakterze, nie do końca przystojącym niewieście. Nie wiedział, czy cieszyć się, że nabyła już doświadczenia w sprawach małżeńskich, czy też zaliczyć to raczej na poczet wad. Niewątpliwie nie stanowiła najbardziej rozchwytywanej partii: niemłoda, bezdzietna i, z tego, co zdążył się dowiedzieć, niezbyt urodziwa. Ten związek jednak był mu potrzebny, jakie więc znaczenie miały jej przymioty? 

W głębi duszy stwierdził, że nie obchodzi go to nic a nic, podobnie jak niewielką wagę przywiązywał do swoich obecnych siedmiu żon. Wiedział, że po przybyciu Doubravki zmienią się ich relacje. Poinformowano go, że w chrześcijaństwie niedopuszczalne jest posiadanie więcej niż jednej żony, także z chwilą przyjęcia nowej wiary, będzie musiał oddalić swoje poprzednie małżonki. Prawdopodobnie będzie musiał także od nowa zawrzeć małżeństwo z czeską księżniczką, tym razem w obrządku chrześcijańskim. Nie miało to dla niego znaczenia; zrobi wszystko, co konieczne. Ważne, by w odpowiednim czasie urodziła mu dziedzica, który będzie mógł kontynuować jego działania, gdy dorośnie. 

Slavor zerknął na obniżającą się tarczę słońca. Nadchodził wieczór. Przebywał w swoich prywatnych komnatach, czekając na Myrdraga. Usiadł na ławie, wbudowanej w wykuszowe okno, tyłem do zachodzącego słońca, by nie raziło go w oczy, z kielichem czerwonego wina w dłoni. Drugi, pusty kielich, czekający na jego towarzysza, wraz z prawie pełnym dzbanem, spoczywał na niewielkim stoliku w kształcie ośmiokąta, trzymającym się na wysokiej nóżce, po której wspinał się rzeźbiony wąż. Na krawędziach wyryte były motywy roślinne. 

Slavor mimowolnie przypomniał sobie, jak wiele lat temu w podobnych okolicznościach po raz ostatni rozmawiał ze swym bratem. 

Dzisiaj natomiast gościł dostojników z Pragi, którzy przybyli, by odpowiednio wcześnie omówić szczegóły przyjęcia chrztu. Szybko jednak ich spotkanie przerodziło się w długie wyjaśnienia, w których obydwaj kapłani ¬– biskupi¬ – tłumaczyli mu zasady rządzące tą nową wiarą. Slavor chętnie słuchał, uznawszy, że jego obowiązkiem jest ich poznanie. Z każdym jednak kolejnym słowem biskupów, każdą kolejną objawioną przez nich tajemnicą wiary, rósł w nim niesmak i niedowierzanie.  

Już choćby to, że fundamentem ich wyznania była wiara w jednego Boga. Dla Slavora było to nie do pojęcia. Jak jeden bóg może sprawować władzę nad wszelkimi aspektami duchowości i praw rządzących światem? Było niemożliwe, by jeden bóg równocześnie zajmował się ogniskiem domowym, uzdrowieniami, miłością, śmiercią, losem i jego skomplikowanymi drogami, a przy tym orientował się w tym wszystkim i był gotowy na każde zawołanie. Oni jednak twierdzili, że tak właśnie jest. Że ich Bóg jest wszechmocny, a przy tym sprawiedliwy i miłosierny. Że każdy może się do Niego zwrócić z prośbą o pomoc, a on go wysłucha, niosąc pocieszenie. 

Gdy Slavor to usłyszał, zdusił parsknięcie śmiechem. Bogowie tacy nie byli. Nie zniżali się do kontaktu z przypadkowymi ludźmi i nie sądził, aby ten jeden Bóg był inny w tym względzie. Zbyt silnie wiązało się to z nadwątleniem boskiego majestatu, aby narażać się na liczne, codzienne prośby zwykłych ludzi, często niedorzeczne i niepotrzebne. Po to istnieli kapłani, aby móc selekcjonować te prośby, stanowiąc pomost między bogami a ludźmi. Zresztą chrześcijaństwo także miało swoich kapłanów – księży, biskupów, a nawet odpowiednik Najwyższego Kapłana, którym był papież

Wtedy duchowni przytoczyli całą masę historii cudów, jakich rzekomo dokonywali właśnie zwykli ludzie za sprawą boskiej ręki. Slavor patrzył na nich spod półprzymkniętych powiek, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać z oczywistego faktu ich niewiedzy.  

To nie były żadne cuda, wywołane boską ręką. Wszystkie sytuacje, które przytoczyli biskupi, były wynikiem oddziaływania magii. Slavor mógł to stwierdzić z całą pewnością. „Cuda” skupiały się głównie na uzdrawianiu – aspekcie mocy najsilniej połączonym z naturą, czerpiącym energię wprost z magii żywiołów. Slavor osobiście doznał obezwładniającego wpływu tej mocy, gdy użył jej, by przywrócić wzrok swojemu bratu. Było to dla niego doświadczenie z wszech miar trudne i wyczerpujące, mimo że sam dysponował wtedy ogromną mocą magiczną. Nie było w tym jednak żadnych cudów, chyba że cudem chcieliby nazwać sam fakt posługiwania się magią. Ale ona przecież po prostu była, stały element wszechświata, niepodatny na upływ czasu, czysty i pierwotny, tak naturalny w swoim istnieniu jak powietrze czy woda. 

Biskupi jednak twierdzili inaczej. Gdy tylko wymówił słowo „magia”, rzucili się na niego z krzykiem, zaprzeczając, jakoby istniała, choć tchnienie później z surową miną obwieścili, że jest domeną wyłącznie demonów oraz sił nieczystych oraz że nadszedł najwyższy czas, aby przestać kultywować zabobonne, zgubne dla ducha i ciała teorie. 

Slavor nie odezwał się już więcej. Do końca spotkania utrzymywał chłodno uprzejmą maskę i odetchnął z ulgą dopiero, gdy wyszli i usłyszał ich oddalające się korytarzem kroki. 

Choć ulga ta była tylko chwilowa. Tak naprawdę jego głowę zaprzątały ponure myśli, dla których nie potrafił znaleźć ujścia. Dlatego tak bardzo chciał porozmawiać z Myrdragiem. Miał nadzieję choć trochę zmniejszyć ciężar, jaki opadł na dno jego duszy. 

Mistrz zjawił się cicho jak zwykle, nie pukając, wślizgując się do komnaty wraz z pogłębiającymi się cieniami wieczoru. Nie nosił maski kapłana. Slavor uważnie obserwował jego postać, gdy z kocią gracją, nie czyniąc najmniejszego szmeru, poruszał się po komnacie i stawał obok niego. Jego wzrok powędrował na twarz Mistrza, o ostrych rysach, lekkim uśmieszku w kącikach warg, mrocznych oczach, które dziś znów płonęły złotem, tak jakby kłębiły się w nim silne emocje.  

- Mój panie. – Myrdrag pochylił głowę, ale jego wzrok nie opuścił twarzy Slavora. – Wzywałeś mnie. 

- Tak, Myrdragu… Usiądź, proszę. – Slavor wciąż nie lubił, gdy kapłan zachowywał się tak oficjalnie, gdy byli sami, ukryci przed niechcianymi spojrzeniami. Myrdrag zajął miejsce naprzeciw, przyjmując pozę swobodnej elegancji. – Nalej sobie i napij się. Doskonałe wino. 

- O czym chciałeś pomówić? – zapytał Mistrz, gdy zakołysał płynem w pucharze i wziął pierwszy łyk, oparłszy się plecami o ścianę. 

Slavor westchnął i zaczął mówić o wszystkim, co zaprzątało jego myśli. Gdy końcu doszedł do tematu nowej wiary, Myrdrag napiął się ledwo zauważalnie. 

- Opowiedz – poprosił. 

Więc Slavor streścił mu przebieg spotkania z biskupami, a później przeszedł do wyjaśniania założeń chrześcijaństwa. 

- Ich Bóg stworzył zasady, którymi ludzie winni się kierować, przykazania. – Nie zdołał ukryć nuty sarkazmu w głosie. – Nie będziesz znał bogów cudzych poza mną, Nie będziesz wymawiał imienia Pana Boga swego nadaremno… 

Myrdrag prychnął. 

- Sformułowane tak, by zarazem zaznaczyć Jego pozycję i wykluczyć uznanie jakichkolwiek innych bóstw. – Wydął wargi. – Wyjątkowo egoistyczna postawa. Jednak co do imienia… - Jego oczy zabłysły. – Mądrze powiedziane. Wielu zapomina, jak wielką moc niosą ze sobą imiona. Jak brzmi Jego? 

- Nie wiem – odparł Slavor po chwili, lekko zmieszany. – Ani razu nie użyli Jego imienia…  

- No tak, wystarczy nazywać go Bogiem, skoro jest jedyny… 

-…sądzę jednak, że znajdziesz je tutaj. 

Slavor wcisnął w ręce Myrdraga dużą, grubą księgę z ciężkimi zatrzaskami z mosiądzu. Mistrz pogładził dłonią gładką skórę oprawy.  

- A to jest… 

- Tak zwana Biblia, czyli księga zawierająca wszelkie prawdy, zasady i dogmaty, z których składa się chrześcijaństwo. Ta, którą trzymasz, to łaciński przekład, oryginał został spisany w aramejskim i hebrajskim. Biskupi zalecili mi się z nią zapoznać, ale nie miałem jeszcze tej… przyjemności – parsknął Slavor. 

- Słyszałem o tej księdze – stwierdził Myrdrag z namysłem. Otworzył ją ostrożnie i przerzucił kilka kartek. Spisana była drobnym, niezwykle ozdobnym pismem, a co jakiś czas zdarzały się barwne w swoich szczegółach ryciny. Zatrzymał się na jednej z nich, przedstawiającej siwego mężczyznę, stojącego przed gigantyczną łodzią. Po jego lewej ciągnął się sznur zwierząt najróżniejszego rodzaju. 

- Interesujące – mruknął Myrdrag, wpatrując się w malowidło. 

- Możesz ją zatrzymać – zaofiarował Slavor. – Nie sądzę, abym w najbliższym czasie znalazł czas na przeczytanie tegoż wspaniałego dzieła, lecz z chęcią wysłucham, jeśli znajdziesz coś godnego uwagi. 

- Nie omieszkam cię poinformować, książę. 

- Wracając do przykazań. – Slavor upił łyk wina. – Kolejne są wręcz oczywiste, choćby Czcij ojca swego i matkę swoją, Dzień święty poważaj, Nie zabijaj… ciekawe, jak ustosunkowałby się do tego Geron, który wyrżnął dziesiątki moich ludzi w ramach niesienia nowej wiary… Nie kradnij, Nie cudzołóż, Nie pomawiaj bliźniego swego fałszywymi słowy, Nie pożądaj żony bliźniego swego, Ani żadnej innej przystającej mu rzeczy… O ile większość dotyczy czynów, dwa ostatnie mówią o pragnieniach, co wydaje mi się dość… trudne do wypełnienia, nie sądzisz? Wymaga kontrolowania własnych uczuć… co wcale nie jest proste – dodał cicho, nagle nieobecny. 

Myrdrag uniósł wzrok znad księgi. Slavor nie patrzył na niego, miast tego obracając pusty kielich w dłoniach, z zamyśleniem studiując zdobienia na jego bokach. Nagle odstawił go na stolik i podjął swą wypowiedź pewnym głosem. 

- Tak jak w przypadku grzechów, które ponoć są najsurowiej karane. – Zaczerpnął powietrza i na jednym wdechu wymienił: - Pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. Masz pojęcie? 

- Jednym słowem, wszystko to, co czyni ludzi ułomnymi, a jednak jest im bliskie jak własna skóra oraz stanowi nieodzowny element przeżywania – zauważył cicho Myrdrag. Na jego twarzy odmalował się dziwny wyraz. – Najwidoczniej w oczach Boga powinniśmy być tak doskonali, jak to tylko możliwe, wyzbywając się ludzkich słabości. 

- Dla mnie to niedorzeczne – stwierdził twardo Slavor. – Podobnie jak i cały koncept tej wiary. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo wolałbym uniknąć jej przyjęcia… jednak… nie mam innego wyjścia. Muszę zrobić to, co słuszne dla mojego ludu w perspektywie przyszłości. 

Zapadło milczenie, w którym Myrdrag uważnie wpatrywał się w twarz Slavora z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W końcu lekki uśmiech złagodził jego ostre rysy. 

- Mówisz jak prawdziwy władca. 

- Prascy kapłani powiedzieli mi, jakie kroki będę musiał wykonać w związku z wprowadzeniem chrześcijaństwa – kontynuował Slavor, ignorując stwierdzenie Myrdraga. Jego głos był poważny, lecz mówił szybko, wręcz gorączkowo, jakby chciał jak najszybciej pozbyć się tych informacji ze swoich myśli. Dłonie zacisnął w pięści. – Kroki, które będą miały na celu pozbycie się pozostałości dawnej wiary. Całkowite i ostateczne. 

Cisza. Obydwaj wiedzieli, co to oznacza. Myrdrag wyprostował się nieznacznie, wyglądając, jakby w każdej chwili gotów był zerwać się z miejsca. Jego oczy pociemniały. Slavor wbił wzrok gdzieś w róg komnaty, wiedząc, że Mistrz spija każde słowo z jego ust. 

- Wszystkie ołtarze bogów mają zostać zniszczone – rzekł Slavor pustym głosem. – Podobnie jak i miejsca odprawiania obrzędów. A także wszelkie inne przypisane im symbole. Kapłani i kapłanki mają zrzec się swoich funkcji i osobiście przyjąć chrzest, by odciąć się od poprzednich wierzeń i dać przykład innym. Biskupi wierzą, że jeśli ci, którzy dotąd pośredniczyli między światem bogów a ludzi, przyjmą nową wiarę, łatwiej będzie to pojąć zwykłym ludziom. 

- Co czeka tych, którzy… odmówią? – zapytał Mistrz cichym, złowróżbnym tonem. 

Slavor oderwał wzrok od komnaty i spojrzał prosto w złote oczy Myrdraga.  

- Śmierć. 

- Pozwolisz na to? 

Slavor poruszył się niespokojnie. Uciekł wzrokiem. Pochylił głowę, w myślach przywołując opanowanie. W końcu poderwał się z rozognionym spojrzeniem. 

- A co mam zrobić, Myrdragu? – zawołał. – Nie mam wyjścia! Muszę przyjąć wszelkie konsekwencje, jakie niesie ze sobą przyjęcie nowej wiary. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak… 

- Nie? 

To jedno, ciche słowo naruszyło granicę, którą postawił sobie Slavor. Gwałtownie zaczerpnął tchu. 

- Mydragu, ja… ja już nie widzę. Nie widzę twojej aury. Niczyjej. Kompletnie jej nie wyczuwam. – Jego głos załamał się lekko. 

- A więc już się zaczęło – wyszeptał Mistrz, jakby sam do siebie. 

- Co się zaczęło? 

Myrdrag nie zareagował w żaden sposób. Nawet się nie poruszył. Tylko patrzył, świdrował Slavora wzrokiem, aż ten poczuł, że dłużej tego nie zniesie. Pośpiesznie kontynuował poprzedni temat. 

- Mają przysłać chrześcijańskich kapłanów, księży, tak, aby mogli odprawiać nabożeństwa, a także przyuczać i mianować nowych – powiedział szybko, wbijając w Myrdraga błagalne spojrzenie. - Jest powiedziane jedynie, że ksiądz musi być niezamężnym mężczyzną, nic więcej… Myrdragu… może mógłbyś…? 

Mistrz posłał mu spojrzenie, którym można by ciąć lód. 

- Nie. 

- Wystarczy, że wyrzekniesz się dawnej wiary, o nic więcej… 

- Nie! – warknął z gniewem. – Nigdy nie wyrzeknę się tego, co mnie ukształtowało, co określa mnie całego, stanowi to, czym jestem… Nie rozumiesz… 

- Rozumiem tyle, że jeśli nie pozbędziesz się swojej nieznośnej dumy, zginiesz! – Slavor rzucił mu gniewne spojrzenie. – Czy to naprawdę tak wiele? Możesz przecież tylko oficjalnie przyjąć chrześcijaństwo, wystarczy, że nie będziesz już odprawiał rytuałów, a poza tym… 

- Nie! ¬– syknął Mistrz po raz trzeci. – Nie mogę tego zrobić, powinieneś to wiedzieć! Wiążą mnie pradawne przysięgi, na mocy których zostałem wyniesiony do rangi Najwyższego Kapłana, nie mogę ot tak ich się wyrzec! 

- Umrzesz, jeśli tego nie zrobisz! – krzyknął Slavor. 

- Umrę, jeśli to zrobię! – zawołał Myrdrag. Po chwili odetchnął głęboko, uspokajając się, ale jego wzrok dalej ciskał błyskawice. – W takim razie odejdę. 

- Ty… - Slavor zatchnął się. – Nie możesz odejść. 

- To jedyne wyjście. 

- Jesteś tutaj od tylu lat! Towarzyszysz mi od dziecka, a wcześniej mojemu ojcu! Co z Radą? Co z krajem, który istnieje od tak niedawna? Co z… 

- Byłem tu już zbyt długo – przerwał mu Myrdrag. Jego postać emanowała czymś niebezpiecznym, od czego Slavorowi przeszły ciarki po kręgosłupie, mimo że znali się tak dobrze.  

- A co ze mną? – Nawet w jego uszach zabrzmiało to dość żałośnie. 

Myrdrag uniósł brwi. 

- Jesteś już wystarczająco dorosły, aby radzić sobie sam. – Uniósł dłoń gestem nie znoszącym sprzeciwu, gdy Slavor chciał mu przerwać. – I udowadniasz to każdego dnia. Jesteś doskonałym władcą, strategiem i politykiem. Nie potrzebujesz dłużej moich rad. Już od dawna. 

- Wiesz, że nie o to mi chodziło. 

- Nie? 

- Nie, do czorta! – warknął Slavor. – Myrdragu… - Pokręcił głową z frustracją. Decyzję wypowiedzenia następnych słów podjął pod wpływem nagłego impulsu. – Nie wiem, jak jeszcze mam ci to okazać, ale miłuję cię, czy nie możesz tego pojąć?!  

Stało się. Powiedział to. Po tylu latach. 

Wstał. Na jego twarz wpłynęły czerwone plamy, wzrok był pełen ognia, gdy mierzył nim z góry swojego Mistrza. 

- Nie obchodzi mnie, w co wierzysz, w co ja wierzę – rzekł pełnym emocji szeptem – ani w co należy wierzyć. Pragnę jedynie, byś był, tutaj, ze mną. Pragnę ciebie. 

Stał przed Myrdragiem, wpatrując się weń intensywnie, wewnątrz siebie spalając się z niepewności, nie chcąc, by na jego twarzy pojawił się wyraz rozpaczliwej nadziei, jaką odczuwał w sercu.  

Spodziewał się, że Mistrz go wyśmieje. Że nie powie nic. Choć w głębi duszy liczył, że po prostu odwzajemni jego uczucia, po raz pierwszy wypowiedziane na głos w sposób tak bezpośredni. Ale na pewno nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w rzeczywistości. 

- Oczywiście, że tak! – Mistrz wstał gwałtownie i chwycił go za ramiona. Jego palce zacisnęły się z niewiarygodną siłą. Na jego twarzy malował się grymas bliski nienawiści. Slavor poczuł ukłucie strachu. – Musiałeś mnie miłować od chwili, w której mnie spotkałeś! Jednym słowem, byłeś na mnie skazany od samego początku!  

- Co… co masz na myśli? – tchnął chłopak. 

Myrdrag pochylił głowę, jakby szukał odpowiedzi gdzieś wewnątrz siebie, a na jego czole zarysowała się mała zmarszczka. Trwał tak przez chwilę, a potem nagle gwałtownie uniósł twarz i wbił w Slavora spojrzenie, w którym czaiło się wyzwanie. 

Slavor nie zdołał powstrzymać zduszonego okrzyku. Przecież… Jak to możliwe? Jego oczy rozszerzały się w czystym niedowierzaniu, w miarę gdy zauważał kolejne różnice. Im bardziej się przyglądał, tym mniej Myrdrag przypominał człowieka, który towarzyszył mu od tylu lat. Właściwie w ogóle niewiele już przypominał człowieka.  

Jego źrenice zwęziły się i stały się pionowe, jak u zwierzęcia, a tęczówki rozbłysły czystym złotem o jasnym odcieniu żółci. Rysy twarzy wyostrzyły się jeszcze bardziej, jakby kości chciały wydostać się spod skóry, która stała się blada i napięta. Po bokach szyi, za uszami, pojawiły się pasma szarawej łuski, biegnące dalej w dół pod kołnierzem szaty. Wzrok Slavora powędrował wzdłuż materiału i spoczął na dłoni Mistrza, wciąż zaciśniętej na swoim ramieniu. Mimowolnie zadrżał. Palce mężczyzny zakończone były długimi, ostrymi pazurami, których czubki mocno wbijały mu się w skórę, pozostawiając głębokie ślady.  

Slavor, wciąż pozostając w pełnym oszołomieniu, wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął policzka Myrdraga, jakby chciał się przekonać, czy na pewno jest rzeczywisty. Skóra była chłodna, ale miękka i gładka jak zawsze. Przesunął dłoń wyżej, zahaczając o ucho, ale zaraz odruchowo cofnął palce w przypływie paniki, żałując tego ruchu drgnienie serca później.  

Te uszy… były spiczaste i wydłużone.  

Wtedy Myrdrag uśmiechnął się, ukazując ostre zęby, których było zbyt wiele, z dwoma długimi kłami w dolnym rzędzie. 

- Czym ty jesteś? – szepnął Slavor, nie potrafiąc zrozumieć tego, co widzi. 

Mistrz odsunął się i wrócił na swoje miejsce naprzeciw Slavora, krzyżując ramiona. 

- Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego mój wygląd pozostaje niezmienny, mimo upływu lat? Służyłem już twojemu dziadowi, potem twojemu ojcu. Tobie towarzyszę już prawie dwadzieścia lat. Nie zastanawiałeś się, dlaczego wciąż wyglądam, jakbym ledwo przekroczył trzydziesty rok życia? 

- Ja… zastanawiałem się nad tym. Tak. 

- I co?  

- Myślałem, że to dzięki magii… - odparł niepewnie Slavor. - Że stosujesz jakiś czar, który powstrzymuje starzenie… 

- O, tak, to zdecydowanie dzięki magii. – Mistrz roześmiał się sardonicznie. – Ale nie w takim sensie, w jakim ci się wydaje. Stworzono mnie jako istotę tak bliską bogom, jak to tylko możliwe. 

- Co… co masz na myśli? – Slavor czuł, że brakuje mu powietrza. 

- Nie jestem człowiekiem. Nigdy nie byłem. Stąpam po tym nędznym świecie dłużej, niż mógłbyś sobie wyobrazić. Nie dotyczą mnie emocje, które czynią ludzi słabymi. Troska. Przywiązanie. Współczucie. Miłość. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Liczy się tylko moc i potęga. Stworzono mnie w jednym celu: bym stanowił pomost między ludźmi a bogami, przybierając miano Najwyższego Kapłana, obdarzonego przy tym potężną mocą. Mogę manipulować każdym, każdym, i nikt nie będzie w stanie mi się oprzeć. Przez ostatnie lata moim zadaniem było doprowadzenie do utworzenia silnego państwa Polan, a ty okazałeś się najlepszym narzędziem, jakie mogłem znaleźć. Wszystkie uczucia, którymi mnie darzyłeś, wywołałem umyślnie, byś bez sprzeciwu wypełniał moje polecenia, uznając je za własne. Moja rola jednak dobiegła końca. Czy teraz już rozumiesz?  

Slavor nie odpowiedział, niezdolny do najmniejszego ruchu. Krew szumiała mu w uszach. W ustach zaschło. Myśli stały się ociężałe i gęste jak smoła, gdy powoli przetaczały się w jego umyśle. Z rozpaczą popatrzył na swojego Mistrza, który siedział przed nim, beznamiętny i obcy jak nigdy wcześniej. 

Ale przecież… to niemożliwe, wołał cichy głos w jego głowie. To niemożliwe, by te wszystkie gesty, spojrzenia, słowa były tylko ułudą. Nikt nie potrafi tak grać. Musiałby…  

Musiałby nie być człowiekiem. 

Szeroko otwartymi oczami patrzył, jak Myrdrag z powrotem przywołuje swój zwykły wygląd. Zniknęły szpony, kły i łuska na szyi, uszy znów były lekko zaokrąglone. Bez słowa podniósł się, położył Biblię na skraju parapetu, obdarzył Slavora zimnym spojrzeniem i skierował się w kierunku wyjścia. 

- Nie – tchnął Slavor, ale jego głos nie był głośniejszy od szeptu. Odchrząknął. – Nie odchodź! 

Myrdrag zatrzymał się z ręką na klamce. Jego barki spięły się lekko. Nie odwrócił się. 

- Żegnaj… Mieszko. 

Odszedł, swym ostatnim słowem burząc więcej, niż mogłoby się wydawać. 

 

 

Część poprzednia

Jesteśmy ludźmi tylko w takim stopniu, w jakim chcemy nimi być.

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość