Baśnie spod Dwóch Księżyców - Opowieść pierwsza

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Zaczarowanyswierszcz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 1
Zobacz teksty użytkownika:

Baśnie spod Dwóch Księżyców - Opowieść pierwsza

Post#1 » 28 cze 2020, o 14:09

OPOWIEŚĆ PIERWSZA 

 

  

 

  

 

O narodzinach Férchéna i Falcho, i o przenikliwym spojrzeniu badacza gwiazd 

 

  

 

  

 

Férchén i Falcho byli skrzacimi bliźniętami, podobnymi do siebie jak dwie krople ciepłego deszczu podczas Pory Suszy, o włosach czarnych jak krucze pióra i oczach błękitnych jak płatki leśnych niezapominajek. Urodzili się pierwszego dnia Miesiąca Cyprysa w roku 2223 Piątej Ery, a rodzicami ich byli hafciarka Méra i wędrowny handlarz Fen. 

 

Zgodnie ze zwyczajem Leśnych Ludzi, z okazji narodzin chłopców zasadzono ich drzewa miesięczne. Mieszkańcy wioski potraktowali to raczej jako gest symboliczny, wszyscy bowiem dobrze wiedzieli, że klimat w tej części Krainy Séras w ogóle nie sprzyjał cyprysom i żadne nie rosły tu od lat. O dziwo jednak, drzewa przyjęły się, a stara Salché, którą uważano w wiosce za prorokinię i która podobno wiedziała o tajemnicach natury więcej niż niejeden druid, uznała to za znak i powiedziała, że teraz chłopcy nie tylko przejdą pod opiekę drzew cyprysowych, ale też odziedziczą ich charakter – charyzmę, polot i pęd ku nieprzemijalności. Méra jednak roześmiała się tylko na te słowa i powiedziała, że nie wierzy wcale w takie rzeczy, Pan Drzew stworzył bowiem drzewa drzewami, a jej synów jej synami i każde z nich będzie sobą, niezależnie od drugiego. 

 

Salché wzruszyła ramionami i burknęła urażona: 

 

- Co wędrowcy znad morza mogą wiedzieć o drzewach? 

 

Może i było w tym trochę racji, gdyż Méra i Fen rzeczywiście pochodzili znad morza, i przez długie lata dzieciństwa i wczesnej młodości mieszkali wśród klifów, wydm i nadmorskich lasów, w krainie falków, dla których szum wody po tysiąckroć droższe miał sekrety aniżeli szum drzew. 

 

Niedługo po narodzinach chłopców Fen zdecydował, że czas wyruszyć w dalszą drogę, wędrowni handlarze bowiem nigdy nie zagrzewali nigdzie miejsca na długo, taka była natura ich pracy i życia. Dzieci były silne, więc Méra zgodziła się z mężem i wraz z nastaniem nowego miesiąca opuścili o świcie wioskę, kierując się pieszo ku południowemu zachodowi, by zdążyć, jak zawsze, przeczekać śniegi w cieplejszych regionach Séras. 

 

Stara Salché nigdy nie dowiedziała się, czy miała rację, nigdy więcej bowiem nie zobaczyła chłopców. Umarła kilka lat przed tym, jak pewnego dnia Méra, Fen i ich synowie znów pojawili się w wiosce, przynosząc ze sobą łagodny wiatr wraz z zapachem ziół. 

 

- Bierzcie, próbujcie, kupujcie! Starczy dla wszystkich! - wołał Fen, gdy rozłożył przywiezione zioła na pniu powalonego drzewa, a zgromadzona po drugiej stronie pnia grupa skrzatów zaczęła wąchać i kosztować suszonych roślin, przepychając się przy tym i potrącając jedni drugich. - Férch, pakuj do woreczków, no żwawo, żwawo! 

 

Obok Fena stał nie więcej niż kilkunastoletni* Férchén, ze wzrokiem skierowanym bardziej ku własnym myślom i delikatnemu drżeniu dębowych liści na gęstych konarach wysoko ponad nim niż suszonym ziołom przed sobą. 

 

Na dźwięk ponaglenia ojca Férch ocknął się jak gdyby dopiero. Odgarnąwszy kosmyk czarnych włosów z czoła i schowawszy go pod czapkę, sięgnął po lniany woreczek i zaczął wkładać do niego kawałki pokrzywowych liści, które wskazał mu pierwszy z kupujących. 

 

Gdzie, u Licha, jest Falcho? Dlaczego to znów ja pomagam?, pomyślał, po części z pretensją, po części z zazdrością jakich to odkryć brat zdążył już dokonać w tym nieznanym miejscu ich narodzin, ciekawszych aniżeli handel ziołami przy omszałym drzewie. 

 

Z takich rozmyślań wyrwał go głos z drugiej strony pnia, skierowany do jego ojca: 

 

- Fen, to ty? 

 

Férch podniósł głowę i ciekawość zabłysła nagle w jego uważnych oczach, gdy zobaczył przed sobą postać skrzaciego starca o gnomim spojrzeniu, twarzy zaś pomarszczonej i suchej jak fałdy skał, trupiobladej w szarym świetle pochmurnego wieczoru. Starzec odziany był w osobliwy, ciemnogranatowy płaszcz, przypominający Férchénowi płaszcze druidów, które widział niegdyś w Sén Serén. Różniły je hafty - podczas gdy płaszcze druidzkie ozdobione były znakiem Rady Druidów - przeplatającymi się pędami wszystkich drzew miesięcznych, brzegi płaszcza tego dziwnego starca wykończono, niezwykle zresztą starannie, złocistym motywem gwiezdnych konstelacji, wyglądających niemal tak wspaniale jak w wyobraźni Fércha ilustracje gwiazdozbiorów na mapach nieba w tajemnych bibliotekach sylfów. 

 

Ojciec także skierował wzrok ku starcowi, który zwrócił się do niego, i jego twarz rozpromieniła się, musiał więc rozpoznać go. 

 

- Fen! - stwierdził wówczas starzec niemal z uśmiechem, po czym omijając korzenie powalonego dębu, przeszedł na drugą stronę pnia i rozłożył ramiona, by uścisnąć ojca. - Dobrze cię raz jeszcze zobaczyć. 

 

- Ty jesteś pewnie synem Fena, choć niepodobny wydajesz się do niego? - zapytał zaraz potem, gdy przeniósł swe błyszczące niczym światło pochodni, żółtozłote oczy na Férchéna. 

 

Przez chwilę świdrował chłopca przenikliwym spojrzeniem, na co Férch wyprostował się z wrodzoną dumą, uniósł w górę brew i rzekł: 

 

- Tak. Jestem Férchén. 

 

Starzec zaśmiał się pod nosem jak gdyby znalazł w słowach Fércha coś szczególnie zabawnego, z oczu jego nie zniknęła jednak wcześniejsza powaga.  

 

- Gdzie zaś twe w zwierciadle odbicie, Férchénie, Pogromco Burz? 

 

Nawet jeśli błyskotliwy zwykle skrzaci chłopak zrozumiał, czego w istocie dotyczyło to dziwne pytanie, zbyt był już oniemiały postacią starca i zaskoczony przydomkiem, którym ten go nazwał, by odpowiedzieć od razu. Zerknął tylko na ojca, który prędko przyszedł mu z pomocą. 

 

- Nic się nie zmieniłeś, Wélrodzie! Wciąż mylisz skrzacie dzieci z ciałami niebieskimi - powiedział z rozbawieniem Fen, spoważniał jednak i zamyślił się jakby, gdy Wélrod odparł na to: 

 

- Czy ciebie z niewłaściwym pomyliłem? 

 

Ten starzec pamięta ojca z czasów, kiedy był dzieckiem, pomyślał Férch z coraz większym zainteresowaniem. Czy ojciec był tu więc jako dziecko? I do jakiego ciała niebieskiego go przyrównał? Do jakiego przyrównał mnie? Och, czemu nigdy dotąd nie zdobyliśmy z Falchem żadnej mapy nieba, czemu? 

 

- Mnie nietrudno było nie pomylić - rzekł tylko Fen, po czym zwrócił się do Férchéna: 

 

- Gdzie Falcho? Zwykle nie można was rozdzielić, a jak przychodzi co do czego to... Słowo daję! 

 

Férch wzruszył zamaszyście ramionami, starając się pokazać w ten sposób, że nie wie i że sam chciałby wiedzieć. Czasem Falcho nie tłumaczył się nawet jemu z tego co robi ani dokąd chodzi, co zawsze złościło i bolało Férchéna. Nigdy jednak nie powiedział o tym bratu, sam bowiem nie był pewien, dlaczego tak bardzo go to obchodzi. Może dlatego, że tajemniczość Falcha wywoływała w nim jednocześnie jakiś niepokój, a nawet strach. Zazwyczaj wydawało mu się, że są z bratem tak związani jak tylko można być i że wiedzą wszystko o sobie. W takie dni jak ten było jednak całkiem na odwrót, i Férch myślał wówczas, że nie wie o Falchu zupełnie nic, a próby zrozumienia go są niczym łapanie w dłoń powiewu wiatru. 

 

Férchén nie znosił tych dni. Bał się ich, choć nie wiedział czemu. 

 

Falcho znalazł się dopiero po zmierzchu, gdy wieczorne chmury rozwiały się już na nocnym niebie i księżyce świecić zaczęły na nim jak latarnie w Sén Serén, tak oświetlając polanę w dąbrowie, na której zgromadziła się znaczna część mieszkańców wioski, że iskrzyki i świetliki odpocząć mogły od swojej pracy w skrzacich lampionach. Ciepły wieczór podczas trwającej Pory Suszy zachęcił Leśnych Ludzi, by rozsiąść się na korzeniach i ściółce lasu, i słuchać niezwykłych opowieści Wélroda, zajadając się plackami z suszonego mchu. 

 

Swoim zwyczajem Falcho przeprosił grzecznie ojca za swoją nieobecność, na co Fen uniósł najpierw groźnie brew, potem jednak machnął tylko ręką, uznając, jak zazwyczaj, że jego gniew i tak niczego nie zmieni. Matkę zaś nieposłuszny włóczykij udobruchał szybko drobniutkim, choć wciąż dużym w dłoni skrzaciego chłopca kwiatem chabru, który z pełnym wdzięku uśmiechem na twarzy wpiął w jej ciemne włosy. 

 

Usiadł potem na dębowym korzeniu obok Férchéna i ruchem głowy wskazał na Wélroda, siedzącego wyżej od wszystkich, na tym samym powalonym przez burzę drzewie, na którym ojciec sprzedawał wcześniej swoje towary, i przygotowującego się do kolejnej opowieści. 

 

- Kto to? - zapytał brata, strzepując z rękawa swojej tuniki żółte drobinki, w których Férch rozpoznał pyłek babki obrastającej przydroża gościńca. 

 

- Gdybyś nie włóczył się samotnie po gęstwinach, wiedziałbyś - odparł na to z wyrzutem Férchén, unosząc brew niemal tak jak ojciec. - Gdzieś ty był? Czego szukałeś koło drogi? 

 

- Tego i owego - rzucił niedbale Falcho, oparłszy się rękami o konar za swoimi plecami i spojrzawszy w górę, w czarną głębię dębowej korony. Po chwili jednak znów odwrócił wzrok w kierunku Fércha i dodał, uśmiechając się z rozbawieniem na widok naburmuszonej wciąż twarzy brata: 

 

- No, nie bocz się już, może potem ci powiem... Czy on jest gnomem? - Na powrót zainteresował się Wélrodem. 

 

- Przestań już gadać - fuknął Férch. - Wélrod zaraz zacznie opowieść. 

 

Starzec rzeczywiście zaczął już uciszać ręką zgromadzenie skrzatów, prostując się i rozsiadając wygodniej na powalonym pniu. Jego długie, gładkie włosy, świecące jak prawdziwe srebro, opadały lekko na granatową szatę, gnomie oczy gorzały zaś jak złoto w tyglu. Padało na niego subtelne światło nocy, pasujące mu bardziej niż cokolwiek innego, sam bowiem wydawał się być jego częścią na równi z księżycami i gwiazdami. Noc wyostrzała rysy Wélroda i napełniała je gracją i czarem, których nie posiadały za dnia i których pozbawieni byli wszyscy pozostali zebrani na tej leśnej polanie. Teraz całkiem już przypominał Férchowi druidów z Sén Serén, dostojnych i tajemniczych. 

 

Gdy cisza niemal zupełna zapadła na polanie, zakłócana jedynie łagodną muzyką świerszczy, Wélrod rozpoczął: 

 

Dawno, dawno temu,  u progu czasów Mistrz Dąb miał dwoje dzieci: syna i córkę. Syn miał włosy z dębowych liści, w przeciwieństwie do drzew stronił jednak od jasności słonecznych promieni, blady był i milczący, a dnie spędzał w półmroku złotniczej pracowni, topiąc w tyglach złoto i szkło. Siostrę jego, zupełnie do niego niepodobną, zwano zaś niekiedy Łąką, tyleż bowiem życia miała w sobie co i ona, dniami całymi tańczyła na niej, a w oczach jej skrzyły się kolory wszystkich polnych kwiatów i suknię nosiła z ich płatków. Mimo różnic brat kochał bardzo swą siostrę, a ona jego, i wieczorami siadywali razem na wielkim kamieniu na granicy łąki i boru, szczęśliwi i przytuleni do siebie, a delikatne światło Pochmurnego Mędrca* padało na nich, czuwając nad spokojem ich dusz. 

 

Pewnego dnia jednak złe Licho porwało siostrę, by zabrać z niej życie i radość. Skryła się wtedy wśród gąszczu paproci i nikogo widzieć nie chciała, ni ojca, ni swojego ukochanego brata, a jej barwną spódnicę zastąpiły od tej chwili paprocie liście. Nie mogąc patrzeć na jej smutek i nieszczęście brat dnie i noce spędzał w pracowni aż stworzył kryształ, w który światło życia złapał dla swej siostry. Wielkiego dzieła tym dokonał, które nie udało się nikomu przed nim, ani też nikt po nim nie powtórzył, lecz także zuchwałego i niemądrego, żadna istota poza Panem Drzew nie ma bowiem prawa do światła życia i władać nim nie potrafi. Siostrze życia brat nie zwrócił, a zaklął je jedynie w jej odbiciu w zwierciadle, gdzie, choć o potężnej mocy, sztuczne się stało i zimne jak lód. Gdy brat spostrzegł, co zrobił i że już nic więcej dla swej siostry uczynić nie może, z rozpaczy i złości rozbił zwierciadło, które rozpadło się na pięć części, wszelkie życie zaś przeklął i sam siebie w Licho przemienił. 

 

Po czasie Mistrz Dąb w pracowni syna odnalazł cztery odłamki zwierciadła i poznawszy ich moc, oddał po jednym z nich pod czujną opiekę wszystkich strażników żywiołów – falków, by z pianą morską swój zmieszały, sylfów, by wśród szczytów górskich wiatr ich odłamek rozwiewał, gnomów, by w podziemnym labiryncie go ukryły i smoków, by lawa wulkanu go topiła, przestrzegając by używać ich nigdy się nie ośmielili. 

 

Co z piątym odłamkiem się stało nikt nie wie. Wśród drzew przez czas jakiś wieść się niosła, że piąty odłamek dziewczyna zabrała, przycisnęła do serca i wraz z nim na powrót schroniła się w paprocim cieniu. Wieść ta jednak szybko zamieniła się jedynie w legendę, jak i cała ta historia, choć niektórzy wierzą, że dziewczynę wciąż jeszcze spotkać można niekiedy w gęstwinach paproci, piękną jak kwiat. Dlatego po dziś dzień Kwiatem Paproci jest nazywana. 

 

Gdy Wélrod skończył opowieść, przez jakiś czas nikt się nie odzywał, aż w końcu Falcho zadał to samo pytanie, które krążyło w głowie Férchéna: 

 

- Co by się stało, gdyby ktoś z powrotem połączył te odłamki ze sobą? Czy poznałby tajemnicę światła, którą odkrył brat? 

 

Starzec nie odpowiedział od razu, a zaczął przyglądać się Falcho swoim przeszywającym spojrzeniem drapieżnego ptaka. Férch pomyślał po chwili, że on sam poczułby się już pewnie nieswojo pod palącym ciężarem tego wzroku, Falcho nie drgnął jednak nawet i przyjmował go z niewzruszonym spokojem. Jego blada, porcelanowa twarz, bledsza jeszcze w nocnym świetle księżyców, na której majaczył subtelny, urzekający uśmiech, lśniła jak diament bez skazy. 

 

On jest zawsze idealny, przemknęło nagle przez myśl Férchowi. Idealny Falcho. 

 

- Niewykluczone - odparł w końcu Wélrod. - Choć nikt nie wie tego na pewno. Druid Nolén, jeden ze znamienitszych sylfich uczonych uważał niegdyś, że ten kto połączy na powrót odłamki zwierciadła nie tylko posiądzie tajemnicę światła życia, lecz również władzę nad żywiołami. Biada jednak temu, kto tego dokona. 

 

Świerszcze wciąż jeszcze grały w trawach, w suchym, ciepłym powietrzu nocy, gdy jakiś czas później Férchén oparł się łokciami o ramę okienną w ich domu, który zajęli na krótki czas swojego pobytu w wiosce, i położył brodę na rękach. Z uśmiechem na twarzy wpatrywał się przez chwilę w ciemność dąbrowy i słuchał tej niezwykłej, owadziej muzyki, a zaglądające do wnętrza pokoju pędy roślin, porastających leśną ściółkę raz po raz muskały mu twarz. Ojciec nie lubił mieszkać wysoko na drzewach jak większość Leśnych Ludzi, dlatego dokądkolwiek przybywali, zajmowali zagospodarowane skrzacią ręką puste dziuple u podnóży pni lub przestrzenie pod rozległymi korzeniami, z których stworzono domostwa. Matka śmiała się nie raz z tego dziwnego, gnomiego zwyczaju ojca do życia blisko ziemi, nigdy jednak nie sprzeciwiała mu się. Teraz też nocowali więc w wydrążonym drzewną próchnicą pniu grubego dębu, Méra i Fen na dole, Férch i Falcho zaś na dobudowanym wewnątrz drzewa piętrze. 

 

W końcu Férch oderwał wzrok od pogrążonego w mroku nocy lasu i odwróciwszy się, spojrzał na Falcho. Przyćmione światło świecy w kaganku padało na szczupłą sylwetkę brata, który opierał się o wewnętrzną ścianę pnia, siedząc wygodnie, z rękami za głową i wyciągniętymi nogami, na swoim łóżku posłanym pledem z dębowego liścia. Oczy miał błogo przymrużone i uśmiechał się, jego myśli musiały więc krążyć wokół czegoś przyjemnego. 

 

- O czym myślisz? - zapytał Férchén. 

 

- O tym samym co ty, braciszku - odpowiedział Falcho, nie otwierając oczu i nie ruszając się z miejsca. 

 

Znów zamilkli oboje. Férch uśmiechnął się szerzej do siebie i odwrócił się, by z powrotem patrzeć za okno. 

 

O tym, by zdobyć te kawałki zwierciadła i poskładać je w całość, rozmarzył się. 

 

Po chwili gdzieś w oddali zahuczała sowa, a lekki podmuch wiatru przywiał jej głuchy odgłos do ich pokoju. Férchén drgnął. 

 

Jeśli zahuczy jeszcze raz, uda nam się, przyszło mu niespodziewanie do głowy. Zaczął nasłuchiwać z niecierpliwością, i gdy sowa odezwała się ponownie, serce załopotało mu z dziecięcej, naiwnej radości. 

 

O czymś jeszcze myślał jednak Férch tej ciepłej nocy, teraz i później, kiedy leżał w swoim łóżku gdy nawet świerszcze już zamilkły - o tym jak bardzo chciałby raz jeszcze porozmawiać z Wélrodem zanim znów wyruszą w dalszą drogę. Myśl ta za nic nie chciała opuścić jego głowy i Férchén nie mógł zasnąć przez nią. W ciszy pokoju wsłuchiwał się w oddechy, swój własny i Falcha, równie niespokojny i ożywiony co jego, co znaczyło, że brat nie spał także. Do rana nie rozmawiali już jednak ze sobą. 

 

Wélrod nie pokazywał się w wiosce przez kilka następnych dni, a Férch, choć dowiedział się, gdzie mieszka starzec, nie miał śmiałości iść do niego sam, bez żadnej przyczyny. W końcu jednak Drzewni Mistrzowie pomogli życzeniu skrzaciego chłopca i powód nadarzył się, gdy w przeddzień ich odejścia Fen poprosił Férchéna, by wieczorem zaniósł Wélrodowi niewielką sakwę z podarkiem od niego na pożegnanie. 

 

Férch zrobił to aż nader chętnie, i kiedy tylko zjedli kolację, a słońce skryło się za koronami drzew i z wolna zmierzać zaczęło ku zachodowi, chwycił w pośpiechu sakwę i puścił się biegiem przez dąbrowę ku jej obrzeżom, poza wioskę. 

 

Tam, przy granicy lasu z łąką, rosły brzozy, których stopy obrastały łubiny i wysmukłe, polne trawy. W górę najwyższej i najgrubszej z brzóz pięły się drewniane schody, przytwierdzone do pnia ciasno, lecz skrzacią techniką, by boleśnie go nie uszkodzić. Férch wbiegł po ich spirali, otaczającej pień, pokonując dwa, trzy stopnie na raz i zatrzymał się dopiero, kiedy dotarł na balkon przed domem Wélroda. Silny konar drzewa podtrzymywał balkon od spodu, od góry natomiast, z jednej strony opadały ku niemu delikatne brzozowe gałęzie, częściowo go zacieniając, z drugiej zaś oświetlały go ostatnie promienie zachodniego słońca. 

 

Wélroda nie było jednak w domu, i Férch zasmucił się, pomyślawszy, że starzec na całą noc oddalił się może od swej brzozy, a on nie zdąży go już zobaczyć przed wyjazdem. Jego smutek rozwiał się, gdy rozejrzał się dookoła i kilka konarów ponad sobą dostrzegł drewnianą płytę tarasu, a jego czujne skrzacie uszy usłyszały stukot kroków na niej. Wówczas Férchén rozejrzał się raz jeszcze, lecz nie odnalazł schodów, zaczął więc wdrapywać się wyżej po pniu, podziwiając w duchu sprawność starca, który musiał przecież w ten sam sposób dostać się na taras. 

 

Gdy Férch dotarł na górę, Wélrod siedział na brzegu tarasu, ze spuszczonymi w powietrze nogami i odwrócony plecami do niego, skrzaci chłopak zdziwił się więc, kiedy starzec przywitał go po imieniu. 

 

- Skąd pan wiedział, że to ja? – zapytał. 

 

Wélrod zaśmiał się lekko, po czym, wciąż nie odwracając się do Férchéna, rzekł: 

 

- Poznałem cię po krokach. Każde kroki są inne. Ty i Twój brat jesteście tak podobni do siebie, a wasze kroki różnią się. Kroki Falcha są mocne i pewne, Twoje zaś szybkie i rozedrgane, jakbyś zawsze wahał się, w którą pójść stronę. 

 

Férch skrzywił się, bo słowa Wélroda nie spodobały mu się wcale. Przecież nie mniej niż Falcho wiedział, czego chce, i jego duma podpowiadała mu, żeby powiedzieć o tym starcowi, powstrzymał się jednak. 

 

- Ojciec prosił, by przekazać panu upominek od niego na pożegnanie – rzekł w zamian. 

 

- Podziękuj ojcu ode mnie – odparł Wélrod. – A teraz odłóż podarek na stole i podejdź tu. 

 

Schowawszy kosmyk włosów pod czapkę, Férch położył sakwę tam, gdzie przykazał starzec, po czym podszedł do niego i usiadł obok na niedokładnie wyheblowanych deskach tarasu, spuszczając nogi w dół tak samo jak Wélrod. Z tego miejsca na drzewie rozpościerał się wspaniały widok na niebo, na którym granat zmierzchu mieszał się z żółto-pomarańczowym blaskiem zachodu słońca. 

 

Niedługo gwiazdy zapalą się jak promyki świec, pomyślał Férchén, przez chwilę wpatrując się w niebo w niemym zachwycie, po czym przyszło mu do głowy pytanie: 

 

- W wiosce mówią, że czyta pan przyszłość z gwiazd niemal tak dobrze jak sylfi uczeni. To prawda, potrafi to pan? – Przeniósł wzrok na Wélroda i gorączkowa wręcz ciekawość zabłysła nagle w jego oczach. 

 

Starzec znów się zaśmiał. 

 

- Nawet głupiec potrafi czytać z gwiazd, jeśli wpatruje się w nie nieustannie przez dziesiątki lat. 

 

Férch spojrzał znów na niebo i zastanawiał się przez chwilę nad swoim kolejnym pytaniem. W końcu nie zapytał jednak o swoją przyszłość, co bardzo zdziwiło jego samego. Od kilku dni nie myślał o niczym innym, jak tylko o tym, by Wélrod opowiedział mu o niej, a teraz nagle przestraszył się jakby gdyby i uznał, że wcale nie chce poznać przyszłości zanim nie nadejdzie. Zadał więc inne pytanie: 

 

- Czy wszystko co zapisane w gwiazdach musi się spełnić? 

 

- Nie – odparł Wélrod, uśmiechając się tajemniczo. – Nic bowiem pewnego w gwiazdach zapisane nie jest, a wyczytać można z nich jedynie przypuszczenia mętne jak poranna mgła. Nie gwiazdy, lecz my sami o naszym losie decydujemy, młody Férchénie, ty właśnie kiedyś przekonasz się o tym. 

 

* Skrzaty z moich opowieści żyją około 400 lat, a ich wiek przelicza się inaczej niż ludzki. Kilkunastoletni Férchén odpowiada więc mniej więcej 8-9-letniemu ludzkiemu chłopcu. 

 

[é] w skrzacim języku czytamy jak [i], [ch] jak [k] np. Férchén wymawiamy [Firkin] 

 

„Pochmurny Mędrzec" to nazwa jednego z dwóch księżyców.


Tagi:

Awatar użytkownika
Mszczuj
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 305
Zobacz teksty użytkownika:

Baśnie spod Dwóch Księżyców - Opowieść pierwsza

Post#2 » 28 cze 2020, o 17:19

Było kilka błędów: 

- Podziękuj ojcu ode mnie – odparł Wélrod. – A teraz odłóż podarek na stole i podejdź tu.  

Powinno być "odłóż podarek na stół". 

 

Znów zamilkli oboje. Férch uśmiechnął się szerzej do siebie i odwrócił się, by z powrotem patrzeć za okno.  

To chyba bracia, czyli zamilkli obaj. 

 

Skryła się wtedy wśród gąszczu paproci i nikogo widzieć nie chciała, ni ojca, ni swojego ukochanego brata, a jej barwną spódnicę zastąpiły od tej chwili paprocie liście. 

"liście paproci" 

 

Wielkiego dzieła tym dokonał, które nie udało się nikomu przed nim, ani też nikt po nim nie powtórzył, 

"ani też którego nikt po nim nie powtórzył" 

 

Więcej nie zauważyłem, a z interpunkcji sam jestem noga, więc nie oceniam ;) 

 

Co do tekstu to odwieczny motyw Włóczykija i Muminka, Gandalfa i Frodo, Mistrza Miyagi i Karate Kida itd. jak najbardziej mi się podobał. Zmęczyły mnie imiona i nazwy ale na tym polega fantastyka, żeby było fantastycznie. Styl masz taki trochę wyniosły, ale ja stylów nie krytykuję - każdy ma swój. Generalnie warsztat jest, wyobraźnia jest, kombinuj dalej. 

 

Ale jakbym miał stawiać pieniądze na to czy uda Ci się dokończyć tak epicko zapowiadającą się powieść, to postawiłbym na opcję "NIE". W każdym razie trzymam kciuki.


Awatar użytkownika
Woogi
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 168
Zobacz teksty użytkownika:

Baśnie spod Dwóch Księżyców - Opowieść pierwsza

Post#3 » 28 cze 2020, o 20:01

podobnymi do siebie jak dwie krople ciepłegodeszczu podczas Pory Suszy
Ten deszcz średnio mi pasuje do suszy. No i budzi podejrzenia co do podobieństwa bliźniąt. ;) 

Zgodnie ze zwyczajem Leśnych Ludzi, z okazji narodzin chłopców zasadzono ich drzewa miesięczne.
 

Ciekawie opisujesz zwyczaje, ale... tutaj cos mi nie gra. Najpierw piszesz o drzewach (swoją drogą - czemu miesięcznych?), a potem - o cyprysach, które nie rosną. Trochę się pogubiłam w gatunkach tego drzewa. :) 

O dziwo jednak, drzewa przyjęły się, a stara Salché, którą uważano w wiosce za prorokinię i która podobno wiedziała o tajemnicach natury więcej niż niejeden druid, uznała to za znak i powiedziała, że teraz chłopcy nie tylko przejdą pod opiekę drzew cyprysowych, ale też odziedziczą ich charakter – charyzmę, polot i pęd ku nieprzemijalności.
 

Czy na pewno "polot" masz na myśli? Jakoś średnio mi się polot kojarzy z: 1) charakterem (bo to raczej cecha umysłu), 2) z drzewami w ogóle 

skrzaciego starca o gnomim spojrzeniu
 

Czym jest gnomie spojrzenie? Może warto to sprecyzować? 

 

Wypisałam Ci tutaj kilka potknięć logiczno-precyzyjnych, pod których kątem warto przejrzeć cały tekst. 

Historia mnie nie porwała, jakieś nadzieje budzi pisany kursywą tekst o smutnej siostrze i krysztale, ale reszta - czy to za sprawą języka (nieco zbyt szczegółowy tam, gdzie to niekonieczne), czy też tego, ze po prostu nie przepadam za fantastyką - nie dała mi impulsu do zapytania "co dalej?".  

Trzymam jednak kciuki za pisanie, bo widać, że wiesz dokładnie, jaki świat chcesz pokazać. :)


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości