Złote konie (cz. 5)

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Złote konie (cz. 5)

Post#1 » 29 cze 2020, o 10:24

Po licznych poprawkach, cięciu opisów po którym to wydarzeniu tekścik schudł o dobre 1,5 strony, wrzucam licząc na komentarze. 

 

Benodor odetchnął z ulgą, kiedy wreszcie zatrzymali się przy karczmie Pod Pręgowanym Kotem. Nazwa nawiązywała do buszujących w tutejszych rozległych, górskich lasach niewielkich, drapieżnych kotów o gęstej, żółtawoszarej sierści w ciemne pręgi. W niej przebywali zawsze wtedy, kiedy celem była hippariańska solna osada.  

Tym razem mieli sześć wozów i osiem jucznych koni. Jeden z wozów mocno ucierpiał w podróży i prawdę mówiąc ledwo się trzymał. Nie było nawet pewne, czy doturla się do tego miejsca, czy też przyjdzie go porzucić i tutaj zakupić inny. Okazało się, że przetrwał trudny teren, który pokonali na ostatnim odcinku i dojechał do celu. Planowali spędzić w osadzie około tygodnia, a w tym czasie zakupić i spakować sól, produkty solone z których ten region słynął i oczywiście naprawić wóz. Mieli wracać do Kiferii przez stolicę Hipparii, gdzie zamierzali dostarczyć rezydującemu tam kupieckiemu koledze belę materii, o którą prosił. Utkana była z przędzy z kokonów pewnego nocnego motyla, żyjącego w rozległych dąbrowach porastających podnóża gór południowo wschodniej Kiferii.  

Rozgardiasz związany z zabezpieczeniem towarów, roztasowaniem ludzi na nocleg, oporządzeniem zwierząt, zajął sporo czasu. W końcu jednak można było odpocząć w bezpiecznym miejscu. Kupiec zasnął szybko i spał jak kamień do rana.  

Wstał skoro świt rześki i wypoczęty. Po porannych ablucjach poczuł, że jest głodny i postanowił udać się na posiłek. W sali jadalnej kręcił się już karczmarz, rozchodziły się smakowite zapachy, a jeden ze stołów okupowali jego wspólnik i przyjaciel Jodnor, wraz z piętnastoletnim synem. Obaj całkiem rozbudzeni i jak to oni rozgadani. Chłopak jechał z nimi dopiero drugi raz, więc wielu rzeczy nadal był ciekawy. Ktoś obserwujący ich z boku i nie znający tych ludzi, mógłby podjąć absolutnie mylny wniosek, że obaj są roztrzepani, dobroduszni i nieuważni. Benodor znał Jodnora od lat i wiedział doskonale, że można było mu ufać. Spostrzegawczości, zdolności handlowych i odwagi nie brakowało temu człowiekowi. Zachowanie, które właśnie wraz z synem prezentowali, było doskonałą przykrywką maskującą te cechy. Wielu się nabrało na tą dobroduszność i trzepowatość i zapewne niejeden jeszcze popełni ten błąd. Tyle zdążył pomyśleć, kiedy usłyszał zapraszająco brzmiące słowa rzucone radosnym tonem: 

— Chodź, chodź, chodź przyjacielu, myśmy się już wyspali i czekamy sobie na śniadanko. 

— Widzę właśnie. I jak tam młody? Zmęczony? 

— Troszkę panie Benodorze, ale tato mówi, że tutaj będziemy parę dni, więc na pewno przejdzie. 

— Co to ja miałem… — Jodnor wzniósł oczy ku powale niby starając się sobie przypomnieć o czym chciał powiedzieć. Wyglądał przy tym bardzo zwyczajnie. Jak człowiek, który usilnie próbuje sobie przypomnieć o czym myślał, czy też o czym mówił chwilę temu. Tymczasem Benodor dałby sobie uciąć rękę, że przyjaciel zastanawia się jak ująć w słowa to co chciał przekazać. Po chwili tamten wybuchł entuzjastycznie, równocześnie szerokim ruchem dłoni wskazując w odpowiednią stronę.  

— O wiem! Tam, przez tamto okno widać drugą karczmę z tym niebieskim koniem nad drzwiami. No zawsze zapomnę jak się zwie. 

— Pod Lazurowym Rumakiem. — Dało się słyszeć od strony szynkwasu co wskazywało, że karczmarz bynajmniej nie śpi. Jodnor kontynuował jednak potoczyście, jakby nie zwrócił uwagi skąd przyszła informacja. 

— Jeny, to pewnie przez tę nazwę nigdy nie mogę sobie przypomnieć. Trochę pretensjonalna. Mnie ten koń raczej błękitnie się kojarzy, ale co mi tam. Fantazja ludzka ma prawo tworzyć takie nazwy, ale o czym to ja… 

— To zupełnie odmienne spojrzenie niż zazwyczaj. Hipparianie żartują sobie raczej z rumaka — wtrącił znowu karczmarz, zalewając równocześnie kaszę apetycznie pachnącą cebulką i skwierczącymi skraweczkami. 

— Co brakuje temu rumakowi? — Z ciekawością zapytał młody Lidnor i w odpowiedzi usłyszał wyczerpującą odpowiedź. 

— Mówią, że właścicielem jest tam najwyraźniej jakiś poeta. Czyli według nich rumak to zupełnie poetyckie określenie. Tak zresztą mówią o moim tamtejszym koledze po fachu: poeta. Byłem u poety, a nie w Lazurowym Rumaku.  

Benodora w wypowiedzi właściciela karczmy uderzyło coś zupełnie innego, nad czym jak dotąd w zasadzie się nie zastanawiał. Nie omieszkał uszczegółowić swojej wiedzy, skoro nadarzyła się okazja. 

— Hipparianie tak mówią… znamy się już od lat, ale jakoś o tym nie wiedziałem. Skoro jednak temat się pojawił zapytam. Nie jesteś Hipparianinem? 

— Moi rodzice pochodzą z Bartanii, ale ja i moje rodzeństwo urodziliśmy się już tutaj. Właścicielem tamtej karczmy też zresztą jest Bartanin, ale taki prosto stamtąd. Dostał zezwolenie na rozpoczęcie swojego interesu właśnie tutaj w tym miejscu i jak się okazało gości wystarczy dla nas obu. 

— No proszę… to dopiero niespodzianka. Byłem przekonany, że jesteś stąd…  

Jeśli Benodor chciał jeszcze coś dodać to i tak nie miał szansy, bo Jodnor wciął mu się w słowo, a zrobił to iście w swoim stylu.  

— Do licha co to ja tam chciałem. Chyba już zaczyna mi pamięć szwankować. Synku? 

— Pewnie powiedzieć o tym człowieku cośmy go chwilę temu widzieli tato. 

— No jasne, masz rację! Wyobraź sobie Benodorze, że widzieliśmy naszego kompana z Gimiru, cośmy z nim dwa lata temu rozmawiali. 

Przekaz był jasny. Była nadzieja na ponowne zaopatrzenie się w parę cennych rzeczy gimirskiego pochodzenia, które można było z niezłym zyskiem sprzedać na południu. Co prawda nie spodziewali się tego spotkania, więc mieli już ograniczone zasoby, ale nie zamierzali przepuścić takiej okazji. Gimir słynął nie tylko z produktów pochodzenia koziego i owczego, czyli wełny, przedmiotów z rogów, skóry, włosia, kości i mleka. Bardzo ważnym elementem gospodarki tamtego kraju było złoto i rozmaite cenne kamienie wydobywane w tamtejszych górach. Kupcy gimirscy zazwyczaj mieli ze sobą kunsztownie wykonaną złotą biżuterię, zdobioną rozmaitymi kamieniami. Po szybkim przemyśleniu sprawy Benodor ocenił, że powinien przyjacielowi odpowiedzieć w podobnym stylu, czyli oględnie, ukrywając prawdziwy powód zainteresowania tamtym człowiekiem: 

— Zabawny był przy stole i wesoły, chętnie znowu zamienię z nim słowo. Z innej beczki jednak. Postaram się dziś załatwić sprawę wozu i zajrzę do tych co to solą mięso i inne rzeczy — zaoferował się zmieniając temat. Zostało to przyjęte ze zwykłą dla Jodnora żywiołowością i ofertą, że on z kolei rozezna się w kwestiach związanych z czarną solą. Białą sól w Kiferii mieli własną. Odparowywana była z wód wielkiego jeziora o nazwie Czerwona Woda, położonego na płaskowyżu górskim. Czarna hippariańska sól uchodziła jednak za doskonały produkt, niezastąpiony przy obróbce srebra, dlatego kiedykolwiek tutaj zajeżdżali, nabywali jej trochę. Zbyt mieli zapewniony.  

Tym sposobem podzielili między sobą pracę. Już po chwili stanęły przed nimi misy jadła i wszyscy z przyjemnością zajęli się jedzeniem, a po posiłku ruszyli do wyznaczonych zajęć.  

Sól stanowiła w Hipparii monopol królewski i to władca za pośrednictwem wyznaczonych ludzi rozdawał ją, bądź sprzedawał zasilając w ten sposób skarb państwa. Benodor słyszał, że hodowcy koni i bydła otrzymywali tu rocznie pewną pulę tego surowca, potrzebną dla utrzymania zwierząt w dobrej kondycji. Jeśli im zabrakło, dodatkową porcję musieli już zakupić, podobnie jak robili to wszyscy inni. Część soli zużywano na miejscu i wysyłano dalej już w formie produktu spożywczego, na przykład zakonserwowanych w solance warzyw, dziko rosnących roślin i mięsa. 

Ludność solnej osady zamieszkiwała wschodni, północny i zachodni skraj kotliny zajętej przez rozległe Słone Bagniska. Zasiedlono też brzegi dwóch strumyków o mało fantazyjnych nazwach Sól i Solanka. Obydwa brały swój początek gdzieś na solnej górze zwanej Wielka Sól i zasilały wciąż nową słoną wodą moczary w kotlinie. Na tle okalających Słone Bagniska gór, solna góra - wzorzysta, błyszcząca różową skałą w białe, brunatne i krwawoczerwone pasy, wyglądała imponująco zwłaszcza w słoneczne dni.  

Mieszkańcy osady zajmowali się odparowywaniem soli z solanki, zbieraniem jej z łąk u podnóża Wielkiej Soli i z samej góry, a także suszeniem i spalaniem nasączonego solą torfu, albo słonorośli. To była podstawa bytu. Ludzie ci jednak potrzebowali do swoich zajęć dużej ilości drewna, wielu sprzętów i przedmiotów, dlatego też osadę zamieszkiwali także liczni rzemieślnicy, których zajęcia w jakikolwiek sposób były związane z solowarstwem, solą, transportem tejże: garncarze wykonujący gliniane brykietaże w których spiekano sól, kowale, wytwórcy beczek klepkowych i wielu innych. 

Sprawę z rzemieślnikiem zajmującym się budową i naprawianiem wozów Benodor załatwił dość szybko. Już kiedyś korzystał z usług tego człowieka, więc wiedział gdzie go znaleźć. Tamten, dość małomówny i ponury z wyglądu osobnik, kazał przyprowadzić uszkodzony wóz do siebie, a kiedy kupiec to zrobił, obejrzał sprzęt z rzadka pomrukując coś pod nosem. Na koniec oświadczył, że na jutro wieczór będzie do odbioru. Już chwilę później zajął się swoją pracą ignorując ewentualnego klienta. Benodor pożegnał się więc, odebrawszy jakieś niejasne mruknięcie, które potraktował jako do widzenia, czy też coś w tym stylu i ruszył załatwić sprawę solonych produktów spożywczych.  

Na wschodzie, w pewnej odległości od solnej góry piętrzył się masyw Potrzaskanych Szczytów. Malowniczy, przypominający jakąś wielką budowlę skleconą z warstw kamieni zlepionych wapiennym lepiszczem, zwieńczony turniami o gładkich stromych ścianach z licznymi pęknięciami i grupami obłych szczytów. Obszar ten pełen był nisz, jaskiń i schronisk skalnych. Masyw u podnóża porastały rozległe lasay o bogatej w rozmaite rośliny ściółce. Część z roślin zbierano jako niezastąpione surowce użytkowe: na przykład podagrycznik, ceniony ze względu na swoje jadalne liście, z powodu właściwości leczniczych, ale także dlatego, że z jego kwiatów można było uzyskać cytrynowy barwnik do farbowania materiałów.  

Na polanach u podnóża Potrzaskanych Szczytów osiedli ludzie zajmujący się soleniem mięsa dzikiego bydła osiągającego duże rozmiary o ciemnoszarej sierści i sporych, niebezpiecznie zagiętych w górę rogach, dzików, a także jeleni. Proces marynowania, skład marynaty i ogólnie sposób przygotowania tych produktów owiany był tajemnicą i odbywał się gdzieś w rozsianych na zboczach masywu jaskiniach. Innym sposobem konserwacji mięsa było solenie, a później suszenie, czy też wędzenie i to również robiono w jaskiniach Potrzaskanych Szczytów. Innym specjałem było konserwowane w soli ptactwo, uwielbiane przez Gimirów i Izgusów.  

Kupcy, którzy chcieli zaopatrzyć się w te wyroby, nie musieli szukać producentów po lasach. Można je było zamówić w głównej, solnej osadzie i tam też odebrać. Benodor jak dotąd nie odważył się nabyć solonego ptactwa i innych specjałów hippariańskich. Zawsze poprzestawał na marynowanym mięsie. Otrzymywał je w formie zabezpieczonych na czas transportu beczek. Każde z trzech rodzajów mięs miało, inny wygląd, smak i zapach, wynikający zapewne z odmiennych dodatków zastosowanych w procesie obróbki. Jedną cechę miały jednak wspólną. Dopóki nie rozszczelniło się beczki, mięsu nic nie szkodziło: ani długa wędrówka, ani zimno, ani słota, ani nawet upały. Teraz także Benodor zamówił odpowiednią ilość beczek z każdym z trzech asortymentów, uzgodnił dzień odbioru i ruszył na drugą stronę osady. 

Niedługo później dotarł do miejsca, w którym mógł załatwić sprawę warzyw konserwowanych w soli. Szybko złożył zamówienie, uzgodnił znowu czas odbioru i wyszedł rozmyślając wciąż jeszcze o tej sprawie. Warzyw konserwowanych w solance w zasadzie nie wywozi się poza Hipparię. Są zbyt nietrwałe. Pewnie dlatego miejscowi handlarze zakupują solankę w słojach, żeby na miejscu we własnym zakresie przygotować produkt. Co innego rośliny w soli. Sporej wielkości słoje w „ubranku” z plecionki, dla zabezpieczenia ich przed zbiciem w transporcie, wypełniano na przemian warstwami warzyw, albo też niektórych dziko rosnących roślin i soli. Na koniec pojemnik szczelnie zamykano. Tak zakonserwowane rośliny i warzywa utrzymywały świeżość i kolor przez kilka lat. Z czasem puszczały soki i w słoju pojawiał się słony sos. Przygotowanych w ten sposób warzyw nie jadło się jako danie, ale doprawiało się nimi jedzenie. Byli w Kiferii ludzie, którzy uważali, że hipparianskie wyroby były lepsze od miejscowych, dlatego nie obawiał się o ten towar. Sprzeda go z łatwością. 

Ostatniego dnia przed wyjazdem, kiedy wozy i juki były już zapakowane solonymi produktami i czerwoną solą – pozyskaną z Wielkiej Soli, a także czarną, uzyskaną ze spalania słonego torfu i słonorośli, Benodor i Jodnor odbyli wcześniej umówione spotkanie ze swoim gimirskim kolegą. Nie w głównej sali karczmy Pod Pręgowanym Kotem, ale w pokoju Benodora. Było to bardziej dyskretne miejsce i co za tym idzie odpowiedniejsze dla zamierzonej transakcji. Po długich rozmowach, oglądaniu i targach, dokonano wymiany. Gimirczyk stał się posiadaczem puzderek z kilkoma cennymi przyprawami, sporej ilości pereł słonowodnych o złotej barwie i czarnych w różnych odcieniach. W zamian dwaj kiferyjscy kupcy nabyli kilka sztuk tak cenionej na południu biżuterii: dwie bogato zdobione bransoletki, wisiorek w kształcie małej figurki gimirskiego górskiego kota z wysuniętymi przednimi łapami i ogonem zwiniętym obok tylnego uda, pasek składający się z wielu półotwartych złotych muszelek, przedzielonych podwójnymi sznurami z różnobarwnych romboidalnych paciorków z karneolu, lapis-lazuli i skalenia, a także dwie szerokie, złote bransolety zdobione techniką granulacji, z których każda składała się z dwóch części połączonych zawiasami.  

Następnego dnia kiferyjscy kupcy, z poczuciem dobrze przeprowadzonych transakcji, ruszyli w drogę powrotną.  

 

*** 

 

Około dwa miesiące po powrocie z wyprawy do stolicy, Garo otrzymał list od Woldona, w którym Najwyższy Kapłan tłumaczył co się stało jego wnukowi. Zapewnienie, że życiu chłopca nic nie grozi trochę uspokoiło najgorsze obawy, natomiast propozycja rekonwalescencji w domu dziadków ucieszyła hodowcę. Miał odebrać Gatrona z infirmerii przy Domu Blasku, ale wcześniej koniecznie wstąpić do Woldona na rozmowę. Cały list pobudził Sinerę i Garo do rozmaitych przypuszczeń. Manus i Zara dopuszczeni do narad i rozmów, także snuli rozmaite teorie. Oczywiście te Manusa krążyły wokół koni i jak się miało później okazać, on właśnie był najbliższy prawdy.  

Generalnie niepokój, ciekawość i niecierpliwość wygnały Garo w podróż już nazajutrz. Tym razem nie ociągał się, wziął szybkiego konia i do stolicy dotarł tego samego dnia, choć już dobrze po zmroku. Na nocleg stanął w tej samej karczmie co zawsze i zmęczony, po ciepłym posiłku szybko zasnął.  

Rano zbudził się później niż zazwyczaj, zapewne ze względu na wczorajsze zmęczenie jazdą. Zszedł do izby jadalnej, zamówił posiłek i poprosił karczmarza o posłanie sługi do Domu Blasku z informacją dla Woldona. Posłaniec przyniósł jakiś czas później odpowiedź, że kapłan zaprasza po południowym rytuale do siebie. Garo już dawno nie oczekiwał szczytu Drogi Złotej Klaczy tak niecierpliwie. Wreszcie jednak nadeszła oczekiwana chwila i mógł wyruszyć na spotkanie. 

Tam dowiedział się wreszcie całej historii, którą szczegółowo zreferował mu Woldon. Długo o tym rozmawiali, a kapłan-uzdrowiciel wytłumaczył Garo skąd wziął się pomysł, żeby Gatron wracał do pełnej sprawności pod opieką dziadka i wuja. Okazało się, że był to wynik planu kary nałożonej przez dostojnych ojców na synów, którzy byli w zasadzie główną przyczyną niemiłych przygód wnuka hodowcy złotych koni. W trakcie rozmowy Woldon wyjaśnił też dlaczego zwrócił się z propozycją przejęcia chłopca przez Garo i resztę rodziny, a nie przez ojca Gatrona.  

— Obaj znamy aktualną rodzinną sytuację Gana. Wybacz, że podjąłem decyzję za ciebie, ale… 

— Dobrze zrobiłeś przyjacielu. Nie mam o to pretensji. 

— To dobrze, bo trochę się martwiłem. 

— Już się nie martw. Dzięki twojej decyzji Gatron i Gan unikną tego wszystkiego co wybuchło by, gdybyś tam się zwrócił. 

— Odnoszę nieodparte wrażenie przyjacielu, że twój najstarszy syn nie ma smykałki do wyboru kobiet. Co jedna to gorsza. 

— Ładnie to ująłeś. Matka Gatrona rzeczywiście okazała się… powiedzmy złym wyborem. 

— Jaki oszczędny w słowa. Garo, sam powiedz, jaka uczciwa kobieta rzuca męża i niespełna roczne dziecko bez wyraźnego powodu w dwa lata po ślubie. Ciekawe kiedy ta latawica zdążyła zadurzyć się w tym obcym kupcu, że doszła do takiego czynu. 

— Nie chciałem być tak dosadny. W końcu to już stare dzieje. 

— Może i stare, ale lepiej, żeby ta kobieta nie pojawiła się na naszych ziemiach już nigdy. 

— Nadal wisi nad nią kara jaka przewidziana jest dla… 

— Oczywiście Garo. Jakby każda z naszych kobiet zaczęła tak lekko sobie poczynać, nie bylibyśmy pewni swoich potomków.  

— Dobrze już dobrze. Tak tylko zapytałem. 

— Oszczędzę ci szerszego wykładu. Wierzę, że wiesz o czym mówię. 

— Już kiedyś to roztrząsaliśmy. 

— Tak. Wtedy. 

— Myślę Woldonie, że Gatron miał wielkie szczęście, że królewski syn się z nim zaprzyjaźnił. Dzięki temu trafił do stolicy. 

— Gan podobno trochę żałuje. 

— Każdy ojciec wolałby mieć wpływ na wychowanie pierworodnego syna. W tym wypadku jednak przekonałem go, że miał rację oddając Gatrona do zamku. Chłopak nabierze ogłady, zyska wykształcenie, a przecież zawsze miał smykałkę do ksiąg, łączenia przeczytanych wiadomości i takich tam.  

— To prawda. Jest bystry. Szkoda by go było, gdyby został pod pieczą twojej synowej.  

— Okropna baba — wyrwało się z ust Garo.  

Woldon wyczuł, że ta kwestia bardzo ciąży ojcu Gana na sercu i przyjaciel potrzebuje rozmowy z kimś spoza rodziny. Z kimś zaufanym, o kim wie, że nie zdradzi tajemnicy nikomu. Najwyższy Kapłan nie miał zamiaru nadużywać tego zaufania. Wiedział doskonale, że hodowca bardzo rzadko omawia sprawy rodzinne poza kręgiem domowników. Gdyby nie chciał mówić, zwyczajnie zmieniłby temat, albo oznajmił wprost swoją wolę, jak robił za każdym razem, kiedy zaszła potrzeba. Sprawa Gana była jednak jego wielką bolączką i w zasadzie najpoważniejszym problemem tej rodziny. Znał go każdy jej członek, ale rzecz wydawała się nie do rozwiązania, choć w przeszłości podejmowane były różne próby. Najwyraźniej jednak na tą konkretną kobietę, były one zbyt delikatne.  

Kapłan zmarszczył na chwilkę brwi w zastanowieniu, ale później tylko się lekko uśmiechnął i powiedział, prowokując przyjaciela do dalszej rozmowy: 

— Nie chcę obrazić ani ciebie, ani twojego syna, ale jego obecna żona wpędzała Gatrona w chorobę, na którą zapadają też źle traktowane konie. Kiedy trafił do zamku był spięty, nerwowy, a każdy głośniejszy dźwięk i głos powodował, że podskakiwał, wzdrygał się, rozglądał w sposób, który sugerował wypatrywanie jakiegoś zagrożenia. To nie było normalne. Teraz już się uspokoił i zachowuje się jak każdy chłopiec w jego wieku. Jest może mniej pewny jeśli chodzi o umiejętności militarne i bardziej cichy, ale to nie wady. Ma serce, logiczny umysł i wiele innych zalet i to się liczy. Zdaje się, że został usunięty spod ręki tej kobiety na czas. 

— Całe szczęście. Babsko okazało się paskudne, ale wiesz… właściwie nie dziwię się Ganowi, że dał się jej usidlić. Zanim co do czego przyszło była słodka jak miód w stosunku do niego, Gatrona i całej rodziny. Rogi pokazała dopiero, kiedy jej pierwsze dziecko z Ganem miało ponad rok. Wtedy zaczęła inaczej traktować swojego przybranego syna. Własne dzieci zagłaska kiedyś z pewnością na śmierć. Gana, dopóki rzecz nie dotyczy Gatrona, również. Natomiast jeśli tylko sprawy zaczynają się obracać wokół jej przybranego syna histerią, przewrotnością, a nawet okrucieństwem zadziobie każdego. Jest fałszywą żmiją. Niestety trochę za późno na takie refleksje. Szkoda mi Gana.  

— Dziwię się jego cierpliwości. Nie bronił chłopaka? Nie wyrażał swojego sprzeciwu? 

— Wyrażał. Niekiedy bardzo ostro. Niestety mógł to robić tylko wtedy, kiedy był na miejscu. Wiesz przecież, że ma też inne obowiązki związane z oddziałem. Niekiedy nie było go nawet parę dni. Czasami myślę Woldonie… nie powinienem tak mówić, ale czasem myślę sobie, że lepiej byłoby, żeby ta wrzaskliwa… wybacz. 

— Daj spokój Garo. Rozumiem. 

— Podobno trzecie dziecko niedługo przyjdzie na świat — mruknął w zamyśleniu strapiony ojciec. 

Patrząc na zawalone księgami półki za plecami przyjaciela, nie zauważył jakiegoś dziwnego błysku w oczach Woldona. Cisza się przedłużała i przerwał ją w końcu kapłan mówiąc: 

— W zasadzie to odbiegliśmy trochę od tematu — ta zmiana i nagłe przerwanie wątku było dość dziwne, ale Garo wciąż w duchu zamartwiający się sytuacją syna nie zwrócił na to uwagi. Później rozmawiali już o innych rzeczach związanych z Gatronem, a następnie również o sprawach kompletnie nie związanych z rodziną hodowcy. To pozwoliło Garo ochłonąć. 

Po kilku dniach hodowca wraz z wnukiem byli już w domu. Chłopiec nie był tu po raz pierwszy. Co jakiś czas odwiedzał hodowlę złotych koni wraz z ojcem. Tylko oni dwaj. Druga żona Gana i jej potomstwo nigdy tu nie byli. Kobieta zawsze znalazła dla siebie jakieś wytłumaczenie. Oczywiście wszyscy, nawet jak się okazało w czasie którejś z rozmów także Gan, zdawali sobie sprawę z czego wynika jej niechęć do rodziny małżonka. Trudniej już było dociec pobudek, dla których zdecydowała się na poślubienie syna hodowcy złotych koni. Po pewnym czasie doszli do wniosku, że jedynym chyba powodem był niewątpliwy prestiż. 

Gatron kochał konie i inne zwierzęta. Bardzo dobrze jeździł konno, co nie było w zasadzie niczym dziwnym. Garo zdumiony byłby, gdyby było inaczej. Chłopiec sporo też już wiedział o koniach, ale zdarzało się, że zadawał dziadkowi, albo wujowi pytania na ten temat, wyraźnie uzupełniając posiadane informacje. Tak było i tego dnia. Syn Gana dołączył od rana do Manusa i podążał za nim wiernie, czasem pomagając. W pewnym momencie, kiedy Manus przymierzał jednemu z koni świeżo wykonane wędzidło, Gatron zmarszczył brwi w zastanowieniu, a po chwili z pewnym wahaniem zapytał: 

— Wuju, a dlaczego wędzidło nie może być ciasne? Przecież wtedy koń lepiej je czuje. 

— Naprawdę nikt ci tego nie wytłumaczył? 

— Jakoś się nie złożyło. 

— Nieważne zresztą… od czego by tu zacząć. Najważniejsze jest, żeby ta część uprzęży była zrobiona dla konkretnego konia. Ważna jest wielkość jego języka, bo przecież podobnie jak ludzie, konie mają rozmaitą budowę pyska. Język może być w sam raz, albo i nie, w porównaniu do jego rozmiarów. Jeśli źle dobierzesz wędzidło, poranisz zwierzakowi pysk i kąty warg. Jeżeli w porę nie zmienisz osprzętu, to koń będzie obolały, a później jego pysk stanie się nieczuły.  

— Taki jakby obumarły? 

— Coś w tym stylu. Może słyszałeś określenie twardy w pysku? 

— Słyszałem w królewskiej stajni. 

— Musieli mówić o koniu po takich właśnie nieprzyjemnych przejściach. Zwierzęta w ten sposób potraktowane są bardzo trudne do prowadzenia. Lepiej przeciwdziałać odpowiednio wcześnie i dobrać wędzidło tak, żeby przylegało do warg konia, ale ich nie marszczyło. 

— Dziękuję wujku — powiedział chłopiec i później ograniczył się już tylko do obserwowania i słuchania. 

Ku pewnemu zdumieniu Garo Gatrona zafascynowały księgi rodowodowe koni i wszystko co z nimi związane. Obrał sobie dwie z nich i co pewien czas zaskakiwał dziadka rozmaitymi dociekliwymi pytaniami. 

Wśród Hipparian panował obyczaj prowadzenia ksiąg dla ogierów, założycieli rodów. W każdej z licznych już tub różnej grubości, spoczywała historia jednego rodu. Garo utrzymywał tradycyjną wersję ksiąg, czyli rulony pergaminu, wydłużane w miarę potrzeby, przez doklejanie kolejnego fragmentu. Nie był to może najwygodniejszy system, kilku innych hodowców zmieniło go na wersje książkowe, ale hodowcy złotych koni podobał się ten stary sposób. Manus również zamierzał poprzestać na takich księgach. Każda ze skórzanych tub miała wytłoczony symbol rodu hodowców złotych koni, a na wieku nazwę ogiera, którego dotyczyła. Kolejne doklejane arkusze pergaminu miały na nie zapisanej stronie również symbol ich rodu. Niektóre księgi były długie, a inne bardzo krótkie.  

Kiedy na dworze popsuła się pogoda i lejący deszcz zniechęcił Gatrona do przebywania na powietrzu, chłopak zajął się zgłębianiem końskich rodowodów. Już pobieżne zerknięcie w ich treść pokazało, że krótkie księgi zawierały dane o ogierach, które albo padły, albo zaginęły w wyjaśnionych, ewentualnie dużo rzadziej w nie wyjaśnionych okolicznościach. Jeszcze inne zostały zwyczajnie sprzedane. Jedne dlatego, że nie dawały rokującego nadziei potomstwa, oczywiście z punktu widzenia hodowli złotych koni. Inne dlatego, że były zbyt blisko spokrewnione z tutejszym stadem. Były też jeszcze jakieś tam przyczyny, ale te powtarzały się najczęściej. Niektóre ogiery przekazano do wspólnych stad.  

Chłopak z ciekawością wczytywał się w jedną z dłuższych ksiąg. Założycielem tego końskiego rodu był Azamar po ojcu Argonie i matce Bikli, siedmioletni ogier o bursztynowo-złotej sierści z ciemniejszymi od reszty ciała grzywą i ogonem. Później pojawiały się imiona córek i synów tego konia z adnotacjami co do daty urodzenia, maści, ewentualnych znamion i cech charakterystycznych. Przy klaczach, jeśli do tego dochodziło, była wiadomość o pierwszej ciąży. Kiedy pojawiała się informacja, że koń był sprzedawany/oddawany to kiedy, dokąd i wiadomość, że przekazano nowemu właścicielowi kopię księgi dotyczącą przodków konia i tam będzie kontynuowana. Przy każdym koniu była wiadomość o jego śmierci, czyli musiało to być z jakiegoś powodu istotne.  

Życzliwe przyjęcie, interesujące zajęcia, mnóstwo nowych wiadomości, dużo świeżego powietrza sprawiły, że Gatron szybko wrócił do zdrowia. Kiedy w półtora miesiąca później dotarła z zamku informacja, że może już wrócić, przyjął tą wiadomość z entuzjazmem.


Tagi:

verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Złote konie (cz. 5)

Post#2 » 7 lip 2020, o 09:53

Jeszcze troszkę zmieniłam tekst, mam nadzieję, że teraz wygląda nieco lepiej.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości