Rachela - polowanie na boginkę

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Kyuke
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#1 » 30 cze 2020, o 22:15

Pilna sprawa, mówili, masz być punktualnie, to ważne – narzekała w myślach Rachela. Siedziała na przystanku autobusowym od blisko piętnastu minut, całkiem sama, nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie raczył dotrzymać jej towarzystwa. Monotonię czekania przerywały jedynie nieregularne rozbłyski światła stojącej nieopodal latarni. Jest zasrana trzecia w nocy! Powinnam przewracać się na drugi bok… Westchnęła, przypominając sobie po chwili, dlaczego tu się znalazła. 

– Taka praca – rzuciła od niechcenia, machając nogami. 

Wsłuchana w krople deszczu uderzające o wiatę przystanku, odpłynęła myślami daleko, do czasów, w których nie była świadoma. Całe piętnaście lat wstecz. Wakacje na wsi, całe dnie spędzone w towarzystwie szurniętej babki. Dla dziesięciolatki to była największa kara. Tak przynajmniej wtedy uważała. Teraz nie zmieniłaby tych wspomnień za nic w świecie. Wszystko, co ją później spotkało… 

– Raszka! 

Znajomy głos wyrwał kobietę z zamyślenia. Nie zaszczyciła przybysza spojrzeniem, gdy zziajany wbiegł do bezpiecznego schronienia i przysiadł obok. Ostatnimi czasy ciągle padało, dzień i noc, mieszkańcy Czarciej Dąbrowy mieli tego serdecznie dość. Niestety jedyne, co mogli w tej sytuacji zrobić, to wziąć pogodę na przeczekanie. 

– Wiesz, że nie lubię, gdy mnie tak nazywasz… Lepiej, żeby to było coś ważnego – warknęła, skupiając spojrzenie na czubkach swoich kaloszy. Dopiero co je umyła, a już były całe upaprane. Syzyfowa praca, naprawdę. 

– Wiem. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Wybacz spóźnienie, goniłem za płanetnikiem, może dałby nam wreszcie odetchnąć. 

– Jakieś postępy? – zainteresowała się, podnosząc wzrok. Gdyby dorwali tego dziada, całe miasto nosiłoby ich na rękach. Jednak sądząc po głosie przyjaciela, były na to marne szanse. 

– Lipa, fałszywy trop, musimy dalej moknąć. Przebiegły padalec wodzi nas za nos blisko od miesiąca. – Maciek splunął demonstracyjnie, tłumiąc cisnące się na usta przekleństwa. 

– Czyli nic nowego. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. Udała, że nie widzi pulsującej żyłki na czole łowcy. Lubiła się z nim drażnić. – Co to za pilna sprawa? 

Barczysty mężczyzna sięgnął do kieszeni skórzanego płaszcza, zawzięcie tam czegoś szukając. Wyjął po chwili zwitek papieru i podał go przyjaciółce na otwartej dłoni. 

– Dostałem zgłoszenie, ale wychodzi na to, że z twojego rejonu. Gówno robią w centrali, a i tak ciągle mylą przydziały. Wierz mi, tak samo było trzysta lat temu. 

– Ciągle zapominam, że jesteś ode mnie dwanaście razy starszy – zaśmiała się Raszka i odebrała zawiniątko. Rozwinęła wiadomość, był tam podany tylko adres. – Tyle lat, a ty wciąż bazgrzesz jak kura pazurem. Mam rozumieć, że tam mieszka mój kontakt? 

– I najlepiej udaj się do nich od razu. Dostałem to dzisiaj, ale każda chwila się liczy. – Maciej utrzymywał poważny ton. Cokolwiek tam się czaiło, nie było czasu do stracenia. – Boginka. 

– Jaja se robisz – parsknęła, lecz szybko się opamiętała, spiorunowana spojrzeniem mężczyzny. – Nie dawały znaku życia od ładnych paru lat, nie? 

– Tym bardziej trzeba ją wytropić i wyeliminować. Jeśli się rozbestwią, będzie roboty na najbliższą dekadę. Zasrane odmieńce do tej pory śnią mi się po nocach. 

Rachela schowała papierek do kieszeni i wstała, dziękując w duchu za ten zwrot akcji. Pewne partie ciała zaczynały jej drętwieć na tej imitacji ławki. Rozciągnęła zastane kości i poklepała łowcę po ramieniu. 

– Biorę się do roboty. W sumie ta ulica jest niedaleko stąd, dzięki za cynk – puściła do niego oczko i odwróciła się na pięcie. 

– Poradzisz sobie sama? – spytał Maciek z nieukrywaną troską w głosie. 

W odpowiedzi dziewczyna tylko prychnęła i ruszyła przed siebie, na odchodne pokazując mężczyźnie środkowy palec. Gest, który wyrażał więcej niż tysiąc słów. W przypadku tych dwojga było w nim więcej miłości niż złości, oboje zdawali sobie z tego sprawę. Łowczyni szczelniej opatuliła się sięgającym kostek płaszczem i skręciła w jedną z pobliskich alei. Wierzchnie okrycie było odgórnie narzucane przez Firmę, czy to się komuś podobało, czy nie. Miły bonus, że płacili również za pranie. 

Przemierzając opustoszałe uliczki Czarciej Dąbrowy nocą, trudno było sobie wyobrazić, że za dnia tętnią życiem. Kwitnie handel, gastronomia, usługi. Lecz gdy słońce chowa się za horyzontem, ustępując miejsca srebrzystemu kuzynowi, ludzie zamykają się w domach na cztery spusty i wznoszą modlitwy. Nie ma nocnych zmian, barów, klubów. Jest tylko przetrwanie. Gdyby jeszcze te modlitwy miały na cokolwiek się zdać. – Mimowolnie dziewczyna pokiwała głową z dezaprobatą. Ludzie chcieli wierzyć, że Bóg lub jakieś bóstwa im pomogą, a ostatecznie sprowadzało się to do tego, że łowcy odwalali całą robotę. Czy działali z ramienia jakiejś wszechmocnej istoty? Cholera, nie! Zwykła praca, tyle że ze sporym odsetkiem zgonów na służbie. Z odrobiną jaj, albo głupoty, mógłby to robić każdy. Często te dwa aspekty szły ze sobą w parze. Czasami wystarczyła starucha, tak oddana swojemu zakonowi, że potrafiła namieszać w głowie naiwnej dziesięciolatce, która następnie chciała iść w ślady babci. 

– A i tak skończyłaś w brzuchu wilkołaka – podsumowała łowczyni, zatrzymując się na czerwonym świetle. – Po jaką cholerę ja tu stoję… – ofuknęła sama siebie. Ulica była pusta jak okiem sięgnąć. Przeszła na drugą stronę, nie czekając na zmianę świateł. 

Po paru minutach, w ciągu których zdążyła w myślach ponarzekać na to, jak nienawidzi listopada, dotarła do wysokiego bloku. Domofon oczywiście nie działał. W dwóch czy trzech oknach paliło się przyćmione zasłonami światło, nocne marki lub poranne ptaszki. Jej klienci mieszkali na samej górze, na dziesiątym piętrze. 

Wciąż szlifowała swoją moc, lecz z tym powinna poradzić sobie bez problemu. Stojąc przed zamkniętymi drzwiami, patrzyła tępo przed siebie. Wyzbywała się wszelkich myśli. Z coraz bardziej zamglonym wzrokiem zaczęła zanikać również ona sama. Wreszcie jakby zapadła się pod ziemię. Zamiast ubranej w czarny płaszcz kobiety, znajdowała się tam teraz bezkształtna mgła, unosząca się tuż nad ziemią. „Chmurka” przecisnęła się przez szczeliny w drzwiach, a następnie zmaterializowała po drugiej stronie, na powrót stając się naburmuszoną łowczynią. 

– Słowo daję, za każdym razem mam ciarki… 

Rozpoczęła wędrówkę na dziesiąte piętro. W całym bloku było spokojnie i cicho. Nie licząc szóstego piętra, tam z jednego z mieszkań dochodziły dość jednoznaczne jęki, ktoś najwidoczniej dobrze się bawił. W innych okolicznościach pewno użyłaby windy, co teraz było niemożliwe, jako że ta podzielała los domofonu i nie działała. 

Na samej górze były dwa mieszkania oraz drabina prowadząca na dach. Drzwi po prawej ozdobione były policyjną taśmą z napisem „nie wchodzić”, natomiast te po lewej zdawały się być zupełnie normalnie. Zaczęło się pukanie i oczekiwanie. Po paru minutach ktoś wreszcie raczył otworzyć. 

– Co to za najście?! – huknął brodaty mężczyzna, któremu przez szlafrok przebijał wydatny brzuszek. – Och! Pani łowczyni – zreflektował się. – Zapraszam do środka, przepraszam za brak manier. 

Przepuścił Rachelę w drzwiach i zamknął je na klucz. Wcześniej wyjrzał ostrożnie na korytarz, upewniając się, że nic się tam nie czai. Obudził swoją małżonkę i wkrótce cała trójka siedziała w skromnym salonie. Kobieta rzucała ukradkowe spojrzenia w kierunku wąskich drzwi w rogu pomieszczenia, co nie uszło uwadze ich gościa. 

– Mówcie co i jak, po kolei – zażądała Raszka, wbijając w nich spojrzenie srebrnych oczu. 

– Kochanie, może ty zaczniesz? – zaproponował mężczyzna, obejmując żonę ramieniem. 

– Zauważyłam to wczoraj rano – mówiła łamiącym się głosem. – Henryk wyszedł już do pracy, a ja miałam odprowadzić Jasia do przedszkola. – Przerwała na chwilę, unosząc dłoń do oczu, by powstrzymać napływające łzy. – Wiedziałam, że to nie jest mój syn. To było jakieś dziwadło! – wybuchnęła histerycznym płaczem i schowała twarz w szlafroku męża. 

– Tam go zamknęliście? – spytała Rachela, ruchem głowy wskazując wąskie drzwi. 

– Tak, pani łowczyni. Mamy tam rupieciarnię, żona wysłała młodego pod pretekstem przyniesienia pasty do butów, nie zorientował się, że to podstęp. Od razu zamknęła go na klucz i od tej pory tam siedzi. Cichutko, jak mysz pod miotłą. 

– O ile jeszcze tam jest… – rzuciła Raszka, bardziej do siebie, niż do nich. 

– Miałem nadzieję, że nas to nigdy nie spotka – kontynuował mężczyzna, wciąż tuląc szlochającą żonę. – Poza tym, no cholera! To cholerstwo wyginęło lata temu! – Sam również znajdował się na skraju załamania. – Musi pani odnaleźć naszego chłopca. 

Łowczyni podeszła do drzwi i delikatnie zapukała. 

Cisza. 

– Wiem, że tam jesteś, daj jakiś znak! – zawołała, nasłuchując. 

Wciąż nic. 

– Opuśćcie to pomieszczenie i zamknijcie za sobą drzwi – rozkazała, sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. 

– Może zrobię pani coś do picia? – zapytał niepewnie Henryk, zatrzymując się w pół kroku. 

Łowczyni zastanawiała się przez chwilę, po czym skinęła potakująco głową. 

– Czarna kawa, bez cukru. 

Małżeństwo potulnie opuściło salon i zamknęło za sobą drzwi. 

– Dobra, gnojku, zabawimy się. – Wydobyła z kieszeni parę znoszonych rękawiczek. 

Uszyte z białej skóry, na wierzchniej i wewnętrznej stronie wymalowane miały runy wzmocnienia. Przecinające się koła i trójkąty, które tylko zaklinacze z Firmy byli w stanie zrozumieć. Włożyła je tak, jak robiła to przez ostatnie kilkanaście lat. Wcześniej związała srebrne włosy w ogon, żeby nie przeszkadzały w walce. Niektóre z jej koleżanek w ogóle obcinały się „na jeża”, ale to jakoś nie było w jej stylu. Z początku nawet próbowała farbować włosy na przeróżne kolory, ale nic to nie dawało. Rankiem zawsze znów stawały się srebrzyste. 

– Masz jeszcze jedną szansę, żeby wyjść po dobroci – oznajmiła, rozciągając się. 

Cisza. 

– Jak chcesz. 

Przekręciła klucz w drzwiach i otworzyła je na oścież. Niewielka istota wyskoczyła prosto na nią, sycząc przeciągle, lecz dokładnie tego się spodziewała. Zdzieliła odmieńca pięścią w paskudny pysk, wykonując przy tym unik. Stwór odbił się od ściany i wylądował na kanapie. Ewidentnie nie spodziewał się takiego powitania. 

– Głupia człowiek! – zapiszczał, rozmasowując bolącą twarz. O ile można było nazwać to twarzą. 

Odmieniec wzrostem przypominał czterolatka, tyle że miał szarą skórę, paskudny, wiszący brzuch, a gęba wyglądała jak po spotkaniu z walcem. Szczerzył ostre zęby, rzucając czujne spojrzenia na boki. Szukał drogi ucieczki. 

– Nigdzie się nie wybierasz, paskudo – oznajmiła Rachela, robiąc kilka kroków w jego stronę. 

– Głupiaaa! – zawył, szykując się do skoku. 

Łowczyni mu na to nie pozwoliła. 

Wbiła pięść prosto w rozwarty pysk. Czując swoją szansę, odmieniec zacisnął rekinie szczęki. 

Nic się nie stało. 

Zdziwiony spojrzał na kobietę, która uśmiechała się triumfalnie. 

Wzmocnione rękawice robią swoje. 

Wolną ręką zdzieliła go w wielki łeb z taką siłą, że stracił przytomność. Następnie odpięła od pasa dwa komplety kajdanek i skuła mu ręce oraz nogi. Obserwując swoje dzieło stwierdziła, że czegoś tu brakuje. Podeszła do stojącej pod oknem komody i chwilę w niej grzebała. Wydobywszy z szuflady parę skarpet i znoszony pasek, dla pewności zakneblowała swojego pacjenta. 

– Tak lepiej – mruknęła z aprobatą. – Jak tam moja kawa?! – zawołała do małżeństwa, które kuliło się w kuchni. 

Po chwili drzwi uchyliły się odrobinę, potem nieco szerzej, aż w końcu stanął w nich zaciekawiony Henryk. W jednej ręce ściskał kubek z kawą, w drugiej talerzyk z ciastkami. 

– Można? – zapytał niepewnie, nie widząc, co leży na kanapie. 

Raszka rzuciła nieprzytomnego odmieńca pod ścianę i sama rozsiadła się na poduszkach. 

– Wchodźcie, omówimy dalsze kroki. 

Gospodarze niepewnie dołączyli do kobiety, zerkając na skrępowanego stwora. Usiedli po obu jej stronach, również pobudzając się kofeiną. Po przeżyciach z dzisiejszej nocy i tak raczej nie zasną. 

– Jak wyglądał, gdy go wczoraj widziałaś? – zapytała łowczyni, gryząc ciastko z kawałkami czekolady. 

– Na pewno nie tak szkaradnie – odpowiedziała poszkodowana. Oczy miała spuchnięte od płaczu i niewyspania. Co jakiś czas pociągała nosem. 

– Martuś, słonko, ale podaj pani więcej szczegółów – zachęcał ją mąż, który zdążył przebrać się w dres podczas odbywającego się w salonie starcia. Nie chciał paradować z brzuchem na wierzchu. 

– No, wyglądał jak nasz mały Jaś, tyle że miał wielką głowę. Jakby przez noc dostał wodogłowia. Nigdy nie widziałam na żywo odmieńca, ale mama często mnie straszyła w dzieciństwie, że jak będę niegrzeczna, to zabierze mnie boginka. – Upiła łyk kawy, po czym szybko dodała: – Ale nasz Jasio nie był niegrzeczny! To stało się tak po prostu. 

– Spokojnie, Marto – powiedziała srebrnowłosa. – Boginki mają w dupie to, jak wasze dzieci się zachowują. Ta zresztą była wyjątkowo niezdarna, że tak słabo przygotowała swoje młode. Niemniej jednak gdzieś musiała was zauważyć. Chodziliście ostatnio na jakieś spacery? 

– Słyszałeś? Ty durniu! – Zaczęła okładać męża pięścią. – Mówiłam ci, żebyś go nie brał w sobotę na ryby! Mówiłam? Nie patrz się tak głupio! 

– Martuś, przepraszam, skąd miałem wiedzieć – skamlał, zasłaniając się przed ciosami żony. 

– Dość! – huknęła Rachela, piorunując małżeństwo wzrokiem. Naraz się uspokoili. – Nie interesują mnie wasze kłótnie, potem to sobie wyjaśnicie. Henryku – zwróciła się do mężczyzny, pozwalając sobie na jeszcze jedno ciastko. – Będziesz w stanie zaprowadzić mnie do miejsca, w którym łowiliście? 

– Tak, myślę, że tak – odparł po chwili zastanowienia. 

– Świetnie. Ubieraj się i jedziemy. Chyba że nie masz samochodu, to wtedy idziemy. 

– Jak to? Teraz? – zdziwił się, ale wystarczyło jedno spojrzenie żony, by wyszedł z salonu i poszedł przebrać się w coś bardziej „terenowego”. 

– Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to rankiem otrzymasz z powrotem męża i syna – oświadczyła łowczyni, dopijając kawę. 

– A jeśli nie pójdzie? – zaniepokoiła się. 

– Cóż, wtedy ja i Henryk będziemy trupami, a twój Jasio zostanie w rękach boginki i raczej już nigdy go nie zobaczysz. Może wróci za parę lat jako wynaturzenie, ale najpewniej go zjedzą. 

– Co… – Kobieta nie wydusiła już z siebie ani słowa. 

Rachela skusiła się na jeszcze jedno, teraz już naprawdę ostatnie, ciasteczko. Sama nie kupowała takich łakoci, żeby nie podjadać. Zabrała pod pachę nieprzytomnego odmieńca i dołączyła do Henryka, który już czekał na nią w przedpokoju. 

 

* * * 

 

– To na pewno bezpieczne? – dopytywał, gdy jechali w kierunku jeziora. 

– Nie żartuj! To nie jest ani trochę bezpieczne, ale inaczej tego nie załatwimy. Gdy dotrzemy na miejsce, trzymaj się blisko mnie. 

Kobieta siedziała na tylnym fotelu starego forda mondeo, pilnując odmieńca. Odzyskał już przytomność i wierzgał niespokojnie, ale nie robiło to na niej wrażenia. W miarę jak zbliżali się do lasu, latarnie stały w coraz większych odległościach od siebie, aż w końcu całkiem zniknęły, za jedyne źródło światła pozostawiając zmęczone reflektory samochodu. 

Deszcz nie odpuszczał ani na chwilę. Ciekawe, co Maciek zrobi w sprawie płanetnika – zastanawiała się. Współczuję staruszkowi. Sprawa dotyczy całego miasta i każdy na niego liczy. Jeśli tak dalej pójdzie, to w końcu nas zaleje. 

Zatrzymali się na żwirowym parkingu, do którego prowadziła jedna jedyna droga. Zewsząd otaczał ich las. Wysokie choiny ginęły na tle nocnego nieba. Odmieniec zrobił się naraz jakiś spokojniejszy. To dobry znak – pomyślała. Jesteśmy blisko. 

– Resztę trasy musimy przejść pieszo. W bagażniku mam latarki – odparł Henryk. Głos mu się trząsł, ale był zdeterminowany odszukać syna. 

– Ja nie potrzebuję, weź tylko dla siebie. – Na potwierdzenie tych słów błysnęła srebrnymi tęczówkami. – Bardziej przydałby mi się jakiś worek. 

Gdy wyszli na zewnątrz, mężczyzna zniknął na chwilę za klapą bagażnika. Wyłonił się w końcu, wraz z potrzebnym inwentarzem, wzbogaconym o metalowy łom. W ciemnościach nie mógł zobaczyć pytającego spojrzenia Raszki, choć kobieta domyślała się, że dzięki „broni” ten poczuje się pewniej. Włączył latarkę i wręczył jej worek. Łowczyni bezceremonialnie wrzuciła odmieńca do środka i zarzuciła go sobie na ramię. 

– Prowadź – zarządziła, starając się nie zwracać uwagi na rzęsisty deszcz. Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji poprosi przełożonych o płaszcz z kapturem. Że też wcześniej nikt o tym nie pomyślał! 

Wędrowali w milczeniu, idąc szlakiem wyznaczanym przez latarkę Henryka. Rachela doskonale widziała bez niej, co zawdzięczała urokom pracy w Firmie. Po drodze zapobiegawczo włożyła rękawice, wolała nie dać się zaskoczyć. Nawet gdyby coś czaiło się teraz w zaroślach, pewno by tego nie usłyszała. Po raz setny w tym tygodniu przeklęła w myślach deszcz i płanetnika, który go wywołał. 

– To tutaj – oznajmił w końcu mężczyzna. Wydawało się, że półgodzinny marsz nieźle go zmęczył. 

– Nie da się ukryć – rzuciła kąśliwie Rachela, nie kryjąc obrzydzenia na widok walających się puszek po piwie i pustych opakowań po chipsach. – Szanuj zieleń, nie ma co. Nie bałeś się przyjść z synem w taki deszcz? – zapytała, wyrzucając odmieńca na ziemię. 

– Wtedy akurat padało trochę mniej, poza tym Jasio dobrze się bawił, zawsze lubił skakać po kałużach – odparł, rozglądając się nerwowo na boki. – Co teraz? 

– Teraz – powiedziała, kucając przy swoim więźniu – sprowadzimy mamę tego brzdąca. – Mówiąc to, zaczęła okładać stwora pięściami po szkaradnym ryju. Ze spłaszczonego nosa zaczęła lecieć ciemnozielona krew, zaś oczy i wargi puchły od coraz potężniejszych razów. Świńskie kwilenie niosło się przez las, przebijając się nawet przez nieznośny deszcz. To był jedyny skuteczny sposób, by wywabić boginkę z ukrycia. Na efekty nie musieli długo czekać. 

– Przestać! Natychmiast przestać! – Z krzaków przy brzegu jeziora wyskoczyła krępa istota. Henryk nieumyślnie oślepił ją latarką. – Nie świecić! – zawyła potężnym basowym głosem, który przeradzał się jakby w skrzek. 

– Rany boskie – wyjąkał mężczyzna, widząc boginkę w całej okazałości. 

Szorstka skóra, miejscami przechodząca w łuski, miała niebieskoszary kolor. Grube cielsko na chudziutkich nóżkach mierzyło jakieś półtora metra wzrostu. Rzadkie, przypominające wodorosty włosy opadały na wystające czoło. Całości dopełniały wstrętne, obwisłe piersi, które boginka miała teraz przerzucona przez ramiona. Sięgające ziemi ręce były tylko trochę grubsze od ściskanego przez Henryka łomu. Mimo wszystko dziarsko dzierżyła w nich długaśny kij, którym mierzyła w łowczynię. 

– Głupia krowa nie bić syn! – skrzeczała. – Ja oddać dziecko! Zamiana! 

Rachela przestała okładać odmieńca, na co boginka zniknęła znowu w krzakach. Po chwili wyszła ostrożnie, prowadząc za sobą małego chłopca, ubranego w oliwkową pelerynę przeciwdeszczową. Widać było, że ledwie powłóczy nogami i jest strasznie blady. Do tego trząsł się jak osika. Ujrzawszy korpulentnego mężczyznę, nie poznał go od razu. Dopiero gdy Henryk poświecił latarką na siebie, chłopaczek dostał nowych sił. 

– Tata! – pobiegł prosto do niego i skoczył mu w ramiona. W objęciach rodzica pozwolił sobie na płacz i nic już więcej nie mówił. 

– Oddać! – zaskrzeczała boginka, podchodząc z kijem bliżej srebrnowłosej. 

Raszka spojrzała na nią drapieżnie, nie podnosząc się. Uważny obserwator mógłby dostrzec, że prawą rękę kieruje w stronę pasa, a jej wzrok staje się mętny. Gdy potworzyca miała wydać z siebie kolejną serię okropnych dźwięków, łowczyni rozwiała się w mgłę. Boginka stała osłupiała, nie wiedząc, co się dzieje. Henryk nie wyglądał wcale lepiej. Co prawda słyszał o umiejętnościach łowców, ale nigdy nie widział żadnego w akcji. 

Bezkształtna mgła rozlała się po podłożu, by zmaterializować się za niczego niespodziewającą się matką odmieńca. Ta nie zdążyła się nawet odwrócić, a Rachela wbiła jej w tył głowy zdobiony runami sztylet. Zatopiła ostrze po samą rękojeść, przebijając mózg potwora. Gdy boginka runęła bez życia na ziemię, jej los podzielił następnie wydzierający się odmieniec. 

Henryk, tuląc osłabionego synka, jeszcze długo nie mógł się z tego otrząsnąć. Rachela zdążyła już wyczyścić broń z posoki, która bardziej przypominała szlam, i ściągnąć z truchła odmieńca swoje kajdanki. Na pytanie, czy Henryk chce z powrotem skarpety i pasek, ten tylko pokręcił przecząco głową. 

– Jako że byłeś przy wszystkim obecny, nie będę ucinała im głów, ale jeszcze dzisiaj macie zadzwonić do mojej Firmy i przekazać, że zlecenie zostało wykonane. Ja otrzymam swoją zapłatę, a wy dostaniecie pocztą fakturę. Ale to pewnie już wiecie. Hej! – krzyknęła, przywołując go do rzeczywistości. – Odzyskałeś syna, powinieneś się cieszyć! 

– Dużo emocji… – wydusił, patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Nie miałby z niego zbyt dużego pożytku. 

Jaś zdążył zasnąć w ramionach taty, nie musiał oglądać tego, co zaraz miało nastąpić. 

Łowczyni wyjęła z kieszeni płaszcza mały flakonik. Wcześniej odciągnęła zwłoki stworów na bok, bliżej brzegu, w bezpiecznej odległości od krzaków i drzew. Teraz wylała całą zawartość buteleczki na szkaradne truchła. Puste naczynie zostawiła na potem, ze wszystkiego byli rozliczani. W powietrzu dało się wyczuć mieszaninę zapachów. Najbardziej intensywna była benzyna, potem coś przypominającego siarkę, a ostatniego Henryk nie był w stanie z niczym skojarzyć. 

– Lepiej się odsuńmy. – Srebrnowłosa odprowadziła mężczyznę bliżej ścieżki, którą przyszli. 

Po kilku sekundach ciała boginki i jej dziecka zaczęły dymić, by zaraz potem buchnąć szkarłatnym płomieniem. Deszcz nie stanowił żadnej przeszkody. 

– Nigdy nie zrozumiem tych kwestii chemicznych, ale robią wrażenie – stwierdziła z uznaniem łowczyni. Do ognia wrzuciła jeszcze pożyczony od mężczyzny worek. Henryk nie miał nic przeciwko. 

Gdy po paru minutach ognisko zgasło, nie czyniąc na szczęście żadnej krzywdy oddalonej roślinności, Raszka splunęła na spopielone szczątki. 

– Pieprzone wynaturzenia. – Schyliła się po łom, jako że ojciec chłopca miał zajęte obie ręce. – Chodźmy, Henryku, robota wykonana. Zaraz zacznie świtać, ale mimo wszystko wciąż jest noc. Już i tak spowodowaliśmy dość zamieszania. 

– Nigdy więcej nie pójdę z dzieciakiem do lasu – zarzekał się, gdy szli do samochodu. – I nie pójdę w nocy do lasu, nigdzie. Nawet za drzwi! I tak nie wychodzę… 

– I słusznie. Znałam wielu dobrych łowców, którzy stracili życie przez pewność siebie. – Rachela pozwoliła sobie na chwilę nostalgii. – Wy, ludzie, lepiej siedźcie nocą w domach. 

– Czemu tak mówisz? – zdziwił się. – Przecież też jesteś człowiekiem. 

– Henryku, już od lat nie słyszałam niczego równie miłego, więc w ramach podziękowań nie będę wyprowadzać cię z błędu. 

Jadąc z powrotem do miasta, Rachela trzymała na kolanach śpiącego Jasia. Jeszcze niedawno siedziałam w podobnej pozycji z odmieńcem, co za ironia. Chłopiec był zmęczony, zziębnięty i wystraszony, ale boginka nic mu nie zrobiła. Liczyła na to, że podrzucone dziecko zostanie wychowane przez ludzi, musiała jednak utrzymać człowieka przy życiu, jako kartę przetargową w razie potrzeby. A gdyby coś poszło nie tak, zawsze jest to jakaś opcja na posiłek. Różnie mogłyby potoczyć się losy małego Jasia. 

Po drodze Henryk zadzwonił do siedziby Firmy, informując o wykonaniu zlecenia. Zaraz potem zadzwonił do Marty, powiedzieć, że wszyscy są cali i zdrowi. Raszka nie dała się zaprosić na śniadanie, podziękowała uprzejmie i pożegnała się z Henrykiem pod blokiem. Nawet polubiła tę rodzinkę. Miała jednak inne plany, musiała odprawić swój rytuał. Robiła to zawsze po wykonanej robocie, bez względu na rezultat. 

Deszcz nie ustawał, ale już nie przeszkadzał jej tak bardzo. Odmieniła dzisiaj czyjeś życie, uratowała chłopca oraz masę innych, których tamta urocza dwójka mogłaby skrzywdzić w przyszłości. I to był właśnie ten powód. To dlatego słuchała z zapartym tchem opowieści babci, wyobrażając sobie siebie jako nieustraszoną wojowniczkę, ratującą ludzkie życia. Te same myśli motywowały ją podczas szkolenia. Narzekała na swoją pracę, albo raczej służbę, jak każdy. Ale momenty takie jak ten były tego warte. Towarzyszące temu uczucie spełnienia nie mogło równać się z niczym innym. 

Gdy przekraczała bramę cmentarza, świt zawitał na ulicach Czarciej Dąbrowy. Szła dobrze jej znaną ścieżką, dopóki nie dotarła do skromnego nagrobka. Płyta była pusta, babcia nie przepadała za zbędnymi błyskotkami i dekoracjami. Rachela pilnowała tylko, by panowała tam względna czystość. 

– Udało mi się, byłabyś ze mnie dumna – powiedziała, patrząc na zdjęcie swojej mentorki i czując napływające do oczu łzy. Ile razy by tu nie przychodziła, zawsze kończyło się to tak samo. 

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że od dobrych kilku minut nie spadła ani jedna kropla deszczu. Poranne słońce przebijało się nieśmiało zza stalowoszarych chmur. 

– I ten stary wyga też w końcu dał radę – zaśmiała się. 

Wiedząc, że Maciej wkrótce zawita na cmentarz, usiadła na ławce i przetarła załzawione oczy. Nigdy nie rozmawiali o tym, co naprawdę łączyło go z jej babką, ale młoda łowczyni była pewna, że chodziło o coś więcej niż przyjaźń. W zasadzie to on zapoczątkował cmentarną tradycję odwiedzin. 

Spojrzała w bezchmurne, poranne niebo. 

To była dobra noc.


Tagi:

verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#2 » 30 cze 2020, o 23:30

Dzisiaj napiszę krótko. Jutro z komputera wiecej. W wielu miejscach przeszkadzają mi krótkie zdania. Łamie to gładkość, potoczystość tekstu.  

Sam pomysł niezły. 

Myślę też, że warto jeszcze popracować nad opisami walki Racheli z potomkiem boginki, a później z nią samą. Opisy obu są bardzo suche. Rozumiem, że główna bohaterka jest profesjonalnym łowca, ale mimo wszystko... przydało by się podkreślenie jakiegos napięcia, dramatyzmu walki. Pomyśl o tym. 

 

Dodano po 10 godzinach 32 minutach 59 sekundach: 

Zgodnie z obietnicą wracam :) 

Jest zasrana trzecia w nocy! Powinnam przewracać się na drugi bok… Westchnęła, przypominając sobie po chwili, dlaczego tu się znalazła.
 

Zastanów się, czy myśli bohaterki jednak nie ująć w inny sposób, a najlepiej wkomponować je w tekst. Ta kursywa jakoś mi nie pasuje. Przykładowo: Ciężko westchnęła złorzecząc w myśli na późną godzinę. W końcu przecież była zasrana trzecia w nocy i powinna przewracać się na drugi bok.  

odpłynęła myślami daleko, do czasów, w których nie była świadoma.
 

Kiedy to przeczytałam pierwszy raz, byłam pewna, że Rachela była jakiś czas nieprzytomna, w śpiączce, chora... Później piszesz o wakacjach, babci, ale w zasadzie wciąż w kolejnych zdaniach nie wyjaśniasz tego o czym tutaj piszesz. W zasadzie po przeczytaniu całości i enigmatycznych późniejszych wzmiankach można się domyślać o co chodzi, ale doprawdy, trzeba pracować głową. Osobiście bym tutaj jednak coś dodała. 

Całe piętnaście lat wstecz. Wakacje na wsi, całe dnie spędzone w towarzystwie szurniętej babki. Dla dziesięciolatki to była największa kara. Tak przynajmniej wtedy uważała. Teraz nie zmieniłaby tych wspomnień za nic w świecie. Wszystko, co ją później spotkało…
 

I te krótkie zdania, o których pisałam wyżej. Jest sporo takich, więc nie będę ich tutaj wrzucać, ale z pewnością wiesz o czym piszę w tej sprawie. 

Dopiero co je umyła, a już były całe upaprane. Syzyfowa praca, naprawdę.
 

Znowu ta kursywa, tutaj kompletnie niepotrzebna. Można na przykład: Dopiero co je umyła, a już były całe upaprane, doprawdy syzyfowa praca.  

Rozwinęła wiadomość, był tam podany tylko adres.
 

Coś nie tak jest z tym zdaniem. Lepiej byłoby : Rozwinęła wiadomość o bardzo krótkiej treści. Właściwie był tam tylko adres.  

trudno było sobie wyobrazić, że za dnia tętnią życiem. Kwitnie handel, gastronomia, usługi. Lecz gdy słońce chowa się za horyzontem
 

Nie zaczynałabym zdania od "lecz". Lepiej połączyć zdania, to o handlu z tym z lecz. 

Gdyby jeszcze te modlitwy miały na cokolwiek się zdać.
 

Kursywa. Lepiej byłoby wkomponować myśli w treść. 

Z odrobiną jaj albo głupoty mógłby to robić każdy. Często te dwa aspekty były ze sobą w parze.
 

W pierwszym zdaniu przecinek przed albo i po głupocie. W drugim zdaniu lepiej "były" zastąpić "szły". 

Zamiast ubranej w czarny płaszcz kobiety, znajdowała się tam teraz bezkształtna mgła, unosząca się tuż nad ziemię.
 

Ziemię literówka. Na końcu powinno być "ą". Lepiej byłoby na przykład: Zamiast ubranej w czarny płaszcz kobiety, przed drzwiami snuła się teraz bezkształtna mgła, unosząca się tuż nad ziemią. 

Wzmocnione rękawice robią swoje.
 

Niepotrzebna kursywa. W tym wypadku może nawet wystarczyłoby ją zlikwidować, bez dodawania czegokolwiek. 

Usiedli po obu jej stronach, również pobudzając się kofeiną. Po przeżyciach z dzisiejszej nocy i tak raczej nie zasną.
 

W drugim zdaniu coś wyraźnie nie gra. Może lepiej byłoby: Zapewne doszli do wniosku, że po przeżyciach dzisiejszej nocy i tak raczej nie zasną.  

zachęcaj ją mąż, który zdążył przebrać się
 

Literówka w zachęcaj, a powinno być zachęcał 

Ta zresztą była wyjątkowo niezdarna, że tak słabo przygotowała swoje młode.
 

Zamiast że tak, co brzmi w tym zdaniu niezdarnie, może lepiej dać "i"? 

Nie patrz się tak głupio!
 

Doskonale będzie bez się. 

Rachela skusiła się na jeszcze jedno, teraz już naprawdę ostatnie, ciasteczko. Sama nie kupowała takich łakoci, żeby jej nie kusiły.
 

Jedno kuszenie zamieniłabym na inne słowo.  

Odmieniec zrobił się naraz jakiś spokojniejszy. To dobry znak – pomyślała. Jesteśmy blisko.
 

Tekst z kursywą wkomponowałabym w zdania. Na przykład: Odmieniec zrobił się naraz jakiś spokojniejszy i Rachela pomyślała, że to dobry znak. Najwyraźniej byli już blisko.  

Wyłonił się w końcu, wraz z potrzebnym inwentarzem, wzbogaconym o metalowy łom.
 

Zdanie jakoś zgrzyta. Coś bym w nim zmieniła.  

Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji poprosi przełożonych o płaszcz z kapturem. Że też wcześniej nikt o tym nie pomyślał!
 

Kursywa. A może coś w stylu: Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji poprosi przełożonych o płaszcz z kapturem. Kiedy przyszedł jej do głowy ten pomysł pokręciła nią w zdumieniu dziwiąc się, że w Centrali jakoś nikt o tym wcześniej nie pomyślał.  

Mimo wszystko dziarsko dzierżyła w nich długaśny kij, którym mierzyła w łowczynię.
 

Chyba uciekł podmiot. Może istota? 

latarką na siebie, chłopaczek dostał nowych sił.
 

Lepiej byłoby poczuł w sobie nowe siły. 

i skoczył mu na ramiona. W objęciach
 

Jeśli już to w ramiona, nie na ramiona. 

jej los podzielił następnie wydzierający się odmieniec.
 

Bez następnie. 

przypominała szlam, i ściągnąć z truchła
 

Niepotrzebny przecinek przed "i". 

Jako że byłeś przy wszystkim obecny, nie będę ucinała im głów, ale
 

Może lepiej byłoby: Byłeś przy wszystkim obecny, więc nie będę ucinała im głów 

patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Nie miałby z niego zbyt dużego pożytku.
 

Drugie zdanie nie wiadomo kto myśli, więc może jakoś je zmienić: patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Widocznie, całkiem zresztą słusznie, doszedł do wniosku, że nie miałby z niego zbyt dużego pożytku, gdyby przyszło co do czego. 

Jaś zdążył zasnąć w ramionach taty, nie musiał oglądać tego, co zaraz miało nastąpić
 

Nie brzmi to dobrze. Może: Jaś zdążył zasnąć w ramionach taty. Rachela stwierdziła w duchu, że to dobrze. Nie musiał oglądać tego, co zaraz miało nastąpić. 

Chodźmy, Henryku, robota wykonana
 

Przecinek po chodźmy do wyrzucenia. 

I nie pójdę w nocy do lasu, nigdzie. Nawet za drzwi! I tak nie
 

O ile się nie mylę, tutaj "do lasu" jest zbędne. 

Rachela trzymała na kolanach śpiącego Jasia. Jeszcze niedawno siedziałam w podobnej pozycji z odmieńcem, co za ironia. Chłopiec był zmęczony
 

Kursywa jest zbędna. Równie dobrze będzie na przykład: Rachela trzymała na kolanach śpiącego Jasia. Jeszcze niedawno siedziała tutaj w podobnej pozycji z odmieńcem i kiedy przyszło jej to do głowy stwierdziła, że to ironia losu. Chłopiec był zmęczony 

A gdyby coś poszło nie tak, zawsze jest to jakaś opcja na posiłek.
 

Pomieszały się czasy. Chyba była to. 

Marty, powiedzieć, że wszyscy są cali i zdrowi.
 

Przecinek po Marcie do wyrzucenia. 

dy. Ale momenty takie jak ten były tego
 

Ale spokojnie można wyrzucić i zacząć od momenty. 

To była dobra noc.
 

Puentę można spokojnie pozbawić kursywy i też będzie doskonale, a nawet lepiej.


Awatar użytkownika
Bolly
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 59
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#3 » 1 lip 2020, o 12:53

Ośmielę się nie zgodzić z większością twoich zarzutów, verbeno, oczywiście z wyjątkiem literówek. Myśli bohaterów jak najbardziej można zapisywać kursywą i jest to cecha stylu, podobnie jak długość zdań - choć osobiście jestem miłośnikiem zdań wielokrotnie złożonych, krótkie zdanka w "Racheli" nie przeszkadzały mi ani trochę, krzywiłem się za to na twoje propozycje rozpychania ich watą słowną. Twoje pomysły brzmią w moich uszach sztucznie i kastrują tekst ze stylu. Ale to rzeczy mocno subiektywne. Parę twoich rad wprowadza jednak w błąd, dlatego pozwolę sobie sprostować je poniżej: 

 

verbena pisze:Zamiast że tak, co brzmi w tym zdaniu niezdarnie, może lepiej dać "i"?
 

"Że tak" wskazuje na związek przyczynowo-skutkowy. Zmiana spójnika zmieniłaby sens zdania. 

 

verbena pisze:Niepotrzebny przecinek przed "i".
 

Potrzebny, bo zamyka wtrącenie. 

 

verbena pisze:Przecinek po chodźmy do wyrzucenia.
 

Wołacze oddzielamy przecinkami, więc o żadnym wyrzucaniu przecinka nie może być mowy. 

 

verbena pisze:Przecinek po Marcie do wyrzucenia.
 

Nie.


verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#4 » 1 lip 2020, o 13:21

Większość tego co pisałam o stylu zdań jest jak widać wyżej i jak za każdym razem podkreślałam, jest propozycjami. Autorowi wolno z nich nie korzystać i pozostać przy swojej wersji, albo zastosować inne rozwiązanie. Wola autora. To w końcu jego tekst. 

Mnie z kolei tak krótkie zdania w paru miejscach przeszkadzają, podobnie jak rozprasza mnie kursywa w paru wypadkach i jest to moje zdanie. Wolno mi je mieć i nie ma powodu mnie za nie atakować. 

Skoro to jak twierdzisz maniera to trudno, ale mnie w pewnych momentach bolą od niej oczy. 

Zaznaczam, że sam pomysł, akcja, generalnie treść opowiadania całkiem mi się podoba.


Awatar użytkownika
Bolly
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 59
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#5 » 1 lip 2020, o 15:33

Ja Cię nie atakuję, verbeno, chyba że za postulowanie złej interpunkcji. Reszta to, jak wyraźnie zaznaczyłem, rzeczy mocno subiektywne i bynajmniej nie odbieram Ci prawa do własnego o nich zdania.

Awatar użytkownika
Kyuke
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#6 » 1 lip 2020, o 15:38

verbeno, dziękuję za szczegółowy komentarz. Doceniając Twój czas, włożony w zapoznanie się z tekstem oraz podzielenie się przemyśleniami, poniżej odniosę się do każdego z punktów: 

 

Zastanów się, czy myśli bohaterki jednak nie ująć w inny sposób, a najlepiej wkomponować je w tekst. Ta kursywa jakoś mi nie pasuje. Przykładowo: Ciężko westchnęła złorzecząc w myśli na późną godzinę. W końcu przecież była zasrana trzecia w nocy i powinna przewracać się na drugi bok.
 

W tej sytuacji to kwestia tylko i wyłącznie gustu :) Wyróżnianie myśli kursywą jest jedną ze standardowych form zapisu: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/monol ... 10328.html 

Dlatego też każdy zapis kursywą w moim tekście jest tym, co myśli bohater, dokładnie takie słowa wypowiada w myślach. Jeśli czegoś nie zapisałem kursywą, jest to wtrącenie od narratora, nie od postaci. Pozwolę sobie nie cytować kolejnych uwag dotyczących kursyw/zapisu myśli, jako że powyższe ma uniwersalne zastosowanie. 

 

Kiedy to przeczytałam pierwszy raz, byłam pewna, że Rachela była jakiś czas nieprzytomna, w śpiączce, chora... Później piszesz o wakacjach, babci, ale w zasadzie wciąż w kolejnych zdaniach nie wyjaśniasz tego o czym tutaj piszesz. W zasadzie po przeczytaniu całości i enigmatycznych późniejszych wzmiankach można się domyślać o co chodzi, ale doprawdy, trzeba pracować głową. Osobiście bym tutaj jednak coś dodała.
 

Lubię docenić czytelnika i nie podawać mu wszystkiego punkt po punkcie na tacy :) 

Co do pierwszej części wypowiedzi, specjalnie napisałem "odpłynęła myślami daleko". Gdyby nie słówko-klucz "myślami", rzeczywiście można by sądzić, że coś się nie zgadza. 

 

I te krótkie zdania, o których pisałam wyżej. Jest sporo takich, więc nie będę ich tutaj wrzucać, ale z pewnością wiesz o czym piszę w tej sprawie.
 

Rozumiem, lecz tak jak z zapisem myśli, jest to kwestia gustu. Zatrzymując się przy tym na chwilę, też nie jest tak, że cały tekst składa się z krótkich zdań. Poza tym ciężko rozpatrywać to w kwestiach dobre/złe, nie istnieje narzucony wzorzec. Natomiast szanuję, że gustujesz w dłuższych zdaniach. 

 

Coś nie tak jest z tym zdaniem. Lepiej byłoby : Rozwinęła wiadomość o bardzo krótkiej treści. Właściwie był tam tylko adres.
 

Jak dla mnie, to przedłużanie zdanie na siłę. Uważam, że w życiu i pisaniu najlepiej stosować się do zasady Brzytwy Ockhama, polecam. 

 

Nie zaczynałabym zdania od "lecz". Lepiej połączyć zdania, to o handlu z tym z lecz.
 

Raz po raz czytam ten fragment opowiadania i narracja brzmi dokładnie tak, jak chciałem, gdy jest to podzielone. 

 

W pierwszym zdaniu przecinek przed albo i po głupocie. W drugim zdaniu lepiej "były" zastąpić "szły".
 

Trafne spostrzeżenie, tak zrobię, dziękuję. 

 

Ziemię literówka. Na końcu powinno być "ą". Lepiej byłoby na przykład: Zamiast ubranej w czarny płaszcz kobiety, przed drzwiami snuła się teraz bezkształtna mgła, unosząca się tuż nad ziemią.
 

Samo zdanie podoba mi się w niezmienionej formie, lecz literówkę jak najbardziej poprawię. 

 

W drugim zdaniu coś wyraźnie nie gra. Może lepiej byłoby: Zapewne doszli do wniosku, że po przeżyciach dzisiejszej nocy i tak raczej nie zasną.
 

Zdania zostawię takie jak jest, natomiast rozważam zmianę "z dzisiejszej" na po prostu "dzisiejszej". Niby mała rzecz, a człowiek rozkminia.  

 

Literówka w zachęcaj, a powinno być zachęcał
 

Dziękuję, poprawiam. 

 

Zamiast że tak, co brzmi w tym zdaniu niezdarnie, może lepiej dać "i"?
 

Zmieniłoby to całkowicie sens wypowiedzi, nie mogę tego uczynić. 

 

Doskonale będzie bez się.
 

Może zabrzmię nieco ckliwie, ale nie mam serca, by to zmienić. Rzeczywiście brzmi dobrze bez "się", ale w przypadku dialogów, o ile nie ma w nich rażących błędów, z zasady ich nie poprawiam. W trakcie pisania, gdy wczuwałem się w postać, właśnie takie usłyszałem słowa :) 

 

Jedno kuszenie zamieniłabym na inne słowo.
 

Słusznie. Zrobimy tak: "Sama nie kupowała takich łakoci, żeby nie podjadać". 

 

Zdanie jakoś zgrzyta. Coś bym w nim zmieniła.
 

Kiedyś już się nad tym zastanawiałem xD Ale przywykłem do tego zdania, zostawię w oryginale.  

 

Kursywa. A może coś w stylu: Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji poprosi przełożonych o płaszcz z kapturem. Kiedy przyszedł jej do głowy ten pomysł pokręciła nią w zdumieniu dziwiąc się, że w Centrali jakoś nikt o tym wcześniej nie pomyślał.
 

Miałem nie wspominać o uwagach z kursywą, ale tutaj zauważyłem ciekawą rzecz: różnice w stylach autorów. Czytając to zdanie, od razu poczułem, że bym czegoś takiego nie napisał. Nie zrozum mnie źle, nie chodzi o ocenę zdania, po prostu całkowicie odmienny styl od mojego :) 

 

Chyba uciekł podmiot. Może istota?
 

Nie jestem tego taki pewien. Chyba że pogwałciłem jakąś zasadę, o której nie wiem. Ogólnie wszystkie wcześniejsze zdania dotyczą boginki (jej opisu). To poniekąd pełni taką samą funkcję.  

 

Lepiej byłoby poczuł w sobie nowe siły.
 

"Dopiero gdy Henryk poświecił latarką na siebie, chłopaczek dostał nowych sił." 

Powtórzenie. Musiałbym przemodelować całe zdanie, a unikam większych zmian w tekstach, gdy już mam ostateczną wersję. 

 

Jeśli już to w ramiona, nie na ramiona.
 

Święta racja, poprawiam. 

 

Bez następnie.
 

Z tym mam zagwozdkę. Pierwotnie tego słowa miało tam nie być, lecz spójrzmy na całość: "Gdy boginka runęła bez życia na ziemię, jej los podzielił następnie wydzierający się odmieniec." 

Bez tego "następnie" odnoszę wrażenie, że czytelnik mógłby pomyśleć, iż odmieniec padł martwy automatycznie, gdyż zmarła jego matka. To jedno słówko sprawia, że tak nie jest. Chyba że przesadzam i tylko w mojej głowie tak to brzmi. 

Jak teraz patrzę, to nie wiem, czy nie zamienić miejscami "następnie" i "podzielił". 

 

Niepotrzebny przecinek przed "i".
 

Oj, potrzebny, potrzebny: "Rachela zdążyła już wyczyścić broń z posoki, która bardziej przypominała szlam, i ściągnąć z truchła odmieńca swoje kajdanki". 

Bez tego przecinka wtrącenie byłoby poszkodowane.  

 

Może lepiej byłoby: Byłeś przy wszystkim obecny, więc nie będę ucinała im głów
 

To jest Raszka, plecie co jej ślina na język przyniesie, zostawiamy. 

 

Drugie zdanie nie wiadomo kto myśli, więc może jakoś je zmienić: patrząc z zawstydzeniem na leżący obok łom. Widocznie, całkiem zresztą słusznie, doszedł do wniosku, że nie miałby z niego zbyt dużego pożytku, gdyby przyszło co do czego.
 

Nie ma kursywy, czyli wiemy, że nie Rachela. Poza tym niepotrzebna wata. Dłuższe zdania są ok, ale gdy faktycznie coś wnoszą. 

 

Nie brzmi to dobrze. Może: Jaś zdążył zasnąć w ramionach taty. Rachela stwierdziła w duchu, że to dobrze. Nie musiał oglądać tego, co zaraz miało nastąpić.
 

Tak bardzo nie mój styl. 

 

Przecinek po chodźmy do wyrzucenia.
 

"Chodźmy, Henryku, robota wykonana" - wyrzucę, a potem dostanę linijką po łapach od pani z polskiego. 

 

O ile się nie mylę, tutaj "do lasu" jest zbędne.
 

Rozemocjonowany Henryk jest innego zdania. 

 

Pomieszały się czasy. Chyba była to.
 

Przydałby się jeszcze jakiś głos. Nie znam się na tych wszystkich regułach/wyjątkach, trybach przypuszczająco-gdybająco-przeszło-przyszło-poszło-przypuszczających, ale według mnie jest ok.  

 

Przecinek po Marcie do wyrzucenia.
 

Jestem na 99,99% pewien, że jest tam potrzebny. 

"Zaraz potem zadzwonił do Marty, powiedzieć, że wszyscy są cali i zdrowi". 

 

Ale spokojnie można wyrzucić i zacząć od momenty.
 

Spójność z poprzednim zdaniem poszłaby w pierony.  

 

Puentę można spokojnie pozbawić kursywy i też będzie doskonale, a nawet lepiej.
 

To jest myśl autorska Racheli, nie mogę jej tego odebrać. 

 

Moja droga, mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. Mam również nadzieję, że nie odbierzesz moich odpowiedzi w sposób wrogi - taki mam styl bycia. Doceniam każdą minutę, którą spędziłaś nad tekstem i komentarzem do niego. Pozwoliło mi to spojrzeć na tekst z perspektywy kolejnej osoby. Dziękuję. 

 

Bym zapomniał! 

Wróciłem do początku komentarza, gdzie wspominałaś o rozbudowaniu walk. Z pełną premedytacją nie były to epickie starcia. Nie na tym miał się skupiać tekst. Gdyby jednak moim celem było przedstawienie widowiskowego pojedynku, to zgadzam się, że byłby to opis raczej marny. 

 

 

Bolly, stary herbatniku, dzięki za czujność.


verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#7 » 1 lip 2020, o 22:40

O i to lubię. Dyskusja. W paru miejscach wyjaśniłes mi swój punkt widzenia i rzeczywiście, przyznaję :) inny styl. Niestety w takim nie gustuje. Trudno, będę cierpieć ;) ale poczytam kolejne Twoje prace, bo jak pisałam wyżej sama fabuła mnie zaciekawiła :)

Awatar użytkownika
Kyuke
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#8 » 1 lip 2020, o 22:46

Bardzo mi miło :) 

 

Aktualnie pracuję nad czymś całkowicie innym ("typowe" fantasy), ale gdy tylko skończę, biorę się dalej za rozbudowywanie świata Racheli.


verbena
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 136
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#9 » 1 lip 2020, o 23:06

Typowe fantasy też da sie czytać :) miłego pisania.

Awatar użytkownika
Bolly
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 59
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#10 » 2 lip 2020, o 15:56

Dodam tylko, że miałem przyjemność być beta-czytelnikiem drugiej części przygód Racheli i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że kontynuacja nie tylko trzyma poziom, ale wręcz podnosi poprzeczkę. ;-)

Awatar użytkownika
Kyuke
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#11 » 2 lip 2020, o 23:42

Bardzo dziękuję :) Aczkolwiek jeśli ten konkretny tekst się pojawi, to z wiadomych przyczyn dopiero po wakacjach.

Awatar użytkownika
WiatrŚwietlny
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 19
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#12 » 7 lip 2020, o 20:46

Hej, wciągnęło mnie, fajnie się czytało.  

Bardzo przyjemne zakończenie na cmentarzu :) 

 

Edit (krótkie odniesienie do komentarzy):  

1.Myśli bohaterki jako kursywa - dla mnie akurat ok. Zbliżało to do do bohaterki według mnie. 

2. Też popieram pomysł, żeby dodać dramatyzmu w walkach. Jeśli stwory z założenia nie są specjalnie silne dla łowczyni, to może dodać jakąś słabość bohatera, kontuzję albo coś poważniejszego.  

(Edit 2 - teraz doczytałem - dramat walki niet, rozumiem Autora. A ten brak dramatyzmu według mnie wprowadza taki nastrój, że dla łowyczyni to nie pierwszyzna to wszystko...) 

 

Liczyłem też, że ten deszcz jakoś wplecie się w wątek łowczyni. W mojej chorej fantazji płanetnik potrafiłby również manipulować pogodą w taki sposób, żeby deszcz powodował u ludzi halucynacje. I na przykład otumaniony Henryk rzuciłby się podczas ostatniej walki z łomem na łowczynię. Taka tylko moja chora wizja :D


Awatar użytkownika
Kyuke
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8
Zobacz teksty użytkownika:

Rachela - polowanie na boginkę

Post#13 » 8 lip 2020, o 09:22

@WiatrŚwietlny 

Dziękuję, miły Panie, za dobre słowo :D  

 

A ten brak dramatyzmu według mnie wprowadza taki nastrój, że dla łowyczyni to nie pierwszyzna to wszystko...
 

Mniej więcej taki też miał być wydźwięk tego opowiadania :) Jak normalna praca, biurowa czy fizyczna, zrobić swoje i do domu. W kolejnych tekstach planuję podnosić poprzeczkę, ale raczej będę skupiał się na samej historii, walki traktując jako coś dodatkowego, choć przewiduję pojawienie się kilku trudniejszych przeciwników. 

 

Taka tylko moja chora wizja :D
 

Chora, zdrowa, jaka by nie była, spodobała mi się :D Ile osób, tyle różnych pomysłów.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość